„Masz zwisającą skórę!” — 60-letni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.

Masz zwisającą skórę! Władysław, który miał już sześćdziesiąt lat, uszczypnął mnie w bok przy wszystkich gościach. Przyniosłem lustro i pokazałem mu, co to u niego zwisa.

Grażynko, co ty tu masz? Władysław, który nie oszczędzał już sobie kolejnego kieliszka domowej nalewki, nagle wyciągnął rękę i śmiało, po gospodarsku, uszczypnął mnie za bok.

Tuż nad paskiem spódnicy, tam, gdzie materiał lekko się napinał, kiedy siedziałem.

Zrobił to przy wszystkich, głośno i kompletnie bez żenady.

Władek, zwariowałeś? próbowałem odsunąć jego rękę, jakby to była natarczywa mucha, ale nie odpuszczał.

Palce Władysława, grube niczym przeciągnięte kabanosy, znów zacisnęły się na mojej talii. Nie tyle bolało, co bolało ale bardziej dotykało i upokarzało.

No spójrzcie! zwrócił się do naszego sąsiada, Zenona, który właśnie sięgał widelcem po śledzia pod pierzynką. Mówię jej: Grażynko, przestań te bułki wcinać na noc, a ona mi na to: To wiek, hormony.

Władysław ryknął śmiechem. Jego brzuch bujał się w rytm, napinając guziki koszuli aż groziło, że za chwilę puszczą.

Jakie tam hormony? To lenistwo, ot, i wszystko! podsumował, dumnie rozglądając się po stole.

Władek, przestań wysyczałem przez zęby, czując jak policzki i kark zalewa mnie rumieniec.

Zenon nerwowo zachichotał, wlepiając wzrok w talerz, jakby majonez na sałatce był nagle czymś niezwykłym.

Jego żona, Halina, odsunęła spojrzenie i skrzętnie zaczęła poprawiać serwetkę, udając że nic nie słyszy.

A co tam przestań? Władysław już się rozkręcił i czuł się w centrum uwagi. Nie wolno mówić prawdy? Skóra ci zwisa.

Tym razem znów pchnął mnie palcem w bok jakby sprawdzał ciasto drożdżowe.

No patrzcie, tu ci się normalnie fałda robi ciągnął dalej swoją lekcję. Jak u shar peia, pełno tych zmarszczek. Toż to nieestetyczne, Grażyno.

W pokoju zawisła gęsta, lepka cisza, którą przerywał jedynie szum lodówki z kuchni.

Ja się dla ciebie staram dodał jeszcze, pouczającym tonem, opadł na krzesło, skrzyżował ręce na piersi. Kobieta powinna dbać o siebie, żeby mąż miał na co patrzeć. To prawo natury.

Spojrzałem na niego uważniej.

Pierwszy raz jakbym go oglądał po trzydziestu latach małżeństwa z zupełnie nowej perspektywy.

Sześćdziesiąt dwa lata na karku.

Brzuch, który wisiał nad paskiem spodni jak burzowa chmura nad Warmią.

Drugi podbródek zgrabnie przechodzący w szyję, potem w zaokrąglone ramiona z omijaniem jakichkolwiek mięśni.

Łysina, tłusta od gorąca i sytego jedzenia, lśniąca w świetle żyrandola niczym posmarowany olejem pączek w tłusty czwartek.

Czyli powinno być na co popatrzeć? spytałem, a mój głos zabrzmiał o dziwo spokojnie.

W środku coś się przestawiło, jakby ciężka przekładnia wskoczyła na miejsce.

Nie zostało ani grama wstydu. Ani potrzeby łagodzenia sytuacji. Ani tej starej cierpliwości.

Była tylko przejrzysta, chłodna jasność.

Oczywiście! Władek uderzył się w piersi, aż zadudniło. No co? Ja trzymam formę!

Jaką formę? podłapałem, nie spuszczając z niego wzroku.

Męską! wyprężył się tak bardzo, jak mógł przy swoim kręgosłupie. Codziennie robię poranną gimnastykę, macham ciężarkami z pięć minut, jestem w formie!

Spróbował wciągnąć brzuch, żeby mi pokazać swoją kondycję.

Efekt był marny. Tylko lekko się szarpnął i zaraz wrócił na miejsce, zwisając nad klamrą paska, która wpijała się w ciało.

Facet powinien być orłem, nie workiem kartofli podsumował swoją złotą myśl.

Orłem powiadasz? powoli wstałem od stołu, unikając gwałtownych ruchów.

Gdzie idziesz? Obraziłaś się czy co? krzyknął za mną, dolewając sobie więcej nalewki. Na prawdę się nie obrażaj, Grażyna! Schudnąć trzeba, a nie fochy strzelać!

Poszedłem do przedpokoju, pachnącego starymi ubrańmi i pastą do butów.

Tam na ścianie wisiało nasze stare, jeszcze po rodzicach, lustro.

Ciężkie, w masywnej, owalnej, dębowej ramie pamiętało czasy, gdy byliśmy młodzi i zgrabni.

Zdecydowanie zdjąłem je z gwoździa.

Było ciężkie, z dobre pięć kilo, rama wrzynała mi się w dłonie.

Ale wcale tej wagi nie czułem. Jakbym niósł piórko.

Wróciłem do pokoju, trzymając lustro przed sobą jak tarczę albo jak wyrok bez prawa apelacji.

Goście zastygli z widelcami. Halina nawet zapomniała zamknąć usta, a z nich wystawał kawałek kiszonego ogórka.

Władek, wstań powiedziałem cicho, ale tak, że wszyscy natychmiast znieruchomieli.

Po co? zdziwił się, ale widząc moje nieprzejednane spojrzenie, podniósł się. No, wstałem, co dalej? Tańczyć?

Nie podszedłem bardzo blisko, czując woń cebuli i alkoholu. Będziemy podziwiać orła.

Wcisnąłem mu lustro tuż pod nos, zmuszając do cofnięcia się.

Trzymaj.

Odruchem przejął ramę aż ręce mu zadrżały od ciężaru.

Grażyna, co ty wyprawiasz? w jego głosie pojawiła się pierwsza nuta niepewności.

Patrz rozkazałem tonem, w jakim strofuje się niegrzecznego kota. Dobrze patrz.

Władysław niepewnie spojrzał na swoje odbicie, lekko drżące w jego dłoniach.

No, widzę siebie, i co z tego?

Spójrz niżej stuknąłem palcem w taflę, w miejscu odbicia jego brzucha, lepkiego pod koszulą. Widzisz to?

Co takiego? próbował jeszcze coś udawać.

No masz zwisającą skórę! wypaliłem głośno i wyraźnie, z akcentem, parodiując jego ton sprzed chwili. I nie tylko zwisa, Władku, ona ci się już kładzie!

Grażyna! próbował opuścić lustro, twarz już purpurowa.

Nie, trzymaj! przycisnąłem dolną krawędź ramy, zmuszając go spojrzeć na siebie. A to nad paskiem to co? Mięśnie ze stali?

Zenon wydał dźwięk jak świnia dławił się śmiechem, aż zakasłał.

Nie kochanie, to koło ratunkowe dokończyłem bezlitośnie. Jakbyśmy się kiedyś utopili w tłuszczu.

Władysław poczerwieniał tak, że wyglądał jak przejrzały pomidor.

A to tutaj? wskazałem jego boki, wystające spod spodni. To masz może skrzydła orła? Czy raczej uszka jak u tuczonej świni na święta?

Zamknij się! wysyczał, próbując się odwrócić. Ludzie patrzą, po co mnie poniżasz!

Niech patrzą podniosłem głos, przebijając jego syczenie. Przecież jesteś u nas największym estetą! Chciałeś prawdy? To masz.

Oddaliłem się, żeby widzieć go całego.

To może przeanalizujmy twoją estetykę, co? dodałem. Obróć się bokiem do światła.

Nie zamierzam… zaczął, ale od razu zamilkł.

Obróć się! rąbnąłem tak, że sztućce zabrzęczały.

Zupełnie jak pod hipnozą, niezdarnie wykonał półobrót.

W lustrze zamajaczył jego profil, daleki od greckich ideałów.

I szyja. A raczej prawie jej brak.

Widzisz ten potrójny wałek na karku? zagaiłem spokojnie, jak lekarz przy badaniu. To shar pei, Władku, rasowy, z rodowodem.

Halina już się nie hamowała przylgnęła twarzą do serwetki, a jej ramiona trzęsły się od stłumionego śmiechu.

A pod brodą? nie miałem litości. To goły pelikan, zapasy ryb, czy schowek na wędlinę?

Jestem mężczyzną! rzucił żałośnie i ten argument zabrzmiał zupełnie nieprzekonująco. Mi wolno!

Tak ci wolno? zaśmiałem się, zimnym, krótkim śmiechem. Czyli kiedy mi, po dwóch dzieciach i trzydziestu latach przy garach, pojawi się jedna fałda to hańba? A ty, co od dziesięciu lat nawet pilota od telewizora nie podniosłeś, możesz mieć galaretę na brzuchu i to facet w kwiecie wieku?

Gwaltownie wyrwałem lustro z jego rąk. Był wyraźnie zmęczony.

Został pośrodku pokoju zbity, pomięty, z rozpiętym guzikiem koszuli, który w końcu skapitulował i potoczył się gdzieś pod meble.

Cały jego blask i napuszenie zniknęły jak łuska z cebuli.

Cała pycha orła znikła bez śladu.

Został po prostu starszy, pulchny facet. Nagle zorientował się, że król jest nagi. I bardzo, bardzo dobrze odżywiony.

Siadaj powiedziałem spokojnie, stawiając ciężkie lustro pod komodą.

Z trudem opadł na fotel, który skołysał się cicho pod jego ciężarem.

I żebym już nigdy nie słyszał ani słowa o mojej figurze poprawiłem jeszcze fryzurę w lustrze.

Odwróciłem się i powiedziałem cicho:

Bo jak nie, powieszę to lustro naprzeciwko twojego miejsca. I każdy obiad zjesz razem ze swoim pelikanem.

Zenon już się nie bał i rechotał na głos, ocierając łzy.

Władysław w milczeniu nabił na widelec małego marynowanego grzybka.

Żuł powoli, patrząc tylko w talerz, jakby chciał się zmniejszyć.

W pokoju nie została śladu tej napiętej bariery, która zwykle zostaje po rodzinnej awanturze.

Przeciwnie.

Stało się lekko, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił świeże powietrze.

Usiadłem na swoim miejscu przy stole.

Wziąłem łopatkę i wyciąłem sobie potężny, wręcz nieprzyzwoicie wielki kawałek tortu Napoleon.

Ten sam, który piekłem pół dnia, rozwałkowałem ciasto na cieniutko, i który miałem omijać, żeby nie przytyć.

Krem wypływał, ciasto chrupało pod widelcem.

Grażynko, przesuń mi też kawałek, taki większy poprosiła cicho Halina, wyciągając talerzyk. Precz z dietą, żyje się raz.

I mnie mrugnął Zenon, nalewając sobie kompotu. Chyba mi też skrzydła rosną, muszę je dokarmić.

Władysław na chwilę podniósł wzrok.

Spojrzał na mnie z czymś jakby świeżą, ostrożną pokorą.

Rzucił okiem na tort.

Potem zerknął na lustro opierające się o ścianę, cały czas jak niemy świadek tej porażki.

Na dole lustra odbijały się jego stopy pod stołem skarpetki, każda w innym kolorze.

Jedna czarna, druga granatowa, prawie fioletowa.

Orzeł, psiakrew, domowy.

Przepraszam, Grażyna wymamrotał, nawet nie podnosząc wzroku ze stołu. Walnąłem, jak głupi.

Jedz, Władek, jedz odgryzłem kawałek tortu, delektując się smakiem kremu. Przyda ci się energia.

Podniósł brwi.

Do machania ciężarkami wyjaśniłem z uśmiechem. Przecież jesteś sportowiec.

Wieczór toczył się dalej: rozmowy o cenach, działce i pogodzie.

Ale coś się zmieniło i nie wróciło już do poprzedniego układu.

Mój idealny domowy recenzent nagle spuchł jak balon i wrócił do rangi zwykłego człowieka.

Ze swoimi słabościami, lękami i wałeczkami.

I wiecie co?

Ten tort był przeklęcie pyszny.

Najlepszy, jaki pamiętam przez ostatnie dwadzieścia lat.

Od tego czasu lustro stoi w tym samym miejscu. Nie chciało mi się go sprzątać.

Władysław teraz, mijając je, zawsze ściąga brzuch i prostuje ramiona.

A o mojej zwisającej skórze już nigdy nawet się nie zająknął.

Pewnie boi się obudzić pelikana.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 + 2 =

„Masz zwisającą skórę!” — 60-letni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.