Mam już swoje lata, ale mimo wszystko radzę sobie w codziennych czynnościach i nie potrzebuję stałej pomocy. Boli mnie jednak to, że ani dzieci, ani moje wnuki nie zadzwonią do mnie i nie zapytają, czy takowej w ogóle potrzebuję. Ostatnio poprosiłam córkę sąsiadki o to, żeby umyła mi okna, bo sama już nie mogę tego robić. Przez chorą nogę nie mogę się wspiąć na krzesło. Oczywiście nie zrobiła tego za darmo, tylko musiałam jej zapłacić.
Co roku organizuję święta u mnie w domu. Wiem, że córka i zięć są zabiegani, muszą pracować całymi dniami na spłatę kredytu, więc sami nie byliby w stanie przygotować wielkanocnego śniadania. Poza tym dla nich spotkanie się przy jajeczku nie jest tak ważne jak dla mnie i nie uważają tego za część tradycji. Wydaje mi się, że gdyby to u nich miały być święta, to podaliby do stołu tylko jakieś ciasteczka, kupioną sałatkę i zrobili kawę, nic więcej.
Ja jednak czegoś takiego nie toleruję, więc wolę przygotować święta sama. Już tydzień przed świętami zaczynam sprzątać, robię zakupy, a potem spędzam długie godziny w kuchni na przyrządzaniu pysznych potraw i ciast. To dla mnie ważne, aby ugościć bliskich należycie przy wielkanocnym stole. Staram się, aby ta tradycja wspólnych, świątecznych spotkań nie zanikła i chciałabym, aby była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Patrząc jednak na moją rodzinę, boję się, że to się nie uda, bo dla nich tradycja już się nie liczy.
Jeśli nie chcesz zrujnować życia swojemu dziecku, nie pomagaj mu…
Według mnie żyjemy obecnie w nie do końca normalnych czasach. Dla mnie nie do wyobrażenia jest to, że miałabym nie pomagać rodzicom przed świętami. Zwykle cała rodzina brała udział w przygotowaniach, co tylko nas jeszcze bardziej do siebie zbliżało. Poza tym było przy tym wiele śmiechów, a atmosfera była wyjątkowa i nie ukrywam, że bardzo za nią tęsknię. Wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć, a każdy sobie chętnie pomagał.
Moje dzieci zdają sobie sprawę z tego, w jakim wieku jestem i widzą, że nie jestem już w takiej formie jak kiedyś. Nie dzwonią, nie piszą, nie pytają, czy nie potrzebuję pomocy, mają gdzieś to, co się ze mną dzieje. Przez to muszę radzić sobie sama i owszem, póki co daję sobie radę, ale co będzie potem? Już ostatnio te nieszczęsne okna okazały się być problematyczne. Dobrze, że córka sąsiadki je umyła, ale musiałam jej zapłacić, a przecież chyba każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak marne emerytury dostają staruszkowie w Polsce, dlatego nie mogę sobie pozwalać na takie płatne formy „pomocy” za często. Moje wnuki są w wieku nastoletnim i też się mną w ogóle nie interesują. Zamiast mnie odwiedzić, wolą spędzać czas przed komputerem lub z telefonem w ręku, a moja córka w ogóle nie reaguje. Według mnie popełnia duży błąd.
Nie chcę, żeby moja rodzina zawsze przyjeżdżała na gotowe. Będą siedzieć przy stole, jak w restauracji czekając na posiłek, a potem pójdą sobie bez słowa podziękowania. Kiedy im coś na ten temat powiem, to mówią, że mogłam nic nie przygotowywać i mogliśmy coś zamówić, ale ja tak nie chcę.
Zastanawiam się tylko, czy to moja wina? Może źle wychowałam córkę? A może to dzisiejsze czasy takie po prostu są i drugi człowiek nie jest aż tak ważny?



