List, który nie dotarł — Babcia, samotny wieczór i ciche prośby do polskiego Świętego Mikołaja o rod…

Dziennik Nieodebrany List

Babcia dłuższą chwilę siedziała przy oknie, chociaż nie było właściwie na co patrzeć. Na podwórzu szybko robiło się ciemno; żółte światło latarni pod oknem gasło i zapalało się leniwie. Po śniegu ciągnęły się pojedyncze ślady psów i ludzi. W dali rozległ się dźwięk łopat to pani Maria, sąsiadka z parteru, sprzątała chodnik i znów wszystko ucichło.

Na parapecie leżały okulary w cienkich oprawkach i stary telefon z pękniętym ekranem. Czasem telefon lekko wibrował, kiedy na rodzinny czat wpadały zdjęcia albo wiadomości głosowe. Dziś jednak był cicho. W mieszkaniu panowała cisza, w której tykanie zegara na ścianie brzmiało o wiele za głośno.

Wstałem z krzesła i ruszyłem do kuchni. Włączyłem światło żarówka pod sufitem rozlała na blacie żółtawą plamę. Na stole stała miska z przestygłymi pierogami, przykryta talerzem. Ugotowałem je rano, na wszelki wypadek, gdyby ktoś wpadł. Nikt nie wpadł.

Usiadłem, wziąłem pieroga, ugryzłem kęs i zaraz odłożyłem. Ciasto przez dzień zrobiło się gumowate, dałoby się zjeść, ale żadna przyjemność. Nalałem sobie herbaty z wysłużonego emaliowanego czajnika i przez moment po prostu słuchałem, jak woda leje się do szklanki. Westchnąłem, aż poczułem, że coś ze mnie jakby zeszło i usiadło obok na stołku.

Czemu marudzę, pomyślałem. Wszyscy żyją, dzięki Bogu, dach nad głową jest. Ale mimo wszystko…

Mimo wszystko w głowie pojawiły się fragmenty ostatnich rozmów. Córka, Kasia, jej głos spięty jak napięta żyłka:

Mamo, już tak nie mogę z Markiem. On znowu…

I głos zięcia, Marka, z lekkim sarkazmem:

Skarży ci się, tak? Powiedz jej, że życie to nie bajka, nie wszystko musi być po jej myśli.

I wnuk, Kuba, rzucający krótkim „no” przez telefon, kiedy pytam, co u niego. Te „no” bolą najbardziej. Kiedyś potrafił opowiadać godzinami o szkole, kolegach. Teraz urósł, wiadomo, ale jednak…

Nie kłócą się przy mnie, nie trzaskają drzwiami. Za to w powietrzu wisi niewidzialna bariera. Słowa jakby ranią, drobne uszczypliwości, niedopowiedzenia. Stoję jakby pomiędzy, próbuję być dla wszystkich, nikogo nie urazić. Czasem wydaje mi się, że to moja wina; nie tak wychowałem, coś pominąłem, czegoś za dużo powiedziałem albo za mało.

Wziąłem łyk herbaty poparzyłem się i aż się skrzywiłem i raptem przypomniało mi się, jak kiedyś, gdy Kuba był mały, pisaliśmy razem list do Świętego Mikołaja. On bazgrolił: „Przynieś, proszę, klocki i żeby mama z tatą się nie kłócili”. Wtedy śmiałem się, głaskałem go po głowie i mówiłem, że Mikołaj wszystko słyszy.

Teraz zrobiło mi się głupio na to wspomnienie. Jakbym wtedy go oszukał. Mama z tatą nie przestali się sprzeczać, tylko nauczyli się robić to ciszej.

Odsunąłem szklankę na bok. Przetarłem blat szmatką, choć był czysty. Poszedłem do dużego pokoju, włączyłem lampkę na biurku. Światło padło na stary, zakurzony zeszyt w kratkę i kubek z długopisami.

Zatrzymałem się przy biurku. Przez chwilę stałem, patrząc na te długopisy i zeszyt. A może by tak… przemknęło mi przez myśl. Pomyślałem, że to głupie, takie dziecięce, ale od tej myśli zrobiło mi się cieplej na sercu. Poprosić kogoś, kto nie rozlicza, nie wypomina. Napisać prawdziwy list. Nie po prezent, po prostu o coś poprosić.

Uśmiechnąłem się sam do siebie. Stary dziad, a porywa się pisać do Mikołaja… Ale ręka już sięgała po długopis.

Usiadłem przy biurku, poprawiłem okulary, wziąłem długopis. Na pierwszej stronie już coś było, więc przewróciłem kartkę na czystą i zacząłem pisać: „Drogi Święty Mikołaju…”.

Trochę zawahałem się dziwna wstydliwość, jakby ktoś mi patrzył przez ramię. Rozejrzałem się po pustym pokoju: łóżko, szafa, wszystko na swoim miejscu. Nikogo.

Trudno mruknąłem do siebie i pisałem dalej:

„Ja wiem, że jesteś dla dzieci, a ja już stary człowiek. Nie będę cię prosić o futro, telewizor ani inne rzeczy. Mam wszystko, co trzeba. Proszę o jedno: żeby była w naszym domu zgoda.

Żeby córka z zięciem się nie kłócili, żeby wnuk nie zamykał się w sobie. Żebyśmy mogli siedzieć przy jednym stole bez lęku, że ktoś coś powie za dużo. Wiem, że ludzie sami sobie są winni, a ty niewiele możesz. Ale może potrafisz pomóc, choć trochę. Chyba nie mam prawa tak cię prosić, ale i tak piszę. Jeśli możesz spraw, żebyśmy potrafili się nawzajem usłyszeć.

Z poważaniem, babcia Halina.

Przeczytałem ten list jeszcze raz. Słowa wydały mi się naiwne, kalekie jak dziecięce rysunki. Ale nie skreśliłem ich. Poczułem ulgę, jakbym powiedział coś w końcu na głos.

Folgowałem kartce palcami, złożyłem ją dwa razy. Siedziałem z nią nieruchomo. I co dalej wyrzucić za okno? Do skrzynki? Przecież to śmieszne…

Wstałem, poszedłem do przedpokoju po torbę. Przypomniałem sobie, że jutro planuję wyjść do sklepu i na pocztę, opłacić rachunki za prąd i wodę. Wrzucę tam, do specjalnej skrzynki z napisem Listy do Mikołaja teraz w każdym urzędzie takie stawiają. Od razu mi ulżyło nie ja jeden przecież.

Wsadziłem list do kieszonki w torbie obok dowodu i rachunków i zgasiłem światło. Zegar tykał w ciemności. Położyłem się, długo kręciłem, nasłuchując ciszy. W końcu zasnąłem.

Rano wyszedłem wcześniej niż zwykle. Na dworze było ślisko, śnieg skrzypiał pod butami. Pod blokiem spotkałem sąsiadkę, panią Janinę z jamnikiem, zamieniliśmy kilka słów o zdrowiu, potem ruszyłem dalej, trzymając mocno pasek torby.

Na poczcie była spora kolejka. Ustawiłem się na końcu, wyciągnąłem z torby rachunki i złożony list. Skrzynki dla listów do Mikołaja nie zauważyłem. Stały tylko zwykłe, czerwone skrzynki na korespondencję, a na ścianie wisiały koperty, znaczki. Trochę zgłupiałem wymyśliłem sobie. Wyrzucić do śmieci było szkoda. Schowałem więc list z powrotem, zapłaciłem za rachunki i wyszedłem.

Przy poczcie stał mały kiosk z zabawkami i świąteczną tandetą. Było tam kolorowe pudło z napisem: Listy do Mikołaja. Puste. Sprzedawczyni właśnie zdzierała taśmę.

Już po wszystkim powiedziała, widząc, że patrzę Wczoraj był ostatni dzień, dziś już nie przyjmujemy.

Skinąłem głową, chociaż i tak się nigdzie nie spieszyłem. Podziękowałem, choć nie było za co, poszedłem do domu. List został w torbie taki miękki, ciepły kłębek sumienia, którego szkoda wyrzucić.

W domu rozebrałem się w przedpokoju, powiesiłem płaszcz, położyłem torbę na taborecie. Telefon zabrzęczał w kieszeni. Spojrzałem wiadomość od Kasi.

Cześć, tato. Wpadniemy do ciebie na weekend, dobrze? Kuba pytał o jakąś książkę do historii, mówi, że masz stare podręczniki.

Poczułem, jak ściska mi się serce, a zaraz potem puszcza. Czyli przyjadą. Czyli nie jest tak źle. Odpisałem: Jasne, czekam.

W kuchni rozpakowałem zakupy, nastawiłem bulion. List został wciśnięty w torbie na taborecie, zapomniany.

W sobotni wieczór na korytarzu zabrzmiały kroki, zatrzasnęły się drzwi wejściowe. Wyjrzałem przez judasza: znajome postaci Kasia z siatką, Marek z dużym pudełkiem, Kuba z plecakiem. Przekroczył już próg drzwi, cały wyrośnięty, chudy, w czarnej kurtce, z włosami spod czapki.

Cześć, dziadku powiedział, lekko się przytulając.

No chodźcie, chodźcie! przejąłem się, odsunąłem na bok. Mam dla was kapcie.

Przedpokój zrobił się ciasny i gwarno zapach ulicy, śniegu, trochę ciasta od Kasi, narzekania Marka na brud na klatce, Kuba zdejmujący buty i zrzucający plecak na wieszak.

Tato, nie zostaniemy długo rzuciła Kasia. Jutro jedziemy do rodziny Marka, pamiętasz?

Pamiętam. Chodźcie na kuchnię, ugotowałem rosół.

W kuchni usiedli do stołu Marek bliżej okna, Kasia obok, Kuba naprzeciwko mnie. Jedliśmy rosół prawie w ciszy, tylko łyżki brzękały. Potem rozmowa zeszła na pracę, korki, ceny. Mówiliśmy równo, miarowo, ale pod słowami wyczuwało się napięcie.

Kuba, coś mówiłeś o historii? przypomniała Kasia, kiedy talerze były puste.

A, tak… Dziadku, masz coś do historii, o wojnie może? Nauczyciel powiedział, że można uzupełniająco poczytać.

Mam, mam całą półkę, chodź, pokażę.

Zostaliśmy sami. Zapaliłem lampkę biurkową, sięgnąłem po książki tu wspomnienia, tu partyzanci, tu o Powstaniu Warszawskim…

Weź może tę, żywa narracja, w młodości sam czytałem powiedziałem, podając mu zużytą książkę.

Dzięki, dziadku.

Trochę jeszcze pogadaliśmy o szkole, nauczycielu historii. Dobrze było nawet jeśli tylko słuchałem, byłem blisko.

Po chwili Kasia zawołała:
Kuba, zbieraj się powoli, za chwilę jedziemy.

Wyszli z zaskakującym pośpiechem szeleszczenie paczek, kurtki, szaliki, zadzwoń, nie zapomnij, podeślę ci numer. Odprowadziłem ich. Za drzwiami od razu ściszało się wszystko. Cisza wróciła razem ze mną do kuchni. Torba stała pod ścianą, zastanawiająco ciężka od listu. Machinalnie włożyłem do niej dłoń, wyczułem kartkę pod palcami. Przez chwilę chciało mi się list wyrzucić, ale tylko wcisnąłem go głębiej.

Nie wiedziałem, że w korytarzu, gdy szedłem po książkę, Kuba, zdejmując plecak, zauważył otwartą torbę i biały róg kartki z napisem Drogi Święty Mikołaju. Nic wtedy nie powiedział, nie wyciągnął listu dom, zamieszanie, dorośli dookoła. Ale ten napis został mu pod powiekami.

W domu, wyciągając książkę z plecaka, przypomniał sobie o kartce. Śmieszne, pomyślał dorosła babcia pisze do Mikołaja… Najpierw go to rozbawiło, potem trochę poruszyło, w końcu zrobiło mu się dziwnie żal.

Następnego dnia pojechali z rodzicami do cioci, siedzieli przy stole, słuchał rozmów, patrzył w telefon, ale w tyle głowy ciągle krążyła myśl o tym liście.

Kilka dni później, wracając ze szkoły, napisał babci sms: Dziadku, wpadnę, muszę jeszcze coś do historii. Odpowiedź była błyskawiczna: Jasne, wpadaj.

Od razu poszedł po lekcjach, z plecakiem, w słuchawkach. W klatce schodowej pachniało gotowaną kapustą i środkiem do mycia podług. Drzwi otworzyły się niemal od razu.

Chodź, Kuba, rozbierz się. Upiekłem ci naleśniki powiedziałem, cofając się do kuchni.

Zdjął kurtkę, postawił plecak na tym samym taborecie, gdzie była moja torba, z której znowu wystawał róg listu. Ścisnęło go w środku. Kiedy przekładałem naleśniki do talerza, on kucnął, niby wiążąc sznurówki, i wyciągnął list. Przez chwilę walczył ze sobą, ale wrzucił kartkę do kieszeni bluzy i szybko usiadł do stołu.

O, naleśniki, super! rzucił, próbując mówić zwyczajnie.

Jedliśmy, rozmawialiśmy o pogodzie, szkole, nadchodzących feriach. Zapytałem, czy nie jest mu zimno w tych butach, czy wszystko dobrze ze zdrowiem.

Po chwili poszliśmy do pokoju, udawał, że kartkuje książkę, a potem zebrał swoje rzeczy i wyszedł, jakby nigdy nic.

Dopiero w domu, kiedy zamknął się w swoim pokoju, wyjął kartkę i usiadł na łóżku. Papier lekko pogięty, na rogach ślady. Staranny, miękki charakter pisma.

Zaczął czytać. Najpierw czuł się niezręcznie jakby podsłuchiwał cudzą rozmowę. Potem dotarł do słów o wnuku, który milczy.

Czytał dalej. W gardle pojawił się twardy supeł. Przypomniał sobie, jak od pewnego czasu odpowiadał babci byle jak i rzadko odbierał telefon. Nie dlatego, że nie kocha. Po prostu życie, brak czasu, wszystkiego żal, wszystko przeszkadza. A dla niej to była cisza, którą odczuwa boleśnie…

Przeczytał do końca. I nagle zalała go fala żalu i współczucia. Najchętniej poszedłby od razu do babci, przytulił ją i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Ale wstydził się swojej patetyczności.

Leżał długo, patrzył w sufit. Co teraz? Powiedzieć rodzicom? Zaczęliby krzyczeć, albo się wyśmiewać, albo jeszcze gorzej pokłóciliby się bardziej. Oddać babci list, udawać, że go przypadkiem znalazł? Też niezręcznie. Będzie jej wstyd.

Odłożył list do stolika. W głowie kołatały mu słowa: żebyśmy potrafili usiąść przy jednym stole. Te prośby nie były już do Mikołaja, tylko do niego.

Przy kolacji chciał parę razy zacząć rozmowę mamo, a może u babci…, ale zawsze ktoś przerywał, schodziło na coś innego. W końcu nie odezwał się już więcej.

Położył się późną nocą, list w szufladzie, tam tkwił pomiędzy rzeczami.

Następnego dnia na przerwie pochwalił się koledze, że babcia napisała list do Mikołaja. Kolega się roześmiał.

Mój dziadek wierzy tylko w trzynastą emeryturę!

To nie jest śmieszne wypalił Kuba mocniej niż zamierzał.

Kolega wzruszył ramionami, zmienił temat, a on poczuł się samotny ze swoim ciężarem.

Wieczorem wziął telefon, zadzwonił do babci, ale się rozmyślił i rozłączył przed sygnałem. Patrzył w rodzinny czat: zdjęcia sałatki, żarty o korkach, zaproszenie na firmową wigilię. Samiutkie powierzchowne teksty. Żadnych listów.

Napisał: Mamo, może na Sylwestra pójdziemy do dziadka?. Ale nie wysłał. Wyobraził sobie spór o terminy, złośliwe uwagi zrezygnował.

Usiadł na łóżku, rozłożył list, przeczytał po raz kolejny. Znowu te słowa: przy jednym stole. Wtedy przyszło mu do głowy, by nie czekać do Nowego Roku, tylko zrobić zwyczajną rodzinną kolację. Bez okazji „prawie” bez okazji.

Zajrzał do mamy:

Mamo, a może byśmy się wybrali do dziadka na wspólną kolację? Tak normalnie, nie na godzinę, posiedzieć porządnie. Mogę pomóc z zakupami.

Mama popatrzyła na niego zaskoczona.

Ty? Chcesz gotować, synu? Ale my prawie nie mamy czasu, tata długo pracuje…

Może w sobotę. I tak siedzimy w domu nie ustępował.

Westchnęła ciężko.

Dobrze, pogadam z tatą. Ale nie obiecuję.

Wychodząc słyszał, jak potem rodzice w kuchni dyskutują.

On sam chce iść, dziwiła się mama. Nie odpuścimy mu tego?

I co tam? Znowu o zdrowiu i emeryturze rozmawiać?

Ale nie jest mu wszystko jedno, cicho odpowiedziała mama.

Po chwili tata odparł: Dobra, w sobotę pójdziemy.

Poczuł, jakby wygrał jakąś małą bitwę. Jeszcze jedna mu została z babcią.

Następnego dnia sam zadzwonił. Dziadku, wpadniemy w sobotę wszyscy razem. Mogę przyjść wcześniej i pomóc w gotowaniu, co ty na to?

Chwila ciszy.

Jasne, wpadaj. A co robimy?

Nie wiem, możesz wybrać. Umiesz pokroić sałatę?

Zaśmiała się.

No to się nauczysz.

W sobotę przyszedł z mamą, obładowani zakupami.

Oooo, kogo my tu mamy, zażartowałem. Wojsko wysłać zjemy.

Lepiej za dużo, niż za mało odburknął Kuba.

Obieraliśmy razem ziemniaki, kroiliśmy warzywa. Parę razy poprawiłem mu palce, żeby się nie skaleczył.

W kuchni pachniało cebulą i pieczonym mięsem, grało cicho radio. Za oknem zapadała powoli ciemność.

Dziadku, a ty… no… wierzysz w Świętego Mikołaja? rzucił nagle Kuba, krojąc ogórka.

Zamarłem. Łyżka wypadła mi z ręki i stuknęła o patelnię. Przez chwilę nawet radio przycichło.

Skąd ten temat?

W szkole gadaliśmy, wzruszył ramionami.

Zamieszałem mięso, wyłączyłem kuchenkę, odwróciłem się.

W dzieciństwie wierzyłem. Teraz nie wiem. Może jest, tylko nie taki, jak w reklamach. A co, ty chcesz wierzyć?

Fajnie by było, odpowiedział półgłosem.

Zapanowało krótkie milczenie. Potem wróciliśmy do krojenia. Ale coś się przesunęło już nie było tej nieśmiałości.

Wieczorem przyszli rodzice Kuby. Ojciec trochę zmęczony, mama przyniosła świeżo upieczone ciasto.

O matko, mruknął Marek, patrząc na stół. Pół wojska by się najadło.

Twój syn pomagał, uśmiechnąłem się.

Serio? Ty, Kuba? zaśmiał się tata.

Czemu nie, burknął Kuba nie rozpadłem się przecież.

Usiedliśmy. Na początku wszyscy byli spięci. Każdy ważył słowa, żeby nikogo nie urazić. Ale jedzenie robi swoje. Powoli rozmowa popłynęła o dzieciństwie Kasi, o zabawnych sytuacjach z pracy Marka, o dawnych czasach.

Patrzyłem na nich. Czułem, że rozmowa między wierszami jest inna taka, o jakiej pisałem w swoim liście: żeby się słyszeć.

Nagle Kasia, nalewając herbatę, powiedziała:

Tato, przepraszam, że tak rzadko do ciebie. Ciągle praca, dom…

Nie mówiła tego dla usprawiedliwienia, raczej jak wyznanie. Skinąłem głową, spokojnie.

Rozumiem. Macie własne życie. Nie mam żalu.

Kuba odezwał się nagle:

Ale można czasem wpaść. Nie tylko na święta.

Dorośli spojrzeli na niego zaskoczeni, ale nie zaprzeczyli.

Tak, powiedział Marek, dziś jest fajnie.

Mama przytaknęła.

Postaramy się częściej, dodała.

Zeszło na tematy szkoły, studiów, korepetycji. Siedzieliśmy długo.

Kiedy wychodzili, znowu było trochę zamieszania. Marek pomógł mi odstawić gar, Kasia sprzątała kuchnię, więc już w pośpiechu powiedziała:

Tato, następnym razem może też tak razem posiedźmy? Daj znać wcześniej.

Oczywiście, będę czekał odpowiedziałem z szerokim uśmiechem.

Kuba zatrzymał się w moim pokoju. Na stoliku leżał zeszyt, ale listu już tam nie było od dawna był u niego w kieszeni. Wiedział, że nie odda go już nigdy.

Dziadku, powiedział cicho, gdy inni już wychodzili, jakbyś coś chciał… Żebyśmy coś robili inaczej… to po prostu powiedz nam. Nie musisz pisać listów.

Spojrzałem na niego. Poczułem czułość i wdzięczność, jakiej się nie spodziewałem.

Dobrze, powiem odparłem.

Kiwnął głową, wyszedł.

Zostałem sam. Usiadłem w kuchni. Na stole zostały talerze, okruchy po cieście, zapach herbaty i mięsa. Pogładziłem dłonią obrus, zebrałem okruchy.

W środku poczułem coś nowego nie euforię czy szczęście. Raczej cichą ulgę, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił świeże, mroźne powietrze. Spory nie zniknęły. Wiedziałem, że Kasia z Markiem dalej będą się spierać, a Kuba będzie mieć swoje sekrety. Ale dziś jakby się trochę wszyscy do siebie zbliżyli.

Pomyślałem o swoim liście. Nie wiedziałem, gdzie jest. Może leży w torbie, może przepadł, może ktoś go znalazł. To już nie miało znaczenia.

Podszedłem do okna. Na podwórku bawiły się dzieci, lepiły bałwana. Mały chłopiec w czerwonej czapce śmiał się głośno, aż tu, na trzecie piętro.

Uśmiechnąłem się cicho do szyby, jak do kogoś znajomego.

A w kieszeni Kuby, tam gdzieś w ich przedpokoju, leży ten złożony list. I czasem, w gorsze dni, wyciągał go, czytał parę zdań i chował. Nie jako prośbę do świętego, ale jako przypomnienie, czego człowiek naprawdę pragnie od tych, co gotują mu zupę i czekają na telefon.

Nigdy już nikomu o tym liście nie wspomniał. Ale gdy następnym razem mama stwierdziła: Nie jadę dziś do taty, za dużo na głowie, Kuba spokojnie powiedział:

To ja pojadę sam.

I pojechał. Bez okazji, nie od święta. Po prostu. To nie było żadne cudowne wydarzenie, tylko kolejny krok w stronę tej zgody, o którą prosiłem w tym liście w kratkę.

Otwierając mu drzwi, byłem zaskoczony, ale nie pytałem. Powiedziałem tylko:

Wchodź, Kuba. Właśnie nastawiłem wodę na herbatę.

I to wystarczyło, by znów zrobiło się w domu trochę cieplej.

Dziś wiem jedno czasem pisze się listy nie po to, by ktoś je przeczytał, ale by samemu usłyszeć, co naprawdę jest najważniejsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 2 =

List, który nie dotarł — Babcia, samotny wieczór i ciche prośby do polskiego Świętego Mikołaja o rod…