— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Nikodem. — Rozumiesz? Nie mogłem Nikodem miał czternaście…

Dziś znów nie mogłem przestać myśleć o tym, co powiedzieć mamie. Czy ona zrozumie? Szeptałem do niej później cicho: Mamo, nie mogłem go zostawić. Wiesz? Po prostu nie mogłem.

Mam czternaście lat, świat wydaje się być nastawiony przeciwko mnie. Nie, świat mnie raczej nie rozumie. Słyszę szepty na klatce schodowej: Ten łobuz znowu! narzekała pani Kława z trzeciego piętra, jak zwykle przebiegając na drugą stronę podwórka. Wychowuje go sama matka, to wychodzi co wychodzi!

Mijam ją pochylony w podartych dżinsach, ręce w kieszeniach. Udaję, że nie słyszę, ale przecież słyszę.

Mama znów w pracy do późna. W domu na stole kartka: Kotlety są w lodówce. Podgrzej sobie. I cisza. Wiecznie ta cisza.

Właśnie wracając ze szkoły, gdzie znowu nauczyciele rozmawiali ze mną o moim zachowaniu, czułem się, jakbym był dla wszystkich problemem. Wiem o tym, doskonale. Ale co z tego?

Hej, młody!, zawołał pan Witek z pierwszego piętra. Widziałeś tu kulawego psa? Powinno się go przepędzić!

Zatrzymałem się. Sprawdziłem wzrokiem.

Przy śmietnikach rzeczywiście leżał pies. Nie szczeniak, dorosły, rudawy z białymi plamami. Leżał bez ruchu, tylko oczy pilnie śledziły ludzi. Były mądre, smutne.

Niech ktoś go przegoni!, dodała pani Kława. Chory pewnie!

Podszedłem bliżej. Pies nie drgnął, tylko delikatnie poruszył ogonem. Na tylnej łapie miał rozciętą ranę, zakrzepłą krew.

Co tak stoisz?, rzucił zniecierpliwiony pan Witek. Weź kij, przegoń go!

Coś we mnie pękło.

Nie ważcie się go dotykać!, powiedziałem ostro, zasłaniając psa. To nie jest nikomu winny!

Ho, ho, obrońca się znalazł, zdziwił się pan Witek.

I będę bronić! Przykucnąłem przy psie, ostrożnie podałem dłoń. Obwąchał palce i polizał je cicho.

Poczułem ciepło w piersi. Od dawna nikt nie podszedł do mnie życzliwie.

Chodź, szepnąłem psu. Chodź ze mną.

W domu zrobiłem mu legowisko ze starych kurtek w kącie pokoju. Mama pracowała do wieczora, więc nikt nie miał krzyczeć ani wyrzucać zarazy.

Rana wyglądała źle. Wszedłem w internet, czytałem o pomocy dla zwierząt. Medyczne terminy były trudne, ale zapamiętywałem wszystko.

Trzeba przemyć wodą utlenioną, mamrotałem, grzebiąc w apteczce. Brzegi jodyną, ale delikatnie, żeby nie bolało.

Pies leżał spokojnie, pokornie wystawiając łapę. Patrzył na mnie wdzięcznie tak, jak dawno nikt nie patrzył.

Jak ci na imię?, bandażowałem łapę. Jesteś rudy. Może Rudy?

Cicho zaszczekał, jakby się zgadzał.

Wieczorem wróciła mama. Byłem gotów na awanturę, ale tylko zerknęła na Rudego, dotknęła bandaż.

Sam wszystko zrobiłeś?, zapytała cicho.

Sam. W necie znalazłem instrukcje.

A czym go nakarmisz?

Coś wymyślę.

Patrzyła długo na mnie, na Rudego, który polizał jej dłoń.

Jutro idziemy do weterynarza, powiedziała. Zobaczymy, co z łapą. Już wymyśliłeś imię?

Rudy! rozpromieniłem się.

Pierwszy raz od miesięcy nie czułem dzielącej nas ściany.

Rano wstałem godzinę wcześniej. Rudy wstać próbował, ale skomlał z bólu.

Leż, spokojnie, zaraz ci przyniosę wodę, jedzenie.

W domu nie było karmy. Ostatniego kotleta oddałem, chleb namoczyłem w mleku. Rudy jadł chciwie, ale ostrożnie, do ostatniego okruszka.

W szkole, po raz pierwszy od dawna, nie warczałem na nauczycieli. Myślałem tylko o Rudym czy go boli, czy się nie nudzi?

Jesteś dzisiaj inny, zdziwiła się wychowawczyni.

Wzruszyłem ramionami. Nie umiałem im opowiedzieć wyśmialiby.

Po lekcjach pędziłem do domu, ignorując krzywe spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał mnie z radością już stał na trzech łapach.

No i co, przyjacielu, na dwór chcesz? Zrobiłem mu smycz z sznurka. Ostrożnie z łapą.

Na podwórku prawie cuda. Pani Kława, widząc nas, prawie się zadławiła pestkami słonecznika.

Zabierasz go do domu?! Michał, całkiem ci odbiło?!

Co takiego? powiedziałem spokojnie. Leczę go. Zaraz wyzdrowieje.

Leczysz? Skąd masz pieniądze na leki? Od matki kradniesz?

Zacisnąłem pięści, ale wytrzymałem. Rudy przytulił się do mojej nogi.

Nie kradnę. Wydaję swoje pieniądze. Zbieram na drugie śniadanie, szepnąłem.

Pan Witek pokręcił głową.

Wiesz, że to żywa istota? Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać.

Każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, choć jeszcze trochę kuleje. Uczyłem go komend cierpliwie, godzinami.

Siad! Brawo! Daj łapę! No pięknie!

Sąsiedzi patrzyli z daleka. Jedni się uśmiechali, inni kręcili głową. Nie zwracałem uwagi liczyły się tylko wierne oczy Rudego.

Zmieniłem się. Nie od razu, stopniowo. Przestałem pyszczyć, sprzątałem w domu, nauczyciele chwalili oceny. Wreszcie miałem cel. I to był dopiero początek.

Po trzech tygodniach wydarzyło się coś, czego się bałem.

Wracałem z Rudym z wieczornego spaceru i zza garaży wyskoczyła banda psów. Pięć czy sześć dzikie, głodne, z iskrącymi oczami. Największy, czarny, wyszczerzył zęby i ruszył w stronę nas.

Rudy instynktownie schował się za mną. Łapa jeszcze bolała, uciec szybko nie potrafił. Tamte od razu wyczuły słabość.

Wracać! zawołałem, wymachując smyczą. Idźcie precz!

Ale nie reagowały. Otaczały nas. Czarny wódz warczał coraz głośniej.

Michał! z góry dobiegł kobiecy krzyk. Uciekaj! Zostaw psa i biegnij!

To była pani Kława, wysunięta z okna. Za nią kilka twarzy sąsiadów.

Młody, nie wygłupiaj się! krzyczał pan Witek. On utyka, nie ucieknie!

Spojrzałem na Rudego. Drżał, ale stał przy mnie. Był gotów dzielić każdy los.

Czarny rzucił się pierwszy. Instynktownie zasłoniłem się, ale ugryzł mnie w ramię. Igiełkami przeszył kurtkę, sięgnął skóry.

A Rudy mimo chorej łapy, mimo strachu rzucił się bronić. Wgryzł się w nogę czarnego, wisiał na niej całym ciałem.

Rozpoczęła się prawdziwa walka. Odpierałem je nogami i rękami, próbowałem osłonić Rudego. Dostawałem ugryzienia, zadrapania, ale nie odpuszczałem.

Matko święta, co tu się dzieje! lamentowała pani Kława. Witek, zrób coś!

Pan Witek biegł po schodach, łapał kij, drążek co wpadło w ręce.

Trzymaj się, młody! krzyczał. Zaraz ci pomogę!

Już opadałem pod naporem, gdy usłyszałem znajomy głos:

A kysz!

To była mama. Wybiegła z klatki z wiadrem wody, wylała je na psy. Banda cofnęła się, warcząc.

Witek, pomocy! wołała.

Pan Witek przybiegł z kijem, za nim popędzili sąsiedzi. Psy, widząc przewagę, uciekły.

Leżałem na asfalcie, obejmując Rudego. Obaj we krwi, obaj trzęśliśmy się. Ale przeżyliśmy. Przetrwaliśmy.

Synku, mama kucnęła i ostrożnie obejrzała rany. Ale mnie wystraszyłeś.

Nie mogłem go zostawić, mamo szeptałem drżąc. Wiesz? Nie mogłem.

Wiem, powiedziała cicho.

Pani Kława zeszła na podwórze, patrzyła na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz.

Dziecko, wyszeptała. Byłeś gotowyprzez psa.

Nie przez psa, wtrącił pan Witek. Za przyjacielem. Rozumiesz różnicę, Klaudio?

Sąsiadka tylko skinęła głową. Po policzkach spływały jej łzy.

Chodźcie do domu, powiedziała mama. Trzeba opatrzyć rany. I Rudego też.

Wstałem z trudem, wziąłem Rudego na ręce. Skowytał, ale ogon poruszał się lekko był szczęśliwy, że jestem obok.

Zaczekajcie, powstrzymał nas pan Witek. Jutro jedziecie do weterynarza?

Jedziemy.

Podwiozę was. Sam zapłacę za leczenie pies się okazał bohaterem.

Spojrzałem zdziwiony.

Dziękuję, panie Witku. Ale dam radę sam.

Nie sprzeczaj się. Kiedyś oddasz, jak zarobisz. A teraz Poklepał mnie po ramieniu. Jesteśmy z ciebie dumni. Prawda?

Sąsiedzi potwierdzili, milcząc.

Minął miesiąc. Październikowy wieczór. Wracałem z kliniki weterynaryjnej, gdzie w weekendy pomagałem wolontariuszom. Rudy biegał obok mnie łapa już zdrowa, prawie nie kuleje.

Michał! Zaczekaj! zawołała pani Kława. Zatrzymałem się, myśląc że znowu będzie marudzić. Ale wręczyła mi torebkę karmy.

Dla Rudego, powiedziała zmieszana. Dobra karma, dość droga. Tak się starasz.

Dziękuję, pani Kławo, odpowiedziałem szczerze. Ale mamy karmę. Dorabiam teraz w klinice, doktor Anna płaci mi trochę.

Weź, jeszcze się przyda.

W domu mama szykowała kolację. Na mój widok uśmiechnęła się:

Jak tam w klinice? Zadowolona z ciebie doktor Anna?

Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. Może naprawdę zostanę weterynarzem.

A szkoła?

Jest dobrze. Nawet pan Piotr z fizyki chwali. Powiedział, że jestem bardziej uważny.

Mama kiwała głową. Przez ten miesiąc wiele się zmieniłem. Nie pyskuję, pomagam w domu, nawet sąsiadów witam. Ale najważniejsze mam cel. Mam marzenie.

Wiesz, powiedziała, jutro pan Witek przyjdzie. Chce ci zaproponować dodatkową pracę. Znajomy prowadzi hodowlę, szukają pomocnika.

Rozjaśniłem się:

Naprawdę? Mogę zabrać Rudego?

Myślę, że tak. Przecież to już prawie służbowy pies.

Wieczorem siedziałem z Rudym na podwórku. Ćwiczyliśmy komendę pilnować. Rudy starał się jak mógł, wpatrzony we mnie z oddaniem.

Pan Witek przysiadł na ławce obok.

Na pewno jutro jedziesz do hodowli?

Jadę. Z Rudym.

To połóż się wcześniej. Dzień będzie ciężki.

Jak poszedł, posiedziałem jeszcze chwilę. Rudy położył łeb na moich kolanach i westchnął z zadowoleniem.

Już się odnaleźliśmy. I nigdy nie będziemy samotni.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 1 =

— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Nikodem. — Rozumiesz? Nie mogłem Nikodem miał czternaście…