Łukasz, spójrz tylko na to piękno! zawołała z zachwytem Zofia, jej opalona skóra i błyszczące oczy zdradzały niespożytą energię. Rozkładając ramiona, wydawała się obejmować bezkresne morze. Jej kasztanowe, lekko przyprószone słońcem loki tańczyły na wietrze. Mówiłam ci, że ten miesiąc będzie najlepszy w naszym życiu!
Obok niej, na białym piasku, stał Łukasz. Poprawił słomkowy kapelusz i uśmiechnął się, choć w środku ściskało mu się serce. Myśl, że to może być ich ostatnia szansa na odzyskanie utraconego szczęścia, nie dawała mu spokoju.
Tak, Zosiu, ten miesiąc będzie wyjątkowy odparł, starając się, by w jego głosie nie zadrżało. Zawsze miałaś rację.
Ale echo słów lekarza sprzed dwóch miesięcy wciąż w nim dźwięczało: Nowotwór, zaawansowane stadium, dwa, może trzy miesiące. I oto przyjechali nad Bałtyk, bo Zofia postanowiła żyć, a nie poddać się.
Chodźmy popływać? Zofia złapała go za rękę, w jej oczach iskrzyła się radość. Nie marnujmy czasu, Łukasz! Pamiętasz, jak skakaliśmy do rzeki u babci? Bałeś się, że nurt porwie ci majtki!
Łukasz wybuchnął śmiechem, a ból na chwilę odpuścił. Tylko Zofia potrafiła wyciągnąć go z otchłani smutku jednym żartem.
Nie bałem się, po prostu byłem ostrożny odparł, udając oburzenie. Dobrze, pobiegnijmy, ale jeśli rekin mnie zje, to twoja wina.
Śmiejąc się jak para nastolatków, pobiegli w stronę wody. Zofia pluskała się w falach, a Łukasz wstrzymywał oddech, patrząc na nią. Jego serce wypełniała miłość i jednocześnie ból. Była piękna, a on kochał ją nad życie. Strach przed utratą wydawał się nie do zniesienia.
Miłość daje siłę, by trwać w nadziei, nawet gdy czas staje się wrogiem.
Poznali się w drugiej klasie liceum w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzieli o sobie wszystko. Zofia pojawiła się w szkole jak kometa nowa, z olśniewającym uśmiechem i długimi kasztanowymi włosami, które mogły roztopić najtwardsze serce. Przeprowadziła się z rodzicami z sąsiedniego miasta i od razu stała się najjaśniejszym punktem w klasie. Łukasz, wysoki i nieco niezdarny, z książką zawsze w ręce, nie wierzył, że zwróci na niego uwagę. Aż pewnego dnia na szkolnej dyskotece odważył się zaprosić ją do tańca.
Jesteś inny powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Nie udajesz kogoś lepszego.
A nie boisz się, że nadepnę ci na nogi? zapytał z uśmiechem. Jej śmiech rozległ się głośno, i od tamtej nocy stali się nierozłączni.
Po maturze Łukasz wyjechał do Warszawy na studia inżynierskie, Zofia do Krakowa na filologię. Pisali do siebie długie listy, a na wakacje wracali, by spędzać razem czas. Rozłąka tylko wzmocniła ich uczucie. W wieku dwudziestu dwóch lat, ledwo zdążyli odebrać dyplomy, wzięli ślub. Wesele było skromne, w lokalnym domu kultury udekorowanym sztucznymi kwiatami. W tle grały hity Maryli Rodowicz. Byli szczęśliwi, a reszta świata przestała istnieć.
Lecz nadeszła codzienność, czasem ciężka. Wynajmowali małe mieszkanie, pracowali bez wytchnienia, marząc o własnym domu i kawiarence. Zmęczenie i drobne kłótnie zaczęły ich dzielić.
Może powinniśmy się rozstać? rzucił pewnego dnia Łukasz, zatrzaskując drzwi.
Zofia usiadła na kanapie i po chwili milczenia szepnęła:
Łukasz, kocham cię za bardzo, by to stracić. Spróbujmy inaczej.
Zaczęli poświęcać jeden dzień w tygodniu tylko sobie. Bez pracy, telefonów, nerwów. Spacerowali, pili herbatę na balkonie, wspominali młodość. Ich miłość odżyła jak kwiat po zimie.
Po pięciu latach kupili dom z ogrodem i otworzyli kawiarnię. Wkrótce urodziły się bliźniaczki Hania i Ola, które wypełniły dom śmiechem i chaosem. Zofia była wspaniałą matką cierpliwą, czułą, opowiadającą bajki na dobranoc. Łukasz często myślał: Jakie to szczęście, że ją mam.
Ale czas mijał. Córki wyjechały na studia, zostawiając dom pusty. By zagłuszyć samotność, znów rzucili się w wir pracy. Otworzyli drugą kawiarnię, pracując po nocach. Aż pewnego dnia Zofia zbladła i upadła.
Zosiu! Zosiu, otwórz oczy! Łukasz potrząsał nią, aż przyjechała karetka. Diagnoza brzmiała: wyczerpanie, ale Zofia machnęła ręką. Tylko się przemęczyłam, Łukasz. Wszystko będzie dobrze.
Następnego dnia znowu straciła przytomność. Lekarz, nie podnosząc wzroku, wypowiedział wyrok: rak, nieoperacyjny, dwa miesiące.
W domu Zofia powiedziała spokojnie:
Łukasz, nie wzywaj dziewczyn. Nie chcę, żeby widziały mnie taką. Chcę pojechać nad morze. Pamiętasz nasze marzenia? Pić drinki, tańczyć pod gwiazdami. Zróbmy to teraz.
Nie protestował. Jeśli to jej ostatnie życzenie, spełni je.
Łukasz, śnisz? fala ochlapała go, wracając do rzeczywistości. Hej, jesteś gdzieś daleko!
Jestem przy tobie uśmiechnął się, chowając łzy, i zanurkował. Tylko myślałem, jak mnie wczoraj ograłaś w karty.
Nie gap się! roześmiała się. Wieczorem idziemy na żywą muzykę? Chcę tańczyć do upadłego!
Na pewno dasz radę? Może lepiej odpocząć? zapytał niepewnie, ale Zofia nie znosiła litości.
Łukasz, żyję i chcę żyć! powiedziała stanowczo. Obiecaj, że nie będziesz mnie grzebał przed czasem.
Obiecuję szepnął, a oni przytulili się w wodzie, jakby świat przestał istnieć.
Miesiąc nad morzem był jak sen: spacery po molo, lody, tańce pod gwiazdami przy dźwiękach kapeli. Zofia rozkwitła: różowe policzki, błyszczące oczy. Łukasz zaczął wierzyć, że lekarze się pomylili. Może to cud?
Pewnego wieczoru na balkonie



