– Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo… – Spojrzała na nich. Anna i Robert przez całe życie zmagali się …

Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo… odezwała się cicho, przeciągając słowa, jakby przez mgłę.

Halina i Marek całe życie borykali się z biedą. Kobieta dawno już straciła nadzieję na szczęście, odkąd obrazy młodości i marzenia o ciepłym, dostatnim gnieździe rozwiały się niby para nad herbatą. Była kiedyś zakochaną dziewczyną z polskich Mazur, widziała dla siebie i Marka przyszłość jasną jak dzień letni w lipcu. Los jednak zadrwił z jej marzeń. Marek dźwigał cegły, naprawiał dachy, dnie spędzał na robotach i zarabiał grosze. A potem Halina zaczęła spodziewać się dziecka. Po kolei przyszło na świat trzech synów. Halina nie wróciła już do pracy ledwo starczało im na życie z jednej wypłaty męża. Chłopcy rośli, a do zimy zbliżały się coraz szybciej zniszczone buty, dziurawe rękawy.

Pieniądze znikały jak kamfora jedzenie, światło, czynsz. Przez dwanaście lat bieda wżerała się w ich ściany, aż zostawiła po sobie ślady. Marek zaczął popijać. Przynosił do domu całą wypłatę, ale każdego dnia wracał pijany. Halina coraz rzadziej patrzyła na niego z czułością znikało w niej serce do tego życia. Pewnego wieczoru Marek wtoczył się do domu, z niedopitą butelką żytniówki w ręku. Halina wzięła ją w zaciśniętą dłoń i pociągnęła łyk, jakby chciała wymazać cały świat. Od tej chwili piła z nim razem.

Tak minął czas alkohol zasnuł w niej ból i żal, a troski odpływały na chwilę niczym łódka na jeziorze. Zaczęła czekać, może nawet wyglądać twarzy męża i tej nowej ucieczki pod postacią wódki, którą razem pili przy kuchennym stole.

Halina przestała myśleć o synach. W wiosce ludzie zadziwieni szeptali: jak to możliwe, by polska kobieta tak się zmieniła przez gorzałę? Chłopcy zaczęli chodzić po sąsiadach, prosząc czasem o kawałek chleba. Gdy pewnego dnia jeden z sąsiadów nie wytrzymał, powiedział jej wprost:

Halina, oddaj chłopaków do domu dziecka, lepiej tak niż mają pomrzeć z głodu. Ilu jeszcze dni chcesz pić i nie myśleć o własnych dzieciach?

Te słowa prześladowały ją nocą, kiedy cisza była gęsta od kłamstw i zmarnowanych okazji. Byłoby łatwiej, myślała, gdyby dzieci nie plątały się między nogami. Po czasie Halina i Marek po prostu oddali synów do domu dziecka. Chłopcy płakali i czekali na powrót matki, ojca na próżno. Rodzice jakby wymazali ich z pamięci.

Mijały kolejne lata. Bracia jeden po drugim opuszczali dom dziecka. Każdy dostał niewielką kawalerkę od miasta nie były to szczyty marzeń, ale przynajmniej był dach nad głową. Pracowali, trzymali się razem. O rodzicach nie mówili, ale w sercach nosili tęsknotę, niedopowiedziane pytania.

Któregoś dnia wsiedli do rzężącego fiata, którego wspólnymi siłami naprawiali przez zimowe wieczory. Pojechali pod znaną, sypiącą się chałupę, gdzie kiedyś mieszkali. Po drodze spotkali matkę. Sapała ciężko, wracając ze sklepu z siatką taniego jedzenia, nie widząc świata wokół.

Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo…

Spojrzała na nich, a spojrzenie było nieobecne, martwe jak woda w studni. I wtedy nagle ją olśniło rozpoznała ich.

Rozpłakała się, jęła przepraszać, łkać, zaciskać dłonie. Ale jak tu wybaczyć coś takiego? Synowie stali w milczeniu, czas wirował wokół nich jak jesienne liście. W końcu zrozumieli kimkolwiek była, była ich matką.

I wybaczyli jej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + dwanaście =

– Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo… – Spojrzała na nich. Anna i Robert przez całe życie zmagali się …