Antonina była zła. Naprawdę zła, aż żal było tej Antoniny, jaka zła to była baba. Wszyscy przekazywali sobie szeptem, jaka ona niedobra, taka samotna i smutna. Męża nie ma, syn dorosły już dawno, mieszka osobno, Antonina została sama, nikomu niepotrzebna.
W poniedziałek dotarła do pracy, a tu wszystkie chwalą się, jak to przez cały weekend prały, pucowały, żur gotowały. Jedna na działce kopała, druga powidła smażyła. A Antonina milczy, a co ma mówić? Przecież nie ma czym się chwalić. Chłopa brak, dziecko odchowane, więc tylko przytakuje cicho.
Dziś wyszła wcześniej wszyscy wiedzą, że raz, dwa razy w miesiącu tak robi. Pokiwają głowami z dezaprobatą. Dokąd ona znów się wybiera? Każdy jest przekonany: z jakimiś swoimi facetami się widuje. Musi mieć ich na pęczki, taka z niej zła kobieta! Bo te tu, przyzwoite każde żonate, każde ma dom, swoje sprawy i rodzinę. A Antonina ona jest inna.
Antonina narzeka mama czemuś ty taka jesteś?
Jaka, mamo?
Taka nieustatkowana… Choćbyś sobie jakiego Wojtusia znalazła, naprawdę córciu. Nawet drugie dziecko mogłabyś urodzić, teraz wszyscy po czterdziestce rodzą!
Po co mi drugi dzieciak, mamo, od jakiegoś Wojtusia? Syn mam, i to mi wystarczy… A facet, co ja z nim zrobię? Zmuszać się będę? Mam przecież Olgierda.
Antonina! mama krzyczy z serca Ogarnij się, Olgierd nie jest twoim mężczyzną!
A niby czemu nie? śmieje się Antonina. Na randkę mnie raz w tygodniu zaprosi, prezent kupi, na wycieczkę czasem pojedziemy… Do mamy na wieś nie wozi, skarpet nie każe prać, na kolację nie napiera, życiem nie zamęcza, nie zalega na kanapie.
Błogość.
No tak, błogość wszystko, co męczące, spada na jego biedną żonę.
Chcesz, żeby na mnie spadało, mamo? Ja swoje lata już mam, dwa razy przypominam: dwa! byłam mężatką i wystarczy mi tej radości.
Pierwszego męża, ojca Leszka, po twoim nacisku wybrałam bo starszy, mądrzejszy, zaradny i kocha, prawda? Pięć długich lat siedziałam jak w więzieniu nigdzie wyjść, z koleżankami pogadać, nic nie wolno, tylko tyrać dla niego i jego matki. Olek mnie tylko raz w miesiącu, niczym jakieś zwierzątko wyprowadzał pokazać, że ma młodą, porządną żonę. Sam zaś pod kołnierz nie wylewał… Gdy uciekłam, dzięki babci mojej cudnej, to wszystko chciał mi odebrać. Nawet majtki.
Drugiego razu wyszłam to już z miłości. Uczyłam się i pracowałam, pamiętasz mamo? Za dnia na uczelni, wieczorem do roboty, żeby nie być ciężarem dla was. Antonina! Jak możesz? a czyż ja ci kiedyś kromki chleba odmówiłam? Nie ty, mamo, nie ty… Ale jeszcze był tata… I brat, Nikodem niechętny, rozsiadł się jak panisko, bo mama wszystko załatwi.
Pracowałaś, leciałaś z pracy, po drodze zakupy, gotowałaś, sprzątałaś, prałaś… Ja więc, z wielkiego uczucia, znowu zamąż wyszłam bo bez miłości już żyłam. Co się zmieniło? Nic. Obowiązków więcej Antonina była wszystkim do wszystkiego. Ukochany na kanapie, Antonina do pracy, potem do przedszkola po swoje dziecko, broń Boże, nie obciążyć mężczyzny, bo nie jego… nawet jakby było. Po zakupy sama. Kto przygotuje kolację? Wiadomo kto. Uprasowała, ugotowała, nakarmiła, uprała, a potem jeszcze usłuż mężowi, bo jak nie, to pójdzie do innej… Skąd pieniądze na remont auta? Przecież to nasze! Porównała, ile zarabiasz nic nie robiąc, a ile ja. Tobie łatwiej.
Odchodzisz? Z dzieckiem? No to powodzenia! śmiał się, gdy się wyprowadzałam.
Tak to wyglądało, mamo. I co mi to wszystko dało? Każdemu było dobrze, tylko mnie niekoniecznie.
Antonina, wszyscy tak żyją!
No to niech żyją, ja nie zamierzam.
Jak spędziłaś sobotę? pytała mama.
Wiesz, Nikodem z Magdą podrzucili Olkę i Wojtka, z nimi szłam na spacer, naleśniki smażyłam. Poza tym, trochę sprzątania, pranie, kolacja, dzieci spać położyłam, tatę nakarmiłam, poprasowałam, późno się położyłam.
Rano dzieci wołały o naleśniki, potem Nikodem z Magdą przyszli, kurczaka upiekłam, sałatki zrobiłam, pizzę w końcu, pożegnałam ich, lekko ogarnęłam mieszkanie, przewróciłam się na kanapę i usnęłam, tata musiał mnie obudzić, żebym poszła do łóżka.
Mamo, coś nie pamiętam, żebyś z Leszkiem tak siedziała, żebym cię wyręczała swoim dzieckiem i uciekała odpoczywać?
Ty taka samodzielna byłaś, Antonina… a te twoje, ech.
A posłuchaj, jak ja ostatni weekend miałam, mamo. W piątek wieczorem zadzwonił Leszek, czy nie wezmę Timka na weekend, bo chcą z Marysią w Tatry jechać. Jasne, czemu nie? Timek to kot swojej dziewczyny, Marysi, mamo, gdybyś się mniej zajmowała rodziną Nikodema, może byś coś i o starszym wnuku wiedziała.
Wieczorem przywieźli kota i pizzę, a ja jak pani pochłonęłam pizzę i odpaliłam seriale. Bo nie musiałam się zrywać bladym świtem.
Rano nakarmiłam Timka, zrobiłam sobie kawę, odkurzyłam, nastawiłam pranie i chciałam cię zaprosić do muzeum może posiedzieć, pogadać. Telefon odebrał tata. Ty miałaś mokre ręce, sprzątałaś. Nazwał mnie próżniaczką, że matka tyra, z wnuczętami szaleje, a ja się po muzeach snuję…
Chciałam się obrazić, ale po co? Tata zawsze ma rację. Poszłam więc do muzeum twojego ulubionego malarza wystawa. Potem kawa, sklepy, przypomniałam sobie o Timku, wróciłam, a kot spał. Położyłam się z nim oglądać seriale. W niedzielę spaliśmy do jedenastej, chciałam cię zabrać na tramwaj wodny, ale odebrała Magda, mówiła coś z pełnymi ustami, że jesteś zajęta, pewnie myłaś naczynia… Wieczorem zadzwonił Olgierd, zaprosił do restauracji poszłam.
Jestem wolna, nie wypytuję o jego żonę, nie zwala mi swoich kłopotów na głowę, ja też jemu nie. Fajny wieczór i rano wstaję wypoczęta do pracy.
Próbowałam z wolnymi facetami, mamo. To dopiero horror. Albo szukają matki, albo urażeni przez poprzednie rodziny… Jeden mi oznajmił, że muszę akceptować jego dzieci, przecież jestem kobietą i MUSZĘ kochać dzieci wszystkie. Alimenty płaci na dzieci i byłą żonę, resztę wydaje na hobby wędkarskie, a my przeżyjemy z mojej pensji. W zamian będzie mnie karmił rybami. Jak zapytałam, czy pomoże mojemu dziecku, obruszył się: Leszek ma ojca, niech ten mu pomaga.
No, sprawiedliwie, co nie? Dlatego został odprawiony, bo Leszek ma ojca, ale i matkę mnie.
Pewnie, że stałam się według nich wyrachowana, chytra, ostra baba. Bo marzę żyć spokojnie z własnym dzieckiem i nie pozwolić, by ktoś się we mnie wpraszał.
Dlatego, mamo, mam Olgierda. Tak, jestem według wszystkich zła, ale mnie z tym dobrze. Smutno mi tylko, że ty tak żyjesz, więc próbuję wyciągać cię z domu, jak dziś, kiedy zmyśliłam, że potrzebuję pomocy.
Mamo, ze mną wszystko dobrze, a teraz pójdziemy razem, zrobimy coś dla siebie, odpoczniesz, ja też. Proszę cię, chodź.
Oszalałaś, Antosia, a co z tatą?
Czy coś mu jest? Chory?
Nie, ale… obiad…
Nie uwierzę, że nie masz obiadu już zrobionego.
Trzeba go tylko podgrzać, ale Nikodem…
Mamo! Mogę się obrazić. Pozwól mi być dla ciebie dobrą, pójdziemy, odpoczniesz.
W poniedziałek w pracy panie narzekają, jak to się umęczyły, odpoczywając w domach. A Antonina z chytrym, tajemniczym uśmiechem przechadza się po korytarzach, jakby tańczyła i śmiała się do tylko sobie znanych snów. Wszyscy wiedzą ona jest zła. I myśli, oczywiście, ma tylko nieprzystojne.



