Mam 41 lat i od dziewiętnastu jestem żoną mojego męża wzięliśmy ślub, gdy miałam 22 lata. Dwa miesiące temu zaczęłam się zastanawiać nad czymś, czego dotychczas nigdy nie wypowiedziałam na głos: czy kiedykolwiek byłam w nim zakochana tak, jak ludzie opisują tę prawdziwą miłość? Taką z motylami w brzuchu, z niecierpliwością i potrzebą przytulenia. Po prostu siedziałam wieczorem w salonie, oglądałam jakiś serial i nagle zaczęło mi się to wszystko układać w głowie.
Pochodzę z trudnego domu, wiesz? Mój tata pił za dużo, często wracał do domu pijany, przepuszczał pieniądze na alkohol, ciągle były jakieś awantury. Mama sprzątała mieszkania, żeby dorobić do tego, na co tata nie miał. U nas w domu była nieustanna nerwówka, zmęczenie i kłótnie. Jako nastolatka marzyłam tylko o jednym: żeby stamtąd uciec, mieć swój kąt, spokojnie spać, nie słuchać tych krzyków od rana. Nie myślałam o wielkiej miłości marzyłam tylko o tym, by się stamtąd wyrwać.
Poznałam mojego męża, gdy miałam 22 lata, on był starszy ode mnie o dziesięć lat. W zasadzie już miesiąc po naszym poznaniu mówił, że chciałby, żebyśmy zamieszkali razem, że pomoże mi, że chce stabilizacji i poważnego związku. Nie zadawałam sobie pytania, czy jestem w nim zakochana. Dla mnie to był po prostu sposób na nowe życie, na wyjście z domu. Bez większego wahania przeprowadziłam się do niego. Nie było w tym głębszych przemyśleń czy roztrząsania pchała mną po prostu ogromna chęć, żeby się uwolnić.
Nie chcę powiedzieć, że mam złe życie. Jest dobrym mężem pracowitym, odpowiedzialnym. Nigdy nam nie brakowało na chleb, zawsze były opłacone rachunki, potem udało nam się nawet kupić mieszkanie w Warszawie. Kocha dzieci, bardzo się o wszystko troszczy. Nigdy nie miałam podejrzeń o zdrady, nie było też awantur. Z zewnątrz nasz dom wygląda na taki idealny. Może dlatego jeszcze mocniej czuję to, co mnie męczy bo teoretycznie nie ma żadnych oczywistych powodów do pustki w środku.
Kocham go, szanuję, jestem mu bardzo wdzięczna za wszystko, co nam dał. Zapewnia mi spokój, poczucie bezpieczeństwa. Ale jak patrzę wstecz, to widzę, że nigdy nie miałam tej gorącej, porywającej miłości, o której mówią inne kobiety. Nie znałam zazdrości, strachu przed utratą. Nie czekałam z niecierpliwością aż wróci do domu. Moja miłość była raczej przyzwyczajeniem, partnerstwem, wdzięcznością ale nie ogniem.
Nie chcę się rozstać. Nie szukam nikogo innego. Nie mam ochoty rozbijać rodziny. Ale sama przed sobą przyznaję, że może to, co zawsze nazywałam miłością, było po prostu potrzebą, poczuciem bezpieczeństwa i chęcią ucieczki od ciężkiego dzieciństwa. Teraz, mając 41 lat, dzieci odchowane, własne mieszkanie dopiero to zaczęło mi się układać.
Czasem mam straszne wyrzuty sumienia, że w ogóle o tym myślę. Sama do siebie mówię: Jak możesz kwestionować coś, co dało ci stabilizację?. Ale jednocześnie czuję, że uczciwie jest się do tego przyznać. Może po prostu inaczej pojmuję miłość? Może najpierw nauczyłam się walczyć o przetrwanie, a dopiero potem mogłabym się naprawdę zakochać. Sama już nie wiem. Wiem natomiast, że przez tę myśl poruszyły się we mnie stare rzeczy jeszcze z dzieciństwa, z tego domu, z którego tak bardzo chciałam kiedyś uciec.
Ciekawa jestem, co byś zrobiła na moim miejscu
Chciałabym bardzo poznać Twoją radę.


