Dzisiaj znów się wkurzyłam. Zapisałam sobie w pamiętniku, żeby nie wybuchnąć przy rodzinie, ale musi to gdzieś wyjść. Kiedy wychodziłam za mąż za Krzysztofa, myślałam, że największe problemy to kredyt, dzieci i sprzątanie. A tu proszę – najcięższym krzyżem okazała się teściowa, Wanda.
Od początku było jasne, że się nie polubimy. Drażniło ją wszystko – mój styl, gotowanie, wychowywanie dziecka, nawet sposób układania ręczników w łazience. Najgorzej, że nie milczałam. Nigdy nie byłam z tych, co gryzą język i się uśmiechają. I to ją wkurzało najbardziej.
Najpierw zaczęło się od jedzenia. Nie umiem piec – nie lubię, nie mam cierpliwości, nie uważam też, żeby ciasta były zdrowe. Ale dla teściowej to był powód do wojny.
„Prawdziwa gospodyni musi umieć upiec placek!” – mówiła, wnosząc do domu kolejną blachę sernika. „Chociaż matka syna nakarmi, skoro żona fajtłapa.”
Krzysiek oczywiście brał, nawet dziękował. Potem opowiadał, jak w pracy koledzy zjedli wszystko w pięć minut. A Wanda chodziła dumna jak paw. Czułam się, jakbym dostała w twarz, ale milczałam. Na razie.
Lecz jedzenie to był dopiero początek. Potem przyszła kolej na sprzątanie. Według niej podłogi trzeba myć tylko na kolanach, mopa nazywała „wynalazkiem dla leniuchów”. Bieliznę? Tylko ręcznie. Prasować należało wszystko – nawet skarpetki i prześcieradła. Bo ona „zawsze tak robiła”. A ja? Ja uważam, że w XXI wieku katować się domową harówką to absurd.
Pralka i suszarka to moi najlepsi przyjaciele. Ubrania składam i wkładam do szafy. Jeśli coś się mocniej pogniecie – przeprasuję. Ale tylko wtedy, kiedy to konieczne. Nie zamierzam być niewolnicą domowych obowiązków, zwłaszcza gdy pracuję tak samo ciężko jak mąż.
A potem doszła do mojego wyglądu.
Dostałam awans, zarabiam więcej i wreszcie mogę trochę pomyśleć o sobie. Chodzę na zabiegi, ćwiczę, dbam o skórę. Normalne rzeczy. Ale Wandę aż zatkało z oburzenia:
„Po co ci te salony? W kranie wody brak? Maseczkę z ogórka zrobić nie umiesz? Za moich czasów myło się mydłem, włosy płukało octem – i każda była piękna!”
Najgorzej jednak, że Krzysiek zaczął się z nią zgadzać. Najpierw po cichu: „Może rzeczywiście trochę za dużo wydajesz?”, potem coraz głośniej. Okazało się, że martwi go, że „marnotrawię” pieniądze. On woli oszczędzać na wakacje albo nowy samochód. A ja – według niego – rzucam hajsem.
Wtedy straciłam cierpliwość.
„Serio?” – powiedziałam. – „Pracuję tak samo jak ty. Dokładam się do budżetu. Dziecko ma wszystko. W domu porządek, obiad na stole. Nie mam kochanka, nie imprezuję. Dlaczego nie mogę raz w życiu zadbać o siebie?”
Milczał. Ja mówiłam dalej.
„Jeśli uważasz, że wydaję nie tak – spakuj się i wracaj do mamy. Niech ci pierogi gotuje i skarpetki ręcznie pierze. Ja mam dość bycia winna tylko dlatego, że żyję normalnie.”
Nie wiem, co poczuł. Ale od tamtej rozmowy stał się ostrożniejszy. Wanda też na jakiś czas się uciszyła. Chyba zrozumieli, że nie jestem z tych, co będą się uginać.
Nie mówię, że teściowa to potwór. Pewnie chce dobrze – ale jej „dobro” to kontrola i pretensje. A ja nie pozwolę już nikomu – nawet rodzinie – dyktować, jak mam żyć. Nie jestem lalką, którą można przestawiać pod czyjeś widzimisię. Jestem kobietą. I sama wybieram, jaka chcę być.



