— Saszeńko, pamiętasz, prosiłeś, żebym ci mówiła, jeśli usłyszę o czyjejś potrzebie — takiej, która jeszcze nawet nie jest zrealizowana? No więc właśnie taki przypadek mi się trafił — Róża zatrzymała się w drzwiach gabinetu męża, patrząc na niego z nadzieją.
— Już mnie zaciekawiłaś, Różyczko. Mów.
— Słuchaj, czego mi strasznie brakuje w całym tym internetowym komunikowaniu? — usiadła obok niego i dodała cicho: — Filtra dobra. Takiego specyficznego „tłumacza światła”, który zamieniałby chamstwo, złośliwość i opryskliwość w uprzejmą i kulturalną rozmowę. Żeby czytając komentarze albo służbową korespondencję, nie chciało się schować pod kołdrę.
— Różko, ktoś cię uraził?
— Nie, kochanie, nikt konkretny. Ale ostatnio, przeglądając media społecznościowe, fora czy służbowe czaty, coraz częściej mam wrażenie, że wylewa się na mnie kubłami złość, irytacja, agresja. Ludzie się nie hamują. Rzucają się na siebie, wyśmiewają, upokarzają. Jakby już nie było żadnych hamulców.
Zamilkła na chwilę, spuszczając wzrok.
— Czasem myślę, że to ze mną coś nie tak. Może stałam się zbyt wrażliwa? Ale z drugiej strony — czy to normalne, że przyzwyczajamy się do chamstwa jak do tła?
Sasza westchnął. Wiedział, jak codziennie czyta dziesiątki wiadomości, analizując nastroje społeczne, pracując jako analityk w dużej agencji.
— Niestety, to agresywni są najgłośniejsi. Zawsze było ich niewielu, ale internet to dla nich wygodna wylęgarnia. Anonimowość rozluźnia, odpowiedzialność znika, zostaje czysta emocja. Ale masz rację. Świat staje się toksyczny. A twój pomysł brzmi mocno. Realnie. Opowiedz mi więcej, jak to widzisz.
— Chciałabym, żeby to była aplikacja albo rozszerzenie. Na przykład czytasz komentarze pod filmem — a wszystkie są automatycznie przekształcone: zamiast „idiotka” widzisz „nie rozumiem twojego stanowiska”, zamiast „zamknij się” — „może spojrzymy na to inaczej?”. Wyobrażasz sobie?
— Czekaj, czyli proponujesz nie blokować, tylko przepisywać?
— Tak! Ale dobrowolnie. Użytkownik sam włącza filtr i decyduje, gdzie i dla kogo działa. Może tylko na wybranych stronach, może w służbowych czatach, gdzie liczy się konstruktywna rozmowa.
— A jeśli działałby też w drugą stronę? Żeby łagodził twoje własne wiadomości przed wysłaniem?
— To byłoby idealne! Bo my też nie zawsze jesteśmy święci. Zwłaszcza w stresie. Czasem chce się „wyrzucić z siebie” — a potem czytasz, co napisałeś, i wstyd. A tu filtr zadziała, podpowiedziałby: „można łagodniej”, „można inaczej”. Nawet zasugerował lepsze słowa.
— Brzmi jak wewnętrzny psycholog z funkcją autocenzury. Tylko bez moralizowania.
— Właśnie! Ważne, żeby działało bez zbędnego zamieszania — nie trzeba kopiować tekstu do innych programów. Wszystko na bieżąco, na tym samym ekranie. Spokój to też zasób, a dziś jest na wagę złota.
Sasza zamilkł na chwilę. Pracował w IT i doskonale rozumiał — pomysł Róży może nie tylko odnieść sukces, ale też zmienić samo postrzeganie cyfrowej komunikacji.
— Omówimy to z zespołem. Jutro. Koniecznie. To nie jest genialne — to jest potrzebne. Ludziom potrzeba powietrza. Bez trucizny.
Róża odetchnęła z ulgą, po raz pierwszy tego dnia szczerze się uśmiechając.
— Dziękuję, Saszku. Naprawdę. Już myślałam, że zwariowałam — że marzę o czymś niemożliwym. Ale może dobro to po prostu coś, co kiedyś straciliśmy. I czas to odzyskać.
Sasza wstał, objął ją i przytulił mocno.
— Dość już dzisiaj tej brzydoty. Czas włączyć nasz osobisty filtr dobra: cisza, przytulanie, herbata i miłość. Bez warunków. Bez sporów. Bez filtrów.
Rozśmiała się i wtuliła w jego ramię.
Gdzieś za oknem wciąż stukali klawisze — ktoś pisał gniewny komentarz, ktoś kłócił się do ochrypnięcia. Ale w tym pokoju rodził się pomysł, który mógł zmienić choćby mały kawałek świata. I zrobić go odrobinę cieplejszym.



