Mam sześćdziesiątkę na karku. Ostatnią rzeczą, której się spodziewam, to tłum przyjaciół czy rodziny na moim progu w Krakowie.
Znajomi twierdzą, że jestem nieprzystępna, a niektórzy nawet mówią, że wywyższam się jak hrabina. Szczerze? Mam to w nosie. Przejmowałam się tym może w latach 80., ale dziś już jestem na to za stara.
Największym powodem mojego zaszycia się w czterech ścianach jest jednak czyste, dobre, polskie lenistwo. O ile na emeryturze wystarczy mi na kawę w Przystani, to na suto zastawiony stół w domu już nie bardzo a poza tym, komu by się chciało od rana ścierać kurze, gotować przez pół dnia, a potem taszczyć się ze śmieciami? Kawiarnia ma te plusy, że po kawie zostanie po mnie tylko paragon, a nie stos garów i plama na obrusie.
Druga rzecz, zupełnie poważna goście zawsze przynosili nie tylko szarlotkę i kwiaty, ale też swoje zmartwienia, narzekania i rodzinną dramę. Po każdej wizycie czułam się, jakbym przeżyła drugi PRL zupełnie wyczerpana. Jak przestałam wpuszczać ludzi do mieszkania, nagle zniknęły nocne sny, w których goni mnie teściowa i rachunki z ZUS-u.
No i nie oszukujmy się emerytura ma swoje minusy. Nudzić się można do nieprzytomności, a po kolejnym odcinku M jak Miłość można dostać oczopląsu. Chcę wychodzić, poznawać nowe miejsca teatr, spacer po Plantach, kawa na Kazimierzu możliwości jest masa! Po co więc znowu mopować podłogę i rozważać, czy dobrze ugotowałam rosół?
Kraków pęka w szwach od fajnych miejsc, gdzie można spotkać znajomych i nie przejmować się, że kot pokazuje język do ciasta. Żadna ciocia nie musi już sprawdzać, czy dobrze wyprałam firanki. Urodziny, imieniny wszystko można świętować na mieście. I właśnie taki styl życia teraz wybieram bez miotły w ręku i z uśmiechem na twarzy.
Mój dom to teraz moja świątynia spokoju. Wpuszczam tylko tych, których rzeczywiście chcę widzieć a nie tych, którzy akurat mają wolny weekend. Nazywają mnie aspołeczną, a ja po prostu odzyskałam święty spokój.
A Ty jak? Też masz dość klubów dyskusyjnych w swoim salonie?



