Mam już serdecznie dość, że co weekend cała rodzina szwagra zjeżdża się do naszego domu bez zaprosze…

Nie mogę już wytrzymać tych wizyt co weekend!

Chyba każdy spotkał kiedyś osobę, która jest przekonana, że wszystko powinno się kręcić wokół niej i zupełnie nie bierze pod uwagę, że inni mogą mieć własne sprawy do załatwienia. Mój szwagier, Marcin, przyjeżdża do nas co tydzień na cały weekend wraz z całą rodziną. Poza Marcinem jest jego żona Justyna, ich dwójka dzieci Ola i Witek i brat Justyny, Tomek. Cała gromadka przywozi swoje rzeczy i rozkłada się u nas, jak u siebie w domu. Nigdy nie pytają, czy nam to odpowiada, po prostu oznajmiają: Będziemy w ten weekend.

To już trwa niemal cały rok i naprawdę mam wszystkiego po dziurki w nosie. Lubię przyjmować gości, ale musi być na to czas i miejsce nie chcę, żeby nasze mieszkanie zamieniło się w pensjonat, a ja w pokojówkę. Po ciężkim tygodniu pracy marzę tylko o ciszy i spokoju, żeby nabrać sił na kolejny tydzień.

Zamiast tego całe soboty i niedziele stoję przy kuchni, gotuję obiady, zagaduję gości i organizuję czas dzieciom. Później ścielę łóżka, a po wyjeździe rodziny piorę pościel i ogarniam bałagan. Zastanawiam się, czy oni naprawdę nie widzą, że takie najście to jednak przesada, nawet jeśli chodzi o rodzinę. Gdyby wpadali raz na jakiś czas, ucieszyłabym się, ale trzy razy w miesiącu to już za dużo.

My z mężem, Krzysztofem, nigdy nie robimy podobnych rzeczy innym krewnym. Czasem się zastanawiam, czy nie powinniśmy odwiedzić teściów równie spontanicznie, by pokazali sobie, jakie to przyjemne. Prosiłam Krzysztofa, żeby porozmawiał z Marcinem, ale ten zwlekał, bo nie chciał nikogo urazić. Albo może po prostu jemu to odpowiada? Ponieważ nie mogłam już czekać, postanowiłam działać sama.

Najpierw przestałam gotować specjalne obiady w weekendy. Goście dostawali to, co jeszcze zostało w lodówce po całym tygodniu, a jeśli się skończyło niech sobie coś ugotują, ja przecież nie muszę jeść. Pewnego popołudnia wszyscy siedzą przy stole i patrzą wyczekująco. Oznajmiłam, że dziś nie ma obiadu, więc jeśli są głodni mogą sami znaleźć coś do jedzenia. Cisza, nikt nie ruszył nawet garnka, napiła się tylko herbaty, po czym wszyscy poszli spać.

Dodatkowo odpuściłam sprzątanie. Przed każdą wizytą pucowałam mieszkanie na błysk, ale przestałam to robić. Justyna w pewnym momencie zaczęła się żalić, że skarpetki jej córki zrobiły się brudne od mojej podłogi. Odpowiedziałam jej krótko: Nie miałam czasu myć podłóg, ale wiadro i mop są w łazience, więc jeśli chcesz śmiało, możesz sobie umyć. Od tamtej pory już więcej się nie skarżyła.

Co najważniejsze, przestałam podporządkowywać im cały swój czas. Przestałam zmieniać plany z powodu gości jeśli mam coś zaplanowanego, robię to. Wieczorami siadam z nimi na godzinę czy dwie, potem grzecznie przepraszam i znikam do swoich spraw. Krzysztof, jeśli chce, niech sam spędza czas z rodziną. Zdarzało się, że gdy już naprawdę nic nie miałam tego dnia do roboty, rozciągałam specjalnie porządki, żeby nie musieć z nimi siedzieć i rozmawiać.

Po jednej z takich wizyt Marcin powiedział Krzysztofowi: Chyba nasz czas już się u was skończył?. Wreszcie do nich dotarło. Teraz przyjeżdżają do nas znacznie rzadziej, zawsze dzwonią wcześniej, i nikt już nie zostaje na noc. Zastanawiam się, czy ktoś z was miał podobną sytuację i jak sobie z nią poradził?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − dwa =

Mam już serdecznie dość, że co weekend cała rodzina szwagra zjeżdża się do naszego domu bez zaprosze…