Mamo, uśmiechnij się Arianka zawsze wstydziła się, gdy sąsiadki przychodziły do nich i prosiły, by …

Mama, uśmiechnij się

Justynka nie znosiła, gdy sąsiadki wpadały do nich i namawiały jej mamę na zaśpiewanie czegoś.

Jadzia, zaśpiewaj, taki masz ładny głos, a i zatańczyć potrafisz! mama nutę łapała w pół obrotu, sąsiadki jej wtórowały, bywało, że wszyscy razem tańcowali na podwórku.

W tamtym czasie Justynka mieszkała z rodzicami na wsi, we własnym, nieco już podniszczonym domu. Był jeszcze młodszy brat, Krzyś. Mama zawsze w świetnym humorze, otwarta, a gdy goście się żegnali, rzucała:

Koniecznie wpadnijcie znów, dobrze nam się przegadało, czas leciał!

Sąsiadki kiwały głowami, że jasne, i już kombinowały, co tu następnym razem przynieść.

Justynka wcale nie czuła tej atmosfery. Wstydziła się tego, że mama śpiewa i pląsa. Chodziła wtedy do piątej klasy podstawówki i pewnego razu nie wytrzymała:

Mamo, możesz nie śpiewać i nie tańczyć? Proszę Wstyd mi rzuciła, sama nie wiedząc, o co jej właściwie chodzi.

Do dzisiaj, choć sama już mama, nie potrafi tego sensownie wyjaśnić. Ale Jadwiga odpowiedziała jej z uśmiechem:

Justynka, nie wstydź się, raczej ciesz! Przecież nie będę śpiewać i tańczyć do końca życia, teraz młoda jeszcze

Justynka nawet nie zastanawiała się wówczas, jak to jest potrzebne zwykła, codzienna radość.

Gdy była w szóstej klasie, a Krzysiek w drugiej, ich tata spakował manatki i wyszedł na zawsze. Justynka nie miała pojęcia, jaka awantura rozegrała się między rodzicami. Dopiero jako nastolatka zebrała się na odwagę:

Mamuś, dlaczego tata nas zostawił?

Kiedyś ci powiem, jak dorośniesz odpowiedziała matka.

W rzeczywistości Jadwiga zastała swego Władka w ich własnej sypialni, w towarzystwie sąsiadki Basi. Justynka z Krzyśkiem byli wtedy w szkole, ona wróciła przypadkiem zapomniała portfela z pieniędzmi.

Drzwi uchylone, zdziwiona mąż powinien być w pracy, przecież dopiero jedenasta przed południem. Wchodzi, a tam scena nie do pozazdroszczenia. Basia uśmiecha się jakby nigdy nic, Władek jeszcze głupiej. Jadwiga oniemiała.

Wieczorem, kiedy wrócił Władek, miała dla niego spakowaną torbę w sypialni.

Zbieraj się i idź. Nigdy ci nie wybaczę tego świństwa.

On próbował coś tłumaczyć:

Jadzia, daj spokój, błąd popełniłem, przecież mamy dzieci

Słyszałeś, wynoś się i wyszła na podwórko.

Władek wyszedł, nawet się nie obejrzał. Jadwiga jeszcze długo wyglądała za nim zza rogu domu, ale nie chciała go więcej widzieć. Bolało ją do żywego.

Damy sobie radę, jakoś przetrwamy powtarzała w duchu, ocierając łzy. Zdrajcy nie wybaczę.

Nie wybaczyła. Została z dwójką dzieci. Wiedziała, że będzie ciężko, ale że aż tak? Przekonała się dopiero później. Zaczęła pracować na dwóch etatach. Rano czyściła szkołę, nocami tyrala w piekarni. Spała w biegu, twarz smutna na stałe.

Choć tata odszedł, kontaktu z dziećmi nie zerwał. Mieszkał raptem cztery domy dalej. U Basi był syn, w wieku Krzyśka, razem nawet do klasy chodzili. Jadwiga nie zabraniała Justynce i Krzyśkowi odwiedzać ojca. Gościli, bawili się, ale obiady zawsze w swoim domu Basia ani nie karmiła, ani nie częstowała, tylko pograć można było.

Czasem syn Basi ciągnął do nich z Justynką i Krzyśkiem. Sąsiadki patrzyły z niepokojem. Jadwiga nikomu jedzenia nie żałowała, i pasierba męża nie wyganiała. Tylko uśmiechu na jej twarzy Justynka już nigdy nie widziała. Zrobiła się cicha, zamknięta w sobie.

Bywało, że Justynka po szkole marzyła, by pogadać z mamą, łaknęła jej uwagi, więc opowiadała, co tylko się dało.

Mamo, wyobraź sobie! Genek przyniósł dziś do klasy kotka i on zaczął miauczeć na lekcji! Nasza wychowawczyni chodzi i nie może dojść, co za zwierzę się odzywa. Wkurzyła się na Genka, a my jej mówimy, że kotek w torbie Wyrzuciła Genka z kociakiem, jeszcze mamę kazała wezwać.

Aha mruknęła tylko mama.

Justynka widziała, jak cały światek mamy się zwęził do kuchni, piekarni, okna i pieluch młodszego brata. A nocami płakała długo, twarz przyklejona do szyby.

Dopiero jako dorosła kobieta Justynka pojęła:

Mama była śmiertelnie zmęczona, we dnie dwie roboty, nocą nie spała. Pewnie jeszcze witamin jej brakowało. Wszystko robiła dla nas z Krzyśkiem zawsze mieliśmy czyste, wyprasowane ubrania, obiad przygotowany. Zawsze.

Wtedy błagała tylko:

Mamusiu, uśmiechnij się. Tak mi brakuje twojego uśmiechu.

Jadwiga kochała dzieci bardzo, na swój cichy sposób nie tuliła co dzień, raczej chwaliła, gdy w szkole dobrze szło albo porządku nie trzeba było upominać. Do jedzenia zawsze coś smacznego, w domu ład i porządek.

Justynka najbardziej czuła maminy dotyk, gdy ta zaplatała jej warkocze głaskała ją wtedy z takim smutkiem, że ramiona aż opadały. Zęby mamie zaczęły wypadać wcześnie, leczenia nie podjęła, tylko powyciągała.

Po podstawówce Justynka nie rozważała nawet wyjazdu do miasta na naukę nie zostawi matki samej, nie chciała wydatków. Zatrudniła się w sklepie spożywczym na końcu wsi. Pomagała, ile mogła Krystian szybko rósł, ciągle nowe buty, ubrania.

Któregoś dnia do sklepu wpadł Miłosz. Nie był miejscowy, tylko z innej wioski.

Jak masz na imię, piękna? Nowa jesteś? zagaił z szerokim uśmiechem.

Justyna. Pana tu jeszcze nie widziałam.

Bo ja z wioski osiem kilometrów dalej. Miłosz jestem przedstawił się.

Szybko zaczęli się spotykać. Miłosz coraz częściej podjeżdżał autem po Justynę po pracy, zabierał na przejażdżki, pokazał nawet swój dom. Mieszkał z chorą matką, żonę miał kiedyś, ale ta zwiała do miasta, bo nie chciała opiekować się teściową.

Siedlisko miał Miłosz duże, dom solidny. Gościł ją jak księżniczkę śmietana, mięso, cukierki na stole. Justynie się spodobało. Matka Miłosza rzadko wychodziła z pokoju.

Justyna, wyjdź za mnie rzucił w końcu Miłosz. Bardzo mi się podobasz. Ale od razu ci powiem: trzeba będzie się z mamą opiekować, ale sam też dam radę.

Justyna niby ucieszona, ale udaje powściągliwą. Co jej tam, z chorymi już się naopiekowała. Miłosz nerwowo czekał.

Zgodzić się myśli sobie Justyna będę jeść do syta mięsa i śmietany. Na głos: Dobrze, zgadzam się powiedziała. Miłosz się ucieszył nie do opisania.

Justyńka, ale jestem szczęśliwy! Myślałem, że taka młoda nie zechce starego rozwodnika. Obiecuję, nigdy cię nie skrzywdzę, będziemy mieć wspaniałe życie.

Po ślubie przeprowadziła się do jego domu. Szczerze mówiąc, już nie tęskniła za własnym. Krzyś poszedł do technikum samochodowego w powiatowym, do domu zjeżdżał tylko na święta.

Czas mijał. Justyna faktycznie była szczęśliwa. Dwóch synów urodziła jeden po drugim. Z pracy zrezygnowała w domu roboty po sufit, dzieci też. Teściowa zmarła po dwóch latach wspólnego życia. Gospodarstwo duże, więc robota non stop. Miłosz chodził do pracy, ale po gospodarce latał głównie sam. Czasem jej marudził:

Po co dźwigasz takie wiadra, ja zrobię! Ty idź krowę podoić, kury i kaczki nakarm, a świniami ja się zajmę.

Justyna wiedziała, że ją kocha. Po dzieciakach szalał. Sama, choć nie miała kiedyś gospodarstwa, ogarniała wszystko. Miłosz to był z tych hojnych.

Justyś, zawieźmy teściowej kawał mięsa, śmietany, mleka! Przecież ona wszystko musi kupić, a my mamy domowe.

Jadwiga przyjmowała dary z wdzięcznością, ale uśmiechu dziecku nadal nie dawała. Nawet z wnukami była trochę poważna, chociaż na wizyty córki czekała. Justynie żal było mamy, marzyła, by ją choć trochę rozruszać.

Justynka, może do księdza w parafii pójdziemy, poradzi, co robić? rzucił Miłosz. I pomysł się spodobał.

Proboszcz obiecał modlitwę za Jadwigę i doradził:

Módl się o to, żeby mama spotkała dobrego człowieka na swojej drodze.

Justyna tak właśnie robiła.

Pewnego dnia mama poprosiła ją:

Córuś, mogłabyś mi pożyczyć trochę pieniędzy? Chcę zęby wstawić.

Boże, mamuś, ja ci wszystko chętnie opłacę! Justyna aż podskoczyła z radości, choć wiedziała, że matka i tak odda.

Podała jej ile trzeba, mama zaraz obiecała spłacić. Przez kilka tygodni widziały się tylko przez telefon, bo Miłosz pomagał w tym czasie wujowi Staszkowi przeprowadzić się z miasteczka na wieś. Staszek kupił solidny dom, żona go wygoniła, dzieci dorosły, a on sam został.

Czasem Miłosz zaglądał do wujka, Justyna parę razy była z nim. Aż pewnego dnia mąż wrócił do domu i mówi:

Wiesz co? Wujek chyba zamierza się żenić. Podsłuchałem, jak z kimś przez telefon rozmawiał

I dobrze! poparła Justyna. Facet młody, sam nie będzie siedział, a dom pierwszy sort, gospodyni się przyda.

Po kilku dniach Staszek sam do nich zajrzał:

Chciałem was zaprosić na herbatę! Spotkałem swoją pierwszą miłość, uczyliśmy się razem w podstawówce. Jutro ją przeprowadzam, pojutrze wpadajcie.

Miłosz z Justyną wybrali się w gości z prezentami. Kiedy Justyna weszła do domu, oniemiała z wrażenia przed nią stała własna mama! Jadwiga, teraz już piękna, z nową fryzurą i uśmiechem Tak po prostu.

Mamo! Jak się cieszę Ale czemu nic nie powiedziałaś?

Bałam się, że nic z tego nie wyjdzie.

Wujku Staszek, czemuś milczał?

Bałem się, że Jadwiga zmieni zdanie Ale teraz jesteśmy szczęśliwi.

Miłosz z Justyną szczerze cieszyli się, że Jadwiga i Staszek się odnaleźli mama promieniała i ciągle się uśmiechała.

Dzięki za przeczytanie! Życie bywa przewrotne, ale zawsze jest szansa na lepszy rozdział. Powodzenia, kto dotrwał do końca!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 3 =

Mamo, uśmiechnij się Arianka zawsze wstydziła się, gdy sąsiadki przychodziły do nich i prosiły, by …