Krzysztof wziął ślub, mając dwadzieścia cztery lata. Jego żona, Zuzanna, miała dwadzieścia dwa. Była jedynaczką w rodzinie profesora i nauczycielki. Najpierw przyszły chłopcy dwaj pioruniarze, a nieco później córka.
Teściowa, Helena Wiktoria, przeszła na emeryturę i zajęła się wnukami. Relacje Krzysztofa z nią zawsze były dziwne: on wołał ją tylko imieniem i patronimicznym Helena Wiktorio, ona odpowiadała chłodnym pan i nazywała go pełnym imieniem i nazwiskiem. Nie kłócili się, ale przy niej Krzysztof czuł się nieprzyjemnie i nieswojo. Trzeba przyznać, że teściowa nigdy nie wchodziła w spory, rozmawiała z nim z wyraźnym szacunkiem i zachowywała neutralność w stosunku do jego małżonki.
Miesiąc temu firma, w której pracował, zbankrutowała i został zwolniony. Podczas kolacji Zuzanna rzuciła:
Na emeryturę mamy już mało, a moja wypłata nie wystarczy, Krzysiu. Musisz szukać nowej roboty.
Łatwo mówić szukaj pracy! Przez trzydzieści dni przeszukuje oferty, a nic nie trafia.
Z irytacji Krzysztof kopnął pustą puszkę po piwie. Na szczęście teściowa chwilowo milczała, lecz rzucała mu znaczące spojrzenia. Przed ślubem podsłuchał rozmowę matki z córką:
Zuzanko, jesteś pewna, że to ten człowiek, z którym chcesz spędzić życie?
Mamo, oczywiście!
Wydaje mi się, że nie doceniasz całej odpowiedzialności. Gdyby ojciec żył
Mamo, przestań! Kochamy się i wszystko będzie dobrze!
A dzieci? Czy będziecie w stanie je utrzymać?
Poradzimy sobie, mamo!
Nie jest jeszcze za późno, przemyśl to, Zuzanko. Jego rodzina
Mamo, kocham go!
Gdybyś nie musiała taką łamigłówkę rozwiązywać!
Nadszedł czas, by gryźć łokcie, pomyślał Krzysztof z niechęcią. Teściowa patrzyła na niego, jakby woda w oku. Nie chciał wracać do domu. Wydawało mu się, że żona udziela mu udawanej otuchy: Jutro się uda, matka wzdycha i milczy, a dzieci z uśmiechem pytają: Tato, znalazłeś pracę?. Słuchać tego po raz kolejny stawało się nie do zniesienia.
Poszedł na bulwar, usiadł na ławce w parku, a pod wieczór pojechał na wieś, gdzie rodzina mieszkająca od maja do października wynajmowała domek. W domu płonęło jedno okno w sypialni Heleny Wiktorii. Krzysztof skradał się po alei, kiedy zasłona drgnęła; usiadł na pniu, by odpocząć.
Teściowa wyjrzała:
Coś Krzysztof tak długo nie wraca. Dzwoniłaś, Zuzanno?
Tak, mamo, numer nieaktywny. Pewnie znowu nie znalazł pracy i włóczy się gdzieś.
Głos Heleny zamroził się:
Zuzanno, nie odzywaj się tak do ojca naszych dzieci!
Ojej, mamo, naprawdę? Wydaje mi się, że Krzysiek po prostu nie szuka. Już miesiąc siedzi na moich barkach!
Po raz pierwszy od sześciu lat Krzysztof usłyszał, jak teściowa głośno uderza pięścią w stół i podnosi głos:
Nie odważaj się! Nie mów tak o mężu! Co obiecałaś, kiedy brałaś ślub? w chorobie i w zdrowiu! być przy nim i wspierać!
Żona mruknęła:
Mamusiu, przepraszam. Nie martw się, naprawdę jestem zmęczona. Przepraszam, kochana.
Dobrze, idź spać odparła Helena Wiktoria, machając znużonym gestem.
Światło przygasło. Teściowa przeszła po pokoju, odsunęła zasłonę, przyglądając się ciemności, a potem, wzrok w niebo, gorliwie przyrzekła:
Boże Wszechmogący, ochroń ojca moich wnuków, męża mojej córki! Nie pozwól, by stracił wiarę w siebie! Pomóż mu, Panie, synowi mój!
Sześciła się i płakała cicho.
W sercu Krzysztofa wzrósł gorący kłębek. Nikt nigdy nie modlił się za niego! Ani surowa matka, pracująca w urzędzie, ani ojciec którego ledwie pamiętał, zniknął, gdy miał pięć lat. Dorastał w przedszkolu i świetlicy, później w szkole i po zajęciach. Po studiach od razu wziął pracę, bo matka nie tolerowała bezczynności i uważała, że Krzysiek sam zadba o siebie.
Gorączka rozlewała się coraz wyżej, wypełniając wnętrze i wyciekając łzami. Przypomniał sobie, jak rano teściowa wstawała najwcześniej, piekła serniki, gotowała aromatyczne rosół i kapuśniaki, a pierogi i knedle były prawdziwym cudem. Dbała o dzieci, sprzątała dom, uprawiała ogródek, warzyła konfitury, marynowała ogórki i kapustę na zimę.
Dlaczego nigdy tego nie doceniał? Dlaczego nie powiedział ani słowa podziękowania? Razem z Zuzanną po prostu pracowali i rodzieli, myśląc, że tak właśnie powinno być. Czy naprawdę tak sądził? Przypomniał sobie telewizyjny program o Australii, w którym Helena Wiktoria wyznała, że marzyła o tym kontynencie. On zaś roześmiał się, że tam za gorąco, a damy w lodowych pancerzach nie przejdą.
Krzysztof długo siedział pod oknem, trzymając głowę w rękach. Rano z żoną zszedł na taras, by zjeść śniadanie ciasta, konfitury, herbata, mleko, dzieci z uśmiechami. Spojrzał i łagodnie rzekł:
Dzień dobry, mamo!
Teściowa zadrżała, chwilę się zastanowiła i odpowiedziała:
Dzień dobry, Krzysiu!
Po dwóch tygodniach Krzysztof znalazł pracę, a po roku wydał Helenę Wiktorię na wymarzoną wycieczkę do Australii, pomimo jej początkowego oporu.



