Mam pięćdziesiątkę na karku i od roku jestem sam. Moja żona zabrała dzieci i wyszła z domu, kiedy mnie nie było. Wróciłem z pracy pusto. Cisza, nawet pies zdezerterował do sąsiadów, żeby nie zostać sam ze mną.
Kilka tygodni temu dostałem polecony zawiadomienie o alimentach. Od tamtej pory mamalenciutka wypłata: ZUS nawet nie pytał o zdanie, po prostu ściągają co miesiąc swoje. Negocjacje są jak yeti wszyscy słyszeli, nikt nie widział.
Nie będę udawał świętego. Zdradzałem. Kilka razy. Nie kryłem się przesadnie, ale też nie miałem odwagi przyznać się wprost. Ona twierdziła, że przesadza, że sobie wymyśla. No to sobie powymyślała lepsze życie beze mnie.
Charakter, cóż, miałem paskudny. Krzyczałem. Latałem po domu, robiłem awantury, wszystko według mojego widzimisię. Głos podniosłem już wszyscy wiedzieli, żeby mi schodzić z drogi. Czasem rzuciłem czymś o ścianę niby nie w ludzi, ale bać się było czego. Dzieci przemykały się jak cienie po kątach. Żona chodziła na paluszkach, każde słowo ważyła, jakby siedziała w teleturnieju za milion złotych. Ja myślałem, że mnie szanują. Dziś wiem, że się zwyczajnie bali.
Wtedy mało mnie to obchodziło. Przecież to JA zarabiałem, JA decydowałem, JA ustalałem zasady. Jak pan i władca w szlacheckim dworku, tylko bez folwarku, koni i majątku.
Kiedy wyprowadziła się z dziećmi, poczułem się zdradzony. Uznałem, że mi się stawia. No to pokazałem, kto tu rządzi! Stwierdziłem, że nie dam jej pieniędzy. Nie żebym nie miał po prostu postanowiłem „ukarać”. Wierzyłem, że wróci. Że jej się znudzi, zrozumie co straciła, przyczołga się z powrotem. Powiedziałem jej: Chcesz pieniądze? Wróć do domu!. Alimenty na odległość? Nigdy!
Ale ona nie wróciła. Prosto do adwokata poszła. Złożyła papiery sądowe, przedstawiła dowody dochody, wydatki, wszystko czarno na białym. Sąd zadziałał szybciej niż paczka z Allegro. Automatyczna egzekucja z pensji jakby moja wypłata prezentowała się na tablicy ogłoszeń.
Od tamtej pory patrzę, jak wynagrodzenie topnieje szybciej niż śnieg w kwietniu. Ukryć nie można nic, kombinować też nie bardzo. Kasa znika z konta zanim zdążę nawet policzyć, czy starczy na paczkę pierogów.
Nie mam już żony. W domu pusto, dzieci widuję rzadko i patrzą na mnie z dystansem, jakby byłem zombie z serialu. Nie opowiadają mi nic, niczego nie pytają. Nie jestem mile widziany.
Kasa się nie zgadza jak nigdy opłacam czynsz, alimenty, spłacam długi po odliczeniu wszystkiego zostaje na kawę w barze mlecznym. Czasem mnie to wkurza, czasem po prostu wstyd.
Moja siostra Zosia powiedziała krótko: Sam sobie tego narobiłeś, Mirek. I nie sposób się z nią nie zgodzić.



