Lśniący Anioł z Mokotowa – Historia Iry, która przezwyciężyła dziecięcy lęk przed psami dzięki opiec…

Lśniący anioł z sierści

Iwona cofała się ostrożnie, nie spuszczając wzroku z ogromnego psa, który z zadziwiającym spokojem siedział pośrodku ulicy Grochowskiej, jakby był wbity tam przez jakiś sen świata, którego nie znała.

Dobry piesek, dobry szeptała niemal bezgłośnie, starając się, by żaden jej ruch nie stał się powodem do szaleństwa rzeczywistości.

Był potężny jego masywne ciało ukrywało się pod kudłatą sierścią, matową, nadzianą kołtunami, jakby światłość zgasła w nim wiele zim temu. Oczy ciemne, czujne śledziły każdy krok Iwony ze spokojem, którego nie rozumiała. Usta drżały, nogi miała jak z rozgotowanego makaronu, ale wszystko w niej próbowało trwać z godnością. Bała się psów i tych malutkich, które mieszczanki z Pragi nosiły w torebkach do Żabki i tych, które szczekały zza krat podwórek w dzieciństwie.

Cztery lata miała, kiedy rodzicie zabrali ją na wakacje do babci pod Piasecznem; tam, w domku z blachą na dachu, kiedy niebo wieczorem pachniało słońcem, sąsiad od kompotów i buraków hodował psy. Iwona była wtedy pełna żądzy poznania. Zobaczyła szczeniaka z siwą łatką na łapce, który pobiegł za ptakiem na ich trawnik. Dorośli rozmawiali, a ona cicho podniosła maleństwo i szła z nim do domu, kiedy nagle przed drzwiami stanęła matka szczeniaka bestia o czarnych oczach, zjeżona i rozdygotana. Przywarła jej do brzucha, warcząc cicho, i choć nie ugryzła wystarczyło i to, by zapach strachu wniknął głęboko pod skórę. Od tej chwili nocami śniła, że psy depczą jej cień i szumią w pustych korytarzach blokowiska.

Lata mijały, wyrosły nowe budynki, kasztany rozkwitły, a lęk osiadł w niej jak kurz w starych kaloszach. Teraz przed nią stał żywy potwór, który nie zamierzał ustąpić i Iwona podjęła decyzję: obejść, nie ryzykować losu. Ruszyła bokiem, uliczka robiła się coraz bardziej rozlazła, a on pies poszedł za nią, jakby tropił jej myśli.

Mądry z ciebie pies, mruknęła, zerkając przez ramię. Nie podchodzisz, czujesz, że się boję. Ale po co idziesz? I gdzie twój pan?

Dotarła pod swój blok na Saskiej Kępie, niemal biegiem wdrapała się na szare schody, przyłożyła plastikowy klucz do domofonu. Oglądnęła się jeszcze raz pies siedział, wpatrywał się w znikającą za drzwiami sylwetkę Iwony jak przez mgłę, w której kryje się czas.

W przedpokoju mieszkania wisiała cisza, tylko zza okna dochodziło ospałe tętno miasta. Zajrzała niecierpliwie za firankę O, tak na chodniku wciąż siwiała jego grzbiet. Pies poczuł jej wzrok, podniósł masywną głowę, lekko machnął ogonem i, nie śpiesząc się, odszedł. Iwona poczuła ulgę dziwną i surrealną, jakby to było zakończenie rozdziału nie jej sny.

To samo powtarzało się dzień po dniu. Każdego wieczora, gdy wracała z pracy w agencji reklamowej na Nowym Świecie, pies wyłaniał się z cienia krzaków i towarzyszył jej aż pod klatkę. Z początku trzymał się dziesięć metrów w tyle, z każdym dniem dystans coraz krótszy pięć metrów, trzy, w końcu potarł jej cień na asfalcie swoim ogonem. Strach mijał z każdym kurzem, jego obecność była jak cień świata, który rozumiała coraz bardziej.

Dostrzeżone z bliska uszy już nie sztywne, ale miękkie, jego ciemne oczy uważne, nie wrogie. Chodził majestatycznie. Pewnej nocy Iwona poczuła, że potrzebuje nadać mu imię, jakby tylko za pomocą słowa mogła poskromić sen.

Bazyliszek wypowiedziała bezwiednie. Imię pasowało, pełne czaru z polskich bajek.

I oto, przy następnym spotkaniu, na dźwięk Bazyliszek!, pies odwrócił łeb i spojrzał na nią, jakby znał to imię z poprzedniego życia. Iwona uśmiechnęła się szczerze, pierwszy raz od miesięcy.

Praca w reklamie, małe PLN-y na koncie, zmęczenie rozlane w żyłach. Każdy wieczór to była walka ze zmęczeniem; marzyła tylko o herbacie, zdjęciu butów, zapadnięciu się w świat monitora. Ale pies zamienił jej powroty w coś z pogranicza jawy i sennych baśni. Ciche towarzystwo, żadnego szczekania, żadnych podskoków tylko spokojny marsz obok. Jakby wiedział, że właśnie tego jej trzeba milczącej obecności, która nie przerywa myśli.

Czasem zwalniała, by się zbliżył. Czasem, odważniej niż dawniej, zerkała na niego w półmroku. On patrzył spokojnie, jakby nieme zaufanie układało się między nimi cegła po cegle.

W ciepły wrześniowy wieczór Iwona została dłużej na spotkaniu oczy miała czerwone od wpatrywania się w pliki Excela i szarej herbaty z automatu. Wyszła z reklamy o ósmej. Szła szybko, nie patrząc na drzewa. W myślach czuła brak: Bazyliszek nie pojawił się na rogu Francuskiej i Zwycięzców. Nigdy tak nie było. Bez niego było pusto, jakby z ulic zszedł kolor.

Może coś mu się stało? Może nowy właściciel? Może myśli kręciły się jak wiry w Wiśle.

Na ciemniejących ulicach cienie wydłużały się, a głosy ludzi wynurzały z innego wymiaru. Gdy doszła na Brukselską, zza krzaka wyłonił się pijany głos:

No cześć, ślicznotko! Poznamy się?

W tym momencie lęk z dzieciństwa wrócił w jednym akordzie. Przyspieszyła, ale zaraz poczuła szarpnięcie nieznajomy ściskał jej rękę mocno. Jego oddech pachniał alkoholem. Nóż błysnął w neonach blokowiska.

Zostaw mnie, bo będę krzyczeć, głos miała cienki jak mgła.

Spróbuj syknął, unosząc ostrze, a noc zwęziła się do jednego, lepkiego punktu.

I wtedy jakby świat zgniótł się i rozprostował powietrze przeciął głuchy, dudniący szczek. Mężczyzna puścił ją, by spojrzeć w ciemność. Ułamek chwili później na asfalcie rozsmarowała się szrama Bazyliszek, olbrzymi, lśniący w surrealnej poświacie mlecznej lampy, połknął jego rękaw w paszczy.

Nóż upadł. Iwona kopnęła go w pokrzywy. Zostaw go, Bazyliszku, niech nie ucieka, szepnęła przez drżenie. Zaraz zadzwonię po policję, kto wie ilu dziewczynom zamarzał w żyłach strach przez tego

Bazyliszek usiadł obok mężczyzny, śledził jego każde drgnięcie cichy stróż, marzenie i rzeczywistość w jednym. Gdy patrol przyjechał (niebieskie światło, błysk odbity w kałuży), funkcjonariusze szybciutko spętlili łapskasy napastnika, a Bazyliszek zwolnił splot szczęk. Podszedł do Iwony, ułożył się przy jej kolanach, jakby nie chciał, żeby zbudziła się z tego koszmarnego snu.

Iwona zanurzyła dłonie w jego szorstkiej sierści, z łzami spływającymi po policzkach, i szeptała: Dziękuję, że byłeś. Dziękuję, mój aniele z sierści.

Od tej nocy wszystko się zmieniło. Bazyliszek zamieszkał z nią na Ursynowie. Każdego dnia czekał pod drzwiami jej mieszkania, wpatrywał się ufnie, a Iwona zaczęła rozumieć, że dom to nie tylko mury to cichy, kudłaty cień przy boku.

Pierwsze dni w bloku były dla niego jak sen na pograniczu jawy. Wchodził powoli, obwąchiwał wszystko płyn do podłóg, szafkę z kromkami chleba, kotarę odciętą od wczoraj. Rozkładał się to tu, to przy drzwiach, to pod oknem, gdzie wiatr kołysał firankę od ulicy. Patrzył na chodniki z wysoka, jakby wciąż czuł się trochę poza światem ludzi.

Iwona zaopatrzyła go w miękką poduchę, metalową miskę, gumową kiełbaskę i pluszowego zająca. Zabawkami bawił się nieufnie, lecz z czasem polubił ich przewrotną logikę. Tak mijały dni; zaczęli chodzić na spacery do parku Skaryszewskiego, gdzie Bazyliszek siadał w cieniu topoli, nie szczekał na inne psy, czasem tylko słuchał wróbli na ścieżce.

Popołudniami, gdy Iwona po pracy leżała na kanapie, pies układał się przy niej na dywanie, głowę trzymając na jej kolanach. Było w tym coś pocieszającego, sennego jak mgła płynąca przez zamglone pole.

Pewnego poranka Bazyliszek stał się apatyczny, nie chciał podnieść łba, nie miał siły pić wody. Iwonę przeniknął niepokój zadzwoniła po weterynarza z okolicy. Lekarz starannie go obejrzał, zmierzył temperaturę, głaskał po grzbiecie.

Ma lekką infekcję, pewnie od ulicznego jedzenia. Nic poważnego, uspokoił. Proszę podawać mu ten pokarm i te tabletki. I niech dużo pije. Za tydzień będzie jak młody wilczur.

Iwona z czułością spełniała te zalecenia, podając leki w plasterku żółtego sera i wołowym klopsie, podgrzewając porcje karmy, nalewając świeżą wodę. Dziękował spojrzeniem pełnym zaufania. Szybko wracał do siebie; po tygodniu na nowo witał Iwonę przy drzwiach jak dawniej skakał na czterech łapach, merdał ogonem, podskakiwał jakby odkrył nową radość.

Życie ich ułożyło się w rytmie sennym i domowym: poranne spacery, wspólne posiłki, wieczorne zabawy. Iwona zapisała Bazyliszka na szkolenie. Okazało się, że pies ma pamięć jak warszawski tramwaj po dwóch lekcjach siadał i podawał łapę, jakby zawsze to robił.

W parku poznawał inne psy, czasem dorzucał się do gry w piłkę, czasem kładł wśród nowo poznanych wilczków. Iwona patrzyła na niego jak na cenny sen spokojny, czuły, piękny.

Aż pewnego wieczora los zadrwił z niej na nowo. Przy klatce czekał nieznajomy mężczyzna twarz zmęczona, cienki uśmiech.

Dobry wieczór. Pani chyba jest Iwoną?

Tak Kto pan? zapytała niepewnie.

Nazywam się Marek. Jestem właścicielem tego psa.

Świat stanął w miejscu, zagrzmiał w niej strach i żal. Pan naprawdę? Ale dlaczego był sam?

Marek westchnął, przygładził włosy. To długa historia. Pracowałem na kontrakcie, wyjechałem do Niemiec. Zostawiłem psa u znajomego, myślałem, że go dopilnuje. Ale nie dał rady pies rozrabiał, biegał po domu, więc znajomy go wypuścił. Szukałem go potem wszędzie, ogłoszenia, parki, nawet schronisko i tak przypadkiem zobaczyłem go z panią.

I co teraz? Iwona uniosła brwi. Chce pan go zabrać?

Widziałem, że jest szczęśliwy. Czysty, zdrowy, macha ogonem. Są rzeczy, których się nie naprawi. Wydaje mi się, że tu już jego dom. Chciałem tylko się upewnić, że wszystko z nim dobrze.

Spoglądali na siebie on z poczuciem winy, ona z wdzięcznością i ulotnym smutkiem.

Będę o niego dbać, powiedziała cicho.

Marek skinął głową i powoli odszedł w ciemność. Iwona weszła na klatkę, a zza drzwi już słychać było głos Bazyliszka, jakby chciał wyśnić jej czułość na nowo. W mieszkaniu czekał jej lśniący anioł z sierści, z oczyma jak studnie, które widzą wszystko nawet sny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × pięć =

Lśniący Anioł z Mokotowa – Historia Iry, która przezwyciężyła dziecięcy lęk przed psami dzięki opiec…