Daria, a co to tutaj masz? zapytał Andrzej, wyraźnie rozluźniony po trzecim kieliszku wiśniówki, sięgając nagle i bezceremonialnie, ściskając mnie za bok, tuż nad gumką spódnicy. Wszyscy przy stole spojrzeli po sobie, ale Andrzej robił to zupełnie otwarcie, z przesadnym uśmiechem na twarzy.
Andrzej, opanuj się syknęłam przez zęby, próbując zbyć jego rękę gestem, niczym natrętną muchę jesienną. Ale on nie pozwolił się spłoszyć, jego grube palce, przypominające lekko nadpalone grzanki, znów przycisnęły się do mojej talii.
Jego słowa bolały bardziej niż szczypanie.
Zobaczcie, Jacek, popatrz zwrócił się do sąsiada z naprzeciwka, który akurat celował widelcem do śledzia pod pierzynką. Mówię jej: „Daria, skończ te drożdżówki wieczorem jeść.” A ona mi: „To wiek, hormony.”
Brzuch Andrzeja zaśmiał się razem z nim, tkanina koszuli aż niebezpiecznie się napinała na guzikach.
Jakie hormony? Leniwość cię bierze! dodał, rozglądając się po stole, jakby oczekiwał aprobaty.
Rumieniec wylał mi się na twarz i kark, jakby ktoś oblał mnie barszczem.
Jacek zmieszał się i wbił wzrok w talerz, udając, że zygzaki majonezu tworzą Mona Lisę. Jego żona, Grażyna, zaczęła nerwowo poprawiać serwetkę.
A co, nie wolno mówić prawdy? Andrzej ciągnął dalej, nabierając rozmachu, bo czuł się już gospodarzem sytuacji. Skóra ci zwisa!
Wskazał mi bok, jakby sprawdzał konsystencję ciasta drożdżowego.
Zobacz, nawet fałd jak u mopsa! Nieładnie to, Daria.
W pokoju zapanowała lepka, niezręczna cisza, którą przerywał tylko brzęk lodówki z kuchni.
Ja dla ciebie się staram dodał w tonie nauczyciela, odchylając się i krzyżując ręce na piersi. Żona powinna się pilnować, żeby mąż miał na co patrzeć! Takie prawo natury.
Popatrzyłam na niego inaczej niż przez trzydzieści lat małżeństwa.
Sześćdziesiąt dwa lata i brzuch zwisający nad paskiem jak burzowa chmura. Drugie podbródko przechodzące łagodnie w szyję, która natychmiast łączy się z pochyłymi ramionami. Łysina, lśniąca od wigoru i jedzenia, jak dobrze natłuszczony naleśnik na Tłusty Czwartek.
Ładnie dla oka, tak? spytałam spokojnym głosem, aż sama się sobie zdziwiłam.
Coś we mnie przeskoczyło, jak przełącznik w starej rozdzielni łoskot i gotowe.
Nie było już wstydu, pokory, unikania tarć. Była jasność.
Jasne! Andrzej klasnął się w pierś, aż zatrzęsło się szkło na stole. Zobacz, ja trzymam formę!
Jaką ty formę? spojrzałam na niego bez mrugnięcia.
Męską! Każdego ranka ćwiczenia, pięć minut hantlami, wszystko w normie!
Próbował wciągnąć brzuch, demonstrując ten swój tonus.
Brzuch drgnął, przestraszył się i wrócił na miejsce, zwisając nad paskiem.
Facet ma być orłem, nie workiem z ziemniakami dodał z dumą.
Orłem, powiadasz? powoli wstałam od stołu, starając się nie robić gwałtownych ruchów.
Gdzie idziesz, obraziłaś się? krzyknął za mną, dolewając sobie wiśniówki. Na prawdę się nie obrażaj, Daria! Chudnąć trzeba, a nie stroić fochy!
Przeszłam do przedpokoju, gdzie unosił się zapach starego płaszcza i pasty do butów. Na ścianie wisiało nasze stare, babcine lustro w ciężkiej, dębowej ramie, pamiętające czasy PRL-u. Zdjęłam je stanowczo.
Było ciężkie, z pięć kilo miało, rama wbijała się boleśnie w dłonie. Ale dla mnie ważyło tyle, co nic.
Wróciłam do salonu. Trzymałam lustro przed sobą jak tarczę lub werdykt, od którego nie ma odwołania.
Wszyscy zastygli, Grażyna z rozdziawioną buzią i kawałkiem kiszonego ogórka na widelcu.
Andrzej, wstań powiedziałam cicho, ale stanowczo. Nikt nie śmiał się sprzeciwić.
Po co? Chcesz tańczyć czy co? spytał, próbując żartować, ale widząc moje spojrzenie, szybko wstał.
Nie, będziemy podziwiać orła odpowiedziałam i postawiłam lustro przed jego nosem.
Złapał ramę, aż się zatrzęsła.
Daria, wymyśliłaś? jego głos zadrżał pierwszy raz tego wieczoru.
Patrz! rozkazałam tonem, którym karci się kota za kraśnięcie śmietany. Patrz uważnie!
Z trudem spojrzał w odbicie pod świecącą łysiną, wśród kropelek potu na kołnierzu, odbijał się ktoś obcy.
No widzę, i co dalej?
A teraz niżej wskazałam szybę, prosto na brzuch.
Co?
Skóra ci zwisa! odparłam głośno i wyraziście, idealnie naśladując jego intonację z przed paru minut. I nie tylko zwisa. Ona leży, Andrzejku, leży!
Przestań, Daria! próbował opuścić lustro, twarz już mu pociemniała.
Trzymaj! przycisnęłam ramę, zmuszając go do patrzenia. To tu, nad paskiem to co? Stalowy kaloryfer?
Jacek zacharczał, dławiąc się śmiechem, a Grażyna przyssała się do serwetki.
Nie, kochany, to koło ratunkowe. Jak nam się kiedyś tłuszczem zaleje dom, może cię uratuje!
Andrzej był purpurowy jak przejrzały burak.
A tu, boki wystające nad spodniami to co? Skrzydła orła czy uszka jak u świątecznego prosiaka?
Dość! wycedził, próbując się odwrócić. Ludzie patrzą, co ty ze mnie robisz!
Patrzą? To dobrze! podniosłam głos, zagłuszając go. Chciałeś prawdy? To masz!
Cofałam się, by spojrzeć na cały obraz.
To może rozbierzemy twoją estetykę, co? Bokiem do światła!
Nie będę zaczął, ale umilkł.
Bokiem! huknęłam, aż zaszczękały sztućce.
Jak zahipnotyzowany przekręcił się nieudolnie. W lustrze zobaczył własny profil, bliższy postaci rubasznego szlachcica niż orłowi narodowemu.
Widzisz ten trzeci fałd na karku? mówiłam jak lekarz. Mops, Andrzej, rasowy, z rodowodem.
Grażyna gryząc się w serwetkę, trzęsła się ze śmiechu.
A tu pod brodą? Gęśla! Chowasz tu śledzie na czarną godzinę?
Jestem mężczyzną! pisnął Andrzej.
To ci wolno? zaśmiałam się krótko, zimno. Jak ja po dwóch dzieciach i trzydziestu latach papraszki mam fałdkę, to skandal, a u ciebie trzęsące się golonko to „życiowy sukces”?
Wyrwałam mu lustro, jego ręce ledwie je trzymały.
Stał wytrącony z równowagi, zmęczony, rozpięty guzik w koszuli wreszcie skapitulował i poturlał się pod stół.
W całej jego sylwetce nie zostało nic z orła.
Został człowiek. I to taki zwyczajny, z drugą podbródką i nogami w dwóch różnych skarpetkach: jedna czarna, druga granatowa.
Siadaj rzekłam spokojnie, stawiając lustro pod komodą. I jedz.
Ukląkł na krześle, które jęknęło pod jego ciężarem.
I żeby ani słowa o mojej figurze poprawiłam włosy, zerkając w swoje odbicie.
Dodałam szeptem:
Bo zawieszę lustro na wprost twojego miejsca i będziesz musiał patrzeć, jak twój pelikan mlaska kaszanką.
Jacek wybuchnął głośnym śmiechem, ocierając łzy.
Andrzej, czerwony, nabrał grzybka marynowanego na widelec i żuł, starając się nie patrzeć na nikogo.
I nagle cała ta duszna, rodzinna napinka wyparowała.
Zrobiło się jasno, lekko, jakby ktoś otworzył okno w zadymionym pokoju.
Usiadłam na swoim krześle, gospodyni domu.
Sięgnęłam po metalową szpatułę i ucięłam sobie ogromny kawał tortu napoleon, który piekłam pół dnia. Apetyczny krem wyciekał bokiem spod chrupiących warstw.
Daria, przesuń jeszcze mi kawałek poprosiła cicho Grażyna, podając talerzyk. Do diabła z dietą, żyje się raz!
I dla mnie, dorzucił Jacek, nalewając sobie kompotu. Czuję, że mi też rosną skrzydła, trzeba je nakarmić!
Andrzej na sekundę zerknął na mnie z nowym, nerwowym szacunkiem.
Potem na tort. Potem na lustro, które cały czas opierało się o ścianę, niemy świadek jego klęski.
W lustrze odbijały się jego nogi w dwóch różnych skarpetkach.
Orzeł domowy no jasne.
Przepraszam, Daria mruknął w końcu skruszony. Palnąłem głupio.
Jedz, Andrzeju, jedz powiedziałam z rozkoszą, próbując kawałek tortu. Przydadzą ci się siły.
Uniósł brew pytająco.
Do podnoszenia hantli wyjaśniłam, uśmiechając się. Przecież jesteś nasz sportowiec.
Wieczór potoczył się swoim trybem o cenach, działce, pogodzie.
Ale już nic nie było takie samo.
Mój domowy krytyk nagle spuchł, zszedł do swojego poziomu do człowieka.
Ze strachem, słabościami, fałdami.
A Napoleon okazał się diabelnie pyszny.
Najlepszy od dwudziestu lat.
Lustro już zostało w pokoju.
Od tej pory Andrzej co rano, przechodząc obok niego, wciąga brzuch i prostuje plecy.
A o mojej zwisającej skórze więcej nie wspomniał.
Chyba boi się zbudzić pelikana.


