Ludzie mają dziś wszystko na bogato.
Lodówki, które gadają do ciebie z pretensją.
Samochody, co zaczynają piszczeć, jakbyś tylko westchnął nie tak jak trzeba.
Sprzęty ogrodowe kosztujące więcej niż moja pierwsza kaucja za kawalerkę.
A ja?
Mam kosiarkę. Starą jak świat, z obtartą farbą, linką odpalającą, co woli nie współpracować, i uporem godnym najstarszej beskidzkiej owcy.
Pojawiła się w moim życiu tak, jak zwykle pojawiają się narzędzia niezbędne do przeżycianieplanowanie i z konieczności.
Moja była kupiła ją lata temu na osiedlowym pchlim targu za ostatnie drobniaki. To były te czasy, kiedy jeszcze byliśmy my, kiedy wierzyliśmy, że zawsze będzie dobrze i że rachunki płaci się przed terminem. Potem przyszedł rozwód i dzieliliśmy, co się dało.
On odjechał z tymi większymi zdobyczami, które świetnie prezentują się na Instagramie.
Ja zostałam z tym, co sprawia, że życie nie staje w miejscu.
Kilka naczyń.
Odkurzacz, który brzmiał jakby już od paru miesięcy wybierał się na tamten świat.
I oczywiście kosiarkabo przecież trawa nie pyta, czy mam w portfelu raptem 20 złotych.
Nie wybrałam jej z sentymentu.
Została ze mną, bo nie stać mnie było na lepszą.
A potem czas zrobił swoje.
Życie mojego ex rozwinęło się jak stare, suche liście na wietrzezłe decyzje, coraz głośniejsze wymówki i coraz dziwniejsze pomysły. Słyszałam ploty od znajomych, którzy mówili o nim tym takim ostrożnym tonem, jakby bali się stłuc bombkę.
Stracił to, co wielkie.
To, co dobrze wyglądało na zdjęciach.
To, dzięki czemu mógł się czuć jak król pod blokiem.
A ja wciąż miałam kosiarkę.
I mijały lata.
Jedenaście lat bycia tą, która ogarnia.
Jedenaście lat uczenia się, że można sobie poradzić bez drugich rąk.
Jedenaście lat bycia panią od zrobić, naprawić, wymyślić jak z niczego zrobić coś.
Tylko wiecie co? Nie mam garażu.
Nie mam altanki.
Nie mam nawet tego modnego domku narzędziowego z Castoramy.
Kosiarka stoi pod chmurką przez okrągły rok, a polska zima to nie są żarty.
To taki mróz, co plastik trzeszczy, a metal skarży się jak stare kolano.
Wiatr boli, śnieg przygniata, a przedwiośnie dołuje nawet śrubokręt.
Każdego marca spodziewam się najgorszego.
Wychodzę na ogród, jakbym miała odwiedzić dawną znajomą, co może już mnie nie poznać.
Otrzepuję ramę z grudek ziemi.
Wyciągam liście tam, gdzie absolutnie nie powinno ich być.
Sprawdzam paliwo jak pielęgniarka tętno.
Wciskam ten śmieszny gumowy przyciskserduszko, co pompuje benzynę do silnika.
Słyszę cichutkie puf.
Mała obietnica.
Potem cały ten rytuał.
Staję twardo, rozmiar 38, no nie są to buty mechanika, ale wystarczą.
Łapię za rączkę.
Pociągam linkę.
Nic.
Znów.
Jeszcze raz.
Przy trzecim razie rzucam w kosmos coś dramatycznego, jakby miał mnie uratować sam Lech Wałęsa:
Proszę. Nie dzisiaj. Nie w tym roku.
Bo jak nie odpali, to nie jest tylko drobne niedogodnienie.
To nowy wydatek.
Nowy problem.
Kolejny dowód na to, że życie potrafi przywalić znienacka.
A ona, jakby była obrażona, że w nią zwątpiłam
zapala z rykiem.
Niegrzecznie.
Nie cicho.
Wyje i warczy, mówiąc:
Jeszcze tu jestem. Dawaj, robota czeka.
Co roku.
Jedenaście wiosen.
Przetrwała deszcze, śniegi, lody, błoto, upały, wszystko, co niebo wrzuciło na ten biedny trawnik. I za każdym razem, gdy zakaszle, łapię się na tym, że czuję jakąś absurdalną wdzięczność.
Nie, nie dlatego, że to kosiarka.
Bo to dowód.
Dowód na to, że coś może być stare, obtłuczone i dalej działać.
Że wytrwałość nie musi być ładna.
Że przetrwanie nie wymaga efekciarstwaa tylko uporu.
O takich cichych zwycięstwach się nie mówi.
Ludzie celebrują glow-upy:
Nowe auto, nowe mieszkanie, cały nowy styl życia.
A czasem prawdziwy triumf to coś mniejszego:
Maszyna, co nie chce się poddać.
Kobieta, co dalej żyje na własnych warunkach.
Trawnik, który jest przycięty tylko dlatego, że ktośjawciąż decyduje, że warto.
Mam już pięćdziesiątkę na karku.
Kręgosłup nie jest taki, jak dawniej.
Wytrzymałość krótsza.
Budżetciągle robiony na linie.
Ale, gdy kosiarka szarpie się i rusza, stoję jak idiotka z uśmiechem do ucha, łapy na rączce, fryz w stylu po gradobiciu i słucham jej wycia, jakby mi dopingowała.
Nie zna mojej historii.
Ale stała się jej częścią.
Więc, tak.
Kocham moją kosiarkę.
Nie za to, że jest luksusowa.
Za to, że jest wierna.
A w świecie, gdzie wszystko się sypie, wierność to prawdziwy cud. Tak sobie myślę może ktoś inny opowiadałby o nowej kosiarce, która sama jeździ po trawie, zbiera ścinki i wysyła powiadomienia na smartfona. Może wrzuciłby zdjęcie na fejsa, z filtrem zielony raj. Ale ja mam inny powód do dumy: niezamknięty garaż, rozklekotany silnik i siebie wciąż gotową próbować jeszcze raz, choćby wszystko wydawało się stare, trudne, nie tak jak w reklamie.
Bo nie każdy triumf jest głośny.
Nie każdy happy end lśni chromem.
Czasami największą wygraną jest to, że coś trwa i my też trwamy, mimo wszystko.
Popycham kosiarkę przez kolejne metry, łańcuch naciągnięty, zębatka stara, serce bije równo. Patrzę, jak ślady na trawie powoli prostują się w nowe linie. I wiem, że jeszcze trochę dam radę.
Bo nawet w świecie, gdzie wszystko się psuje, są rzeczy, które zostają.
I to wystarczy, żeby chcieć znowu wstać, wyjść na zewnątrz i powiedzieć światu:
Jeszcze tu jestem.
I daję radę.



