LOS NA SZPITALNYM ŁÓŻKU
Proszę, niech pani się nim zajmie! Ja się do niego nawet podejść boję, a co dopiero karmić łyżeczką powiedziała kobieta, rzucając siatkę z zakupami na łóżko, na którym leżał jej chory mąż.
Niech pani tak bardzo się nie martwi! Mąż pani wyzdrowieje. Teraz potrzebuje starannej opieki, a ja pomogę Stanisławowi stanąć na nogi jako pielęgniarz już nieraz uspakajałem żonę pacjenta z gruźlicą.
Do naszego szpitala w Lublinie Stanisława przywieźli w ciężkim stanie, ale lekarze dawali nadzieję na wyzdrowienie. Pacjent chciał walczyć, a to już połowa sukcesu. Szkoda tylko, że jego żona, Joanna, zupełnie nie wierzyła w medycynę. Zawsze odnosiłem wrażenie, że Joanna już dawno pogodziła się z myślą, że zostanie sama.
Z góry powiem, że po wielu latach ich syn, Kamil, również ciężko zachoruje na gruźlicę. Joanna niemal natychmiast postawi na nim krzyżyk, ale chłopak ostatecznie wróci do zdrowia.
Stanisław, mimo trudnej diagnozy, ciągle żartował, śmiał się i chciał jak najszybciej opuścić oddział. Mieszkał z rodziną w małej wsi niedaleko Zamościa, gdzie nie było specjalistycznych szpitali, więc Joanna rzadko odwiedzała męża. Szczerze współczułem temu mężczyźnie zaniedbany, opuszczony, w podniszczonych ubraniach.
Stanisławie, nie weźmie pan mi za złe, jeśli przyniosę jakieś ubrania? Widziałem, że chodzi pan w butach, a pantofli nie ma. Przyjmie pan paczkę ode mnie? próbowałem żartować.
Od pana, Przemku, nawet truciznę bym wziął za lekarstwo! Ale naprawdę nie trzeba. Proszę pozwolić mi wyzdrowieć, a potem… Stanisław chwycił mnie za rękę.
Delikatnie wyswobodziłem dłoń i wyszedłem z sali.
Serce waliło mi w piersi jak młot. Czyżbym się zakochał? Nie chciałem niszczyć rodziny, to przecież grzech. Nic dobrego z tego nie wyniknie Ale serce nie sługa, prawda? Rzuciłem się w to uczucie po uszy
Coraz częściej zaglądałem do sali Stanisława, rozmawialiśmy długimi godzinami. Gdy miałem nocną zmianę, spędzaliśmy czas na szczerych, głębokich rozmowach. Niespodziewanie zaczęliśmy mówić sobie po imieniu.
Stanisław miał pięcioletniego syna.
Mój Kamil jest cały w swoją mamę, Joannę. Wiesz, Przemku, kiedyś szalałem za Joanną. Gotów byłem dla niej cały świat przewrócić. Joanna była namiętna, piękna, kobieta jak ogień. Ale zawsze kochała głównie siebie. Nic się z tym nie da zrobić. Ten jej egoizm wszystko niszczy. Teraz ty, zupełnie obcy człowiek, bardziej się mną opiekujesz niż żona westchnął ciężko Stanisław.
Może Joannie po prostu ciężko tak często dojeżdżać z naszej wsi próbowałem tłumaczyć żonę Stanisława.
Daj spokój, Przemku! Jak to mówią: żona męża kochała, miejsce w więzieniu mu kupiła. Jak trzeba do kochanka pojechać, to i na koniec Polski dobiegnie. Słyszałem, co ludzie mówią Stanisław czuł rosnącą irytację.
Dobranoc, Stanisławie. Nie rób niczego pochopnie. Wszystko się ułoży zgasiłem światło i cicho wyszedłem z sali.
Na pewno bardzo cierpiał. Leżał bezradnie na szpitalnym łóżku, a jego żona, zamiast się martwić, prowadziła drugie życie. Może to nie tragedia, ale jak to mówią nawet kropla potrafi zatopić mrówkę.
Po tygodniu usłyszałem awanturę w sali. Wbiegłem do środka.
Żeby mi cię tu więcej nie było, dziwko! Wynocha! Stanisław wrzeszczał na przerażoną Joannę.
Ta wystrzeliła z sali jak z procy.
Co się tu stało? spytałem zdziwiony.
Stanisław odwrócił się do ściany, cały trząsł się pod kołdrą. Musiałem dać mu zastrzyk uspokajający.
Minął miesiąc. Joanna ani razu nie przyjechała.
Stanisławie, może zadzwonić do żony? zapytałem kiedyś.
Dzięki, Przemku, nie trzeba. Rozwodzimy się z Joanną powiedział spokojnie.
Przez chorobę? Przecież zdrowiejesz byłem zdziwiony.
Pamiętasz, jak ją wyrzuciłem? Wtedy przyjechała, żeby mi powiedzieć, że ma kochanka i chce, by zamieszkał w naszym domu. Mówiła, że z moim zdrowiem to nie wiadomo, a jej przydałaby się męska ręka do napraw. Dach się leje Stanisław urwał w pół zdania.
Co za koszmar! tylko tyle udało mi się powiedzieć.
Co więcej, niebawem Joanna przyjechała z nowym mężczyzną. Stanisław go nie widział, ale ja z okna widziałem wszystko jak na dłoni. Facet siedział na ławce pod blokiem, nerwowo palił papierosa, czekając na Joannę.
Joanna wybiegła po godzinie, podeszła rozpromieniona, pocałowała go w policzek, coś mu wesołego powiedziała i razem szybko sobie poszli.
Stanisławie, wypisują cię oznajmiłem.
Przemku, chciałem cię o coś spytać A zresztą, już nieważne Stanisław był wyraźnie zdezorientowany.
Stanisławie, zgadzam się, o ile to miałeś na myśli. Mam rację? zebrałem się na odwagę.
Stanisław szczerze wypalił:
Przemku, nie mam gdzie mieszkać. Mogę się zatrzymać u ciebie? Z Joanną już wszystko jasne. Ona wychodzi za mąż.
Stanisławie, mam dziecko. Jeśli je zaakceptujesz, może stworzymy prawdziwą rodzinę musiałem postawić sprawę jasno.
Dziecko nie jest przeszkodą. Już je pokochałem spojrzał mi prosto w oczy, a ja, jak śnieżynka na ciepłej rękawiczce, stopniałem.
Minęło od tego czasu wiele lat. Ze Stanisławem mamy dwoje wspólnych dzieci. Udało nam się stworzyć ciepły dom. Syn Stanisława, Kamil, często przyjeżdża teraz z własną rodziną. Moja córka z poprzedniego związku mieszka za granicą. Choć prawdę mówiąc, nigdy nie byłem formalnie żonaty po prostu zakochałem się jako młody chłopak i zaufałem nie temu, co trzeba. Obiecano mi wtedy miłość po grób i piękne życie, ale wszystko się rozsypało. Nie żałuję jednak niczego.
Co do Joanny ona wyszła za mąż jeszcze kilka razy, urodziła syna z jakimś przyjezdnym. Ten chłopak przez całe życie zmagał się z chorobą psychiczną. Joanna raczej nigdy mu się nie poświęciła, była dla niego oschła i chłodna. Chłopak radził sobie sam, nie przeszkadzając matce. Kiedy Joanna przeszła na tamten świat, trafił do domu opieki.
My ze Stanisławem jesteśmy już starszymi ludźmi, ale kochamy się dziś mocniej niż kiedykolwiek. Dzielimy razem życie, cieszymy się każdą chwilą, spojrzeniem, oddechemKiedy czasem siadamy po kolacji na naszej drewnianej werandzie, Stanisław łapie mnie za dłoń i mówi półżartem:
Widzisz, Przemku, największym cudem w życiu jest nie zdrowie, nie młodość, ale drugi człowiek. Ty byłeś moim lekarstwem.
Patrzę wtedy w zmarszczone, wesołe oczy Stanisława, a w oddali dzieciaki śmieją się pod jabłonią. Kamil przyjeżdża z wnukami na wakacje, żartuje, pomaga nam w ogrodzie. Czas zatoczył w naszym życiu koło niezwykłe pełne bólu, ale i nadziei.
Na ścianie w sieni wisi stare zdjęcie: Stanisław z Kamilem na rękach, moja córka obok nich; wszyscy uśmiechnięci, pośród lipowej alei. Za każdym razem, gdy na nie patrzę, przypominam sobie szpitalny korytarz, sierpniowe słońce wpadające przez szparę w zasłonie i rodzące się uczucie, które przetrwało wszystko.
Może każdy ma swoje szpitalne łóżko, na którym dotyka go los. Ważne tylko, by ktoś trzymał nas wtedy za rękę i nie pozwolił, byśmy utracili nadzieję.
Tak już zostało: dwa kubki herbaty wieczorem, śmiech dzieci i ten spokój, jakiego nijak nie da się kupić za żadne pieniądze.
Zwykłe szczęście i to wystarczy.



