Maria przeniosła się do Warszawy ze wsi w konkretnym celu: chciała stać się właścicielką mieszkania znajdującego się blisko centrum. Zatrudniła się w dużym sklepie, w którym sprzedawano specjalistyczne urządzenia medyczne. Pracowita i grzeczna, młoda dziewczyna przypadła do gustu kierownictwu, ale jej koledzy i koleżanki z pracy wręcz przeciwnie – byli niezadowoleni z tego, że z nimi pracuje. Ogólnie nie lubili, gdy jakiś nowy pracownik dołączał do ich zespołu. Ignorowali ją, więc Maria robiła to samo. Nie zależało jej zresztą na przyjaźniach, ponieważ priorytetem dla niej było mieszkanie. Z biegiem czasu awansowała, jej baza indywidualnych klientów rosła, a wraz z tym jej przychody rosły. Maria na początku nie chciała brać kredytu hipotecznego bo wiedziała, jak stopy procentowe potrafią się nieoczekiwanie zmieniać i musiałaby oddać dwa razy, albo nawet trzy razy więcej, niż pożyczyła. Maria odkładała więc pieniądze na koncie oszczędnościowym w banku.
Oszczędzała na wszystkim, na czym tylko mogła. Rzuciła palenie, nie chodziła do restauracji i kawiarni, przygotowywała obiady w domu i przynosiła posiłki ze sobą do pracy (dając dodatkowy powód kolegom do żartowania z niej). Korzystanie z gotowych zupek chińskich czy robienie większości posiłków z tanimi ziemniakami było dużo tańsze, niż inne jedzenie. Maria oszczędzała też na rachunkach z wody i czasami myła się na stacjach benzynowych, żeby było taniej. Nie było oczywiście opcji, żeby związać się z jakimś mężczyzną przy takich warunkach życia, bo raczej żaden z nich nie chciałby myć się na stacji benzynowej i jeść zupki chińskiej. Zresztą, Marii i tak nie zależało na związku.
Takie ascetyczne warunki życia pozwoliły jej odkładać 1500 złotych miesięcznie na konto oszczędnościowej. Po dziesięciu latach w banku zgromadziło się prawie 183 tysiące złotychi za te pieniądze kupiła sobie małą kawalerkę blisko centrum. Miała dokładnie dwadzieścia cztery metry kwadratowe i wymagała remontu. Po szybkim remoncie i zakupie mebli Maria przeniosła się do upragnionego mieszkania. Po powrocie z pracy Maria usiadła na kanapie i pomyślała: „przez tyle lat odmawiałam sobie wszystkiego i co mi z tego… Jakoś nie mam z tego radości. Może byłoby lepiej, gdybym żyła wtedy normalnie…?”.



