Mamo, czas zaakceptować naszą decyzję – nie planujemy zostać rodzicami i nie chcemy mieć dzieci.

Zofia śniła tej nocy o błękitnym szpitalu, w którym rodziła swoją córeczkę. Biała salka rozlewała się w nieskończoność jak mleko wylane z dzbanka, a lekarze unosili się nad nią niczym chmury, ich głosy brzmiały jak echa z innego świata. Po porodzie usłyszała od nich, że jej łono zamknęło się na zawsze. Tak jakby ktoś zaryglował bramę ogrodu, do którego nigdy już nie wejdzie.

Po tym śnie, mąż Zofii, Robert, stał się chłodny jak zachodni wiatr. Przez pół roku przechodził obok niej, nie zostawiając nawet okrucha serdeczności, jakby mieszkała w tym domu tylko jej dusza, a ciało dawno uciekło. Czuła, że w powietrzu krąży coś dusznego. Wkrótce okazało się, że Robert spotyka się z inną kobietą. Tamta była jakby zrobiona z powietrza, przezroczysta i cicha w snach Zofii, ale w rzeczywistości miała już w brzuchu bliźniaki. Robert spakował się i zniknął, zostawiając Zofię z ich małą Hanią, która wyglądała jak sennej mgły odbicie.

Hania rosła szybko, jakby codziennie podlewała ją rosa ze snów. Chodziła na zajęcia z baletu, malowania, szachów. Zosia siedziała na krześle z wikliny, splatając włosy Hani w dwa drobne warkocze, i nie mogła uwierzyć, że ta dziewczynka należy tylko do niej. Hania układała swoje lalki w krąg na podłodze, prowadziła dla nich lekcje, a każda lalka miała imię inne niż dnia poprzedniego jakby sama rzeczywistość była zmienną tkaniną.

W szkole Hania była przewodniczącą klasy. Mobilizowała dzieci do konkursów, a kiedy mówiła, wszyscy milkli jak zaklęci. Potem pokochała chłopaka o imieniu Olek, który pachniał miodem i gitarą. Jego głos był lekko zachrypnięty, a muzyka, którą grali razem (Hania na perkusji, Olek na gitarze), unosiła się nad ich blokiem na warszawskim Mokotowie niczym obłoki waty cukrowej.

Grali koncerty wszędzie: raz w klubie przypominającym starą halę balową, raz na festynie w Międzyrzecu, a raz na dachu jakiegoś wieżowca w Katowicach. Zawsze w snach Zofii, dookoła ich muzyki kręciły się ogromne, puchate psy, tańczące razem z tłumem. Mijały lata, a Zofia coraz częściej widziała wnuki w swoich marzeniach, bawiące się w ogrodzie jej rodzinnego domu pod Kielcami. Tymczasem Hania miała już dwadzieścia dziewięć lat.

Pewnego popołudnia, Zofia, z kubkiem kawy w rękach, odezwała się:

Córeczko, czy nie przyszedł czas, żebyś pomyślała o dziecku? jej głos był miękki jak chmurka bitej śmietany na czekoladzie.

Mamusiu, czy chcesz, żebym była jak ciotka Jadzia? Ma czwórkę dzieci, a jej świat to tylko pampersy, bałagan, zapach domowego rosołu? Zamiast podróży zajęcia plastyczne, zamiast snu zupka mleczna.

Ale kto mówi, że masz być jak Jadzia? Jedno dziecko i już. Chociaż jedno, kochanie…

Mamusiu. Musisz pogodzić się z tym, że nie chcemy mieć dzieci. Jeśli zmienimy zdanie, pójdziemy do domu dziecka i damy dom jakiejś samotnej duszy.

Ale własne maleństwo, to coś innego… Pomyśl jeszcze chwilkę.

Nie chcę o tym rozmawiać, mamusiu.

Gdy Zosia płynęła po kuchni jak cień, Hania poczuła, że czas powiedzieć matce prawdę choć może po prostu, gdy się obudzi, wszystko będzie już inne.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + szesnaście =

Mamo, czas zaakceptować naszą decyzję – nie planujemy zostać rodzicami i nie chcemy mieć dzieci.