„Masz obwisłą skórę!” — mąż, który ma 60 lat, szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.

Sylwia, co to masz tutaj? zapytał Zbigniew, mojego wieku, już po trzecim kieliszku domowej pigwówki, wyciągnął rękę i, niby gospodarz, szczypnął mnie w bok.

Prosto nad paskiem spódnicy, tam gdzie materiał trochę się naciągał, gdy siedziałam.

Zrobił to przy gościach, głośno i zupełnie bezwstydnie.

Zbyszek, co ty wyprawiasz? próbowałem odsunąć jego dłoń, jakby to była natrętna mucha jesienna, ale nie odpuszczał.

Palce Zbyszka, krótkie i pulchne, znowu zacisnęły się na mojej talii, sprawiając nie tyle ból, co dotkliwe upokorzenie.

Spójrzcie tylko! zwrócił się do naszego sąsiada Henia, który już mierzył widelcem w śledzia pod pierzynką. Mówię jej: Sylwia, przestań zajadać bułki przed snem. A ona mi na to: To wiek, hormony.

Zbigniew zaśmiał się, a jego brzuch zadrgał w rytm śmiechu, naprężając guziki odświętnej koszuli do granic wytrzymałości.

Jakie tam hormony! To zwykłe lenistwo! podsumował dumnie, omiatając spojrzeniem suto zastawiony stół.

Zbyszek, przestań syknąłem przez zęby, czując jak fala rumieńców zakrywa mi szyję i policzki.

Heniu skrzywił się nieco nerwowo i wbił wzrok w talerz, jakby surówka była najważniejszym dziełem sztuki na świecie.

Jego żona, Grażyna, odwróciła spojrzenie i zaczęła szurać serwetką po stole, udając że w ogóle nic się nie dzieje.

Ale co przestań? Zbigniew podłapał ton i rozkręcił się na dobre, czując, że uwaga skierowana jest na niego. Już nie wolno powiedzieć prawdy? Skóra ci wisi!

Znowu dźgnął mnie palcem w bok, jakby sprawdzał świeżość ciasta drożdżowego.

Zobacz, tu, jak wałek wisi kontynuował swoją tyradę. Zupełnie jak shar pei, same fałdy. No przecież to nieestetyczne, Sylwia.

W pokoju zapadła ciężka, gęsta cisza, przerywana tylko szumieniem starej lodówki w kuchni.

Robię to z troski o ciebie dodał mentorskim tonem, odchylając się na krześle i krzyżując ręce na piersi. Kobieta musi o siebie dbać, żeby mąż miał na co popatrzeć taka natura.

Spojrzałem na niego.

Dokładnie, jakbym widział go po raz pierwszy po tych wszystkich latach małżeństwa.

Sześćdziesiąt dwa lata.

Brzuch zwisający nad spodniami jak ciężka chmura przed burzą.

Drugi podbródek, przechodzący płynnie w szyję i tę wątpliwą linię ramion, bez śladu jakiegokolwiek mięśnia.

Łysina błyszcząca od ciepła i sutości posiłku w świetle żyrandola, jak polany masłem pączek na Tłusty Czwartek.

Żeby oko miało na czym zawisnąć, tak? spytałem, dziwiąc się swojemu spokojowi.

Coś się we mnie przestawiło, jakby przełącznik w śluzie przeskoczył z hukiem na nową pozycję.

Nie było już ani wstydu, ani potrzeby łagodzenia sytuacji, ani starego poczucia wyrozumiałości.

Została tylko czysta, przejrzysta jasność.

No oczywiście! Zbyszek poklepał się po piersi, aż zagrało głucho. Ja przynajmniej formę trzymam!

Jaką formę? zapytałem, wbijając w niego wzrok.

Męską! wyprężył się, ile kręgosłup pozwolił. Rano gimnastyka, hantelki przez pięć minut podrzucam, jestem w formie.

Próbował wciągnąć brzuch, żeby tę formę zademonstrować, lecz wyszło marnie.

Brzuch jedynie drgnął, zadrżał i wrócił dumnie na swoje miejsce, zwisając nad paskiem wrzynającym się w ciało.

Facet ma być jak orzeł, a nie worek kartofli zakończył przemowę.

Orzeł, mówisz? powoli podniosłem się od stołu, ostrożnie żeby nie potrącić kieliszków.

Gdzie idziesz, Sylwia obraziłaś się? wrzasnął za mną napełniając kolejny kieliszek. Prawdy nie da się ominąć! Schudnij, a nie dąsaj się!

Przeszedłem do przedpokoju, gdzie pachniało starymi ubraniami i pastą do butów.

Tam na ścianie wisiało to nasze stare, jeszcze po rodzicach, lustro.

Ciężkie, w grubych, owalnych, drewnianych ramach, widziało nas młodych i szczupłych.

Zdecydowanym ruchem zdjąłem je z gwoździa.

Ważyło pewnie pięć kilogramów, rama wrzynała się w dłonie, ale w tamtej chwili jakby nie czułem żadnego ciężaru.

Wróciłem do pokoju niosąc lustro obiema rękoma, jak tarczę rycerską.

Albo jak nieodwołalny wyrok.

Goście zamarli z widelcami w dłoniach, Grażyna aż zaschło w gardle z wrażenia.

Zbyszek, stań proszę powiedziałem cicho, ale takim głosem, że nikt się nie ośmielił się sprzeciwić.

Po co? zdziwienie na jego twarzy było szczere, ale widząc moją minę, zrezygnował z żartów i wstał. Taniec będzie?

Nie podszedłem blisko, czując zapach cebuli i alkoholu. Będziemy podziwiać orła.

Wsadziłem mu lustro pod nos, zmuszając, żeby je przejął.

Trzymaj.

Chwycił ramę, aż ręce mu się zatrzęsły pod ciężarem.

Sylwia, co ty wymyślasz? w jego pewnym dotąd głosie zabrzmiał pierwszy cichy niepokój.

Spójrz powiedziałem tonem, jakim strofuje się kota łobuza. Patrz uważnie.

Zamglonym wzrokiem zerkał na swoje odbicie w lekko drżącym lustrze.

No, to ja, i co dalej?

Spuść wzrok niżej stuknąłem palcem w szybę, tam gdzie odbijał się jego tułów w przepoconej koszuli. Widzisz to?

Co niby? jeszcze próbował ratować twarz.

Skóra ci wisi! powiedziałem głośno, parodiując go sprzed kilku minut. I to nie wisi, Zbysiu, ono leży!

Sylwia! spróbował opuścić lustro, policzki mu pociemniały.

Nie, trzymaj! przycisnąłem dolny brzeg ramy, zmuszając go patrzeć na siebie. To tutaj, nad paskiem to mięsień idealny, tak?

Heniu wydał z siebie dziwny chrumknięty oddech i odchrząknął, powstrzymując się od śmiechu.

Nie, kochany, to koło ratunkowe mówiłem bez litości. Na wypadek, gdybyśmy się utopili w tłuszczu.

Zbigniew poczerwieniał tak, że wyglądał jak przejrzały pomidor gotowy pęknąć.

A tu, zobacz na boki wskazałem mu boczki śmiało wychodzące ze spodni. To mamy orle skrzydła, czy raczej uszy jak u świątecznego prosiaka przed Wigilią?

Dość! syknął, próbując uciec spojrzeniem. Wszyscy patrzą, jak możesz mnie tak zawstydzać!

Niech patrzą! zagłuszyłem jego szept. Chciałeś prawdy? To masz główny esteta w tym domu!

Odsunąłem się krok do tyłu, by zobaczyć całość.

To może prześledźmy tę estetykę nie odpuszczałem. Obróć się bokiem do światła.

Nie będę… zaczął, ale szybko zamilkł.

Obróć się! rzuciłem z takim tonem, że aż widelce dźwięknęły.

Wreszcie, powoli i niezręcznie, stanął bokiem.

W lustrze odbił się jego profil, bardzo daleki od kanonów z greckich rzeźb.

I szyja.

A właściwie brak szyi wprost trzy fałdy.

Widzisz potrójną fałdę z tyłu? mówiłem spokojnie, jak lekarz. To rasowy shar pei, Zbysiu, tyle ci powiem.

Grażyna już się nie kryła zasłoniła twarz serwetką, a ramiona jej trzęsły się od tłumionego śmiechu.

A tu pod podbródkiem? byłem bezlitosny. Zapas na zimę, czy chowasz tam śledzie?

Jestem facetem! wykrztusił żałośnie Zbyszek, ale argument zabrzmiał cicho i mizernie. Facetowi wolno!

Ach, facetowi wolno? zadrwiłem i parsknąłem lodowatym śmiechem. To kiedy po dwóch dzieciach i trzydziestu latach przy garach mam jedną fałdę to hańba, wstyd i skóra zwisa?

Podeszłem bliżej i spojrzałem mu w oczy.

A ty, gdy przez dziesięć lat cięższy od pilota do telewizora nic nie dźwignąłeś, zamieniłeś się w galaretę to facet w najlepszym wieku?

Nagle wyrwałem mu lustro z rąk, ręce mu drżały.

Stał po środku pokoju zagubiony, przygięty, z rozpiętym górnym guzikiem, który właśnie się poddał i potoczył pod kredens.

Cały jego orli majestat ulotnił się jak para z czajnika.

Stał przede mną zwykły starszy pan, który nagle pojął, że król jest nagi.

I bardzo, bardzo okrągły.

Siadaj rzuciłem spokojnie, ustawiając ciężkie lustro pod komodą. I jedz.

Padł ciężko na swoje krzesło, które skrzypnęło od jego ciężaru.

I żadnego słowa już nie chcę słyszeć o mojej figurze dodałem, porządkując fryzurę przed lustrem.

Potem odwróciłem się do niego i dodałem ciszej:

Bo zawieszę to lustro naprzeciw twojego miejsca. Będziesz jadł i na własnego pelikana patrzył.

Heniu nie wytrzymał, parsknął śmiechem i otarł łzy.

Zbyszek bez słowa zjadł marynowanego grzybka, patrząc tylko w swój talerz, próbując uszczuplić swoją objętość.

W pokoju zniknęło to napięcie, które zwykle zostaje po domowej kłótni.

Wprost przeciwnie.

Zrobiło się lekko i swobodnie.

Jakby ktoś w końcu otworzył okno w zadymionym, dusznym pokoju i wpuścił świeże powietrze.

Usiadłem na swoim miejscu gospodarza.

Wziąłem łopatkę i odkroiłem sobie ogromny, nieprzyzwoicie wielki kawał tortu napoleonki.

Tego właśnie, którego pół dnia wczoraj piekłem, rozwałkowując ciasto do przezroczystości, i którego nie miałem zamiaru jeść, żeby nie przytyć.

Krem aż wypływał bokiem, warstwy ciasta chrupały pod widelcem.

Sylwia, i mi poproszę kawałek, taki naprawdę duży szepnęła Grażyna, podając talerzyk. Do diabła z dietą, żyjemy tylko raz.

I mi też, puścił oko Heniu, nalewając sobie kompotu. Chyba mi też skrzydła rosną, trzeba coś z tym zrobić.

Zbyszek tylko na chwilę spojrzał mi w oczy.

Powiało nową, ostrożną powagą.

Potem spojrzał na ciasto. Potem zerkł na lustro stojące pod ścianą jak milczący świadek jego klęski.

Na dole lustra odbijały się jego nogi w skarpetkach jedna czarna, druga granatowa, niemal fioletowa.

Orzeł, tfu, domowy.

Przepraszam, Sylwia wymamrotał, nie podnosząc wzroku ze stołu. Głupio palnąłem.

Jedz, Zbyszek, jedz powiedziałem z satysfakcją, wgryzając się w kawałek napoleonki, czując smak waniliowego kremu. Przydadzą ci się siły.

Podniósł brwi pytająco.

Hantle trzeba podnosić wyjaśniłem z uśmiechem. Przecież jesteś nasz sportowiec.

Wieczór potoczył się normalnym rytmem, rozmowy o cenach, działkach i pogodzie.

Ale coś się w układzie sił nieodwołalnie zmieniło.

Mój domowy krytyk nagle odpuścił i stał się zwykłym człowiekiem.

Z własnymi słabościami, lękami i kilogramami.

A wiecie co?

Ten tort smakował wybornie.

Najlepiej od dwudziestu lat.

Lustro od tego dnia stoi w pokoju, już go nie chowam.

Zbyszek, przechodząc obok, zawsze wciąga brzuch i prostuje się na baczność.

A o mojej wiszącej skórze więcej już nigdy nie wspomniał.

Chyba boi się obudzić swojego pelikana.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × pięć =

„Masz obwisłą skórę!” — mąż, który ma 60 lat, szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.