Ledwie osiągnęłam pełnoletność, wyszłam za mąż. Wyskok to najlepsze słowo na określenie tego kroku: zaskoczenie dla wszystkich, jak i dla mnie samej. Ale stało się nie było już odwrotu, zaczynało się nowe życie, zupełnie mi obce. Wśród innych rzeczy, czekało mnie również poznanie rodziców mojego młodego męża, który sam wydawał się równie zagubiony co ja. Oboje wypadliśmy z gniazda, nie do końca nauczywszy się latać.
Pewnego ranka, kiedy ciocia Aniela jak co dzień dogadzała mi śniadaniem, dorzucając smakołyki i przekonując do jedzenia, odwiedziła nas sąsiadka, stara pani z drugiego piętra. Popatrzyła na ów rytuał i z westchnieniem stwierdziła:
Oj, Danka, rozpieszczonaś, krzywdy nie zaznałaś… Zaczekaj, teściowa ci da popalić.
Daj spokój, Zosiu, nie strasz jeszcze dziecka pogroziła jej moja ciocia Aniela.
I rzeczywiście, nie wiedziałam, co to znaczy być pokrzywdzoną nasza osobliwa, babcina rodzina składała się z babci i trzech jej córek. Moja mama, Helena, była najmłodszą, ja zaś byłam ulubienicą najstarszej siostry, Anieli. Wojna zabrała z domu wszystkich mężczyzn, z siostrami zostały ich dzieci, otoczone opieką i aż nadto miłością.
Jako najmłodsza byłam rozpieszczana wyjątkowo. Nie zaznałam przykrości zgadła sąsiadka. Ale brzmienie słowa teściowa od razu mnie zaniepokoiło wydawało się złośliwe, kąśliwe i surowe, jakby zapowiadało jakąś nieznaną mi przykrość. I ta zapowiedź nie opuszczała mnie aż do pierwszego spotkania z… teściową.
A ona okazała się wysoką, przystojną kobietą, bardzo sympatyczną. Wejdź, córeczko uśmiechnęła się do mnie na progu. Napracowała się wtedy niemało, częstując nas, potem zaprowadziła mnie na podwórko, pokazała niewielki ogródek z równiutkimi grządkami i pochwaliła się dorodnym prosiaczkiem, który z radością przybiegł do ogrodzenia. Mietek! Mietek, już, nakarmię cię, dobry z ciebie chłopak! mówiła do prosiaka z czułością, a mnie zrobiło się jakoś miło, jakby mnie pochwaliła.
Ogród, prosiaczek Mietek wszystko było znajome z dzieciństwa. U nas prosiaki też zawsze nazywano Mietkami i rozpieszczano je przeróżnymi smakołykami. To mnie uspokoiło i nawet zaczęło cieszyć.
Rankami nasi mężczyźni wychodzili na budowę, a my zostawałyśmy w domu. Ale ciągle myślałam o owym złowróżbnym słowie teściowa, dziwnie trudno było mi ją tak nazwać potrzeba zwracania się wprost stawała się coraz pilniejsza. Pewnego dnia, gdy pochwaliła moje imię, zaczęłam opowiadać o greckiej Tais. Uśmiechając się, powiedziała: To nazywaj mnie tak samo, córeczko. Ja mam na imię Teodozja. Ładnie, prawda? Polubiłaś to imię?
Tak oto rozwiązała mój problem i odtąd mówiłam do niej: pani Teodozjo, czasem nawet z czułym przydomkiem. Życie stawało się coraz lepsze. Teodozja była uśmiechnięta, szybka, potrafiła od rana wykonać całą domową robotę tak, że gdy wstawałam, śniadanie już stało na stole, podłogi lśniły, ogród był wypielony, a Mietek po śniadaniu.
Siadałyśmy wieczorami na ganku, rozmawiając. Ona zaś opowiadała o wojnie: jak została sama z trzema synkami, jak ciężko pracowała przy wyrębie lasu, a chłopcy zgubili kartki na chleb. Kierownik sklepu, dobry człowiek, przeniósł ją na miejsce sprzątaczki i kazał jej zbierać każdego dnia okruszki, by jej dzieci miały co przegryźć. Zwłaszcza najmłodszego, mojego męża, trzeba było bardzo chronić, bo słabego był zdrowia.
Te rodzinne historie, pełne trosk i trudu, ukazywały mi świat w nowych barwach. Wszystko układało się spokojnie, aż do pewnego zdarzenia.
Jednego ranka Teodozja przyszła mnie obudzić:
Córeczko, kobiety idą dzisiaj do lasu na jagody, chciałabym się z nimi wybrać. Zostawiłam dla Mietka śniadanie w wiaderku, nakarmisz go? Dasz radę?
Oczywiście, proszę się nie martwić!
Ledwo wyszła, Mietek upomniał się o śniadanie przenikliwym piskiem. Wzięłam wiaderko i poszłam go nakarmić. Prosiak, już dość spory, mieszkał w skromnej zagrodzie tuż przy ogrodzie warzywnym. Miałam wejść, przelać mu jedzenie do koryta, prosta rzecz. Przynajmniej tak sądziłam.
Gdy tylko uchyliłam drzwi, Mietek z impetem je wyrwał i w mig wybiegł między warzywa. Oszalały ze szczęścia zrzucił mi z rąk wiadro i popędził między starannie wypielęgnowane, jeszcze wilgotne od porannego podlewania grządki. Z dziką frajdą pruł przez rzędy buraków, kapusty i ogórków, tarzając się, skacząc, ryjąc i pohukując z uciechy. Stałam zamarła z rozpaczy i niepewności, co robić. Ale przecież nie mogłam tak stać bezczynnie wiedziałam, że muszę coś zrobić, bo to zniszczyło całą pracowitość teściowej.
Trzeba go z powrotem zapędzić do zagrody myślałam. Rzuciłam się, by chociaż złapać tego psotnika. Kilka razy nawet udało mi się chwycić jego gruby, śliski boczek, ale wywijał się zręcznie i zaraz umykał jeszcze szybciej. Wtedy poszłam po rozum do głowy: może zwabię go chlebem? Przyniosłam z kuchni bochenek i zaczęłam kusić prosiaka. Mietek początkowo łakomie jadł z mojej dłoni i powoli przesuwałam się z nim w stronę zagrody, lecz gdy byliśmy już tuż przy niej figlarz nagle zawrócił i rozpoczął nową rundę demolki ogrodu!
Burząc się ze łzami, podążałam za nim między grządkami, widząc, jak z każdą chwilą ginie dorobek tak troskliwie pielęgnowany przez Teodozję. Na koniec, jakby dla upokorzenia, Mietek usiadł przysiadłszy na tłustych szynkach i chrumkając ujeżdżał ziemię, aż była już praktycznie zrównana z ziemią. Z rozpaczy przypomniałam sobie, jak dziecięciem przytulałam domowe zwierzęta. Mietek nie uważał mnie już za zagrożenie, dał się pogłaskać, położył na plecach i zaczęłam go drapać po brzuchu.
Nie wiem, jak długo trwało to mizianie, ale zmęczone ręce zmieniałam jedna po drugiej. Bardziej niż cokolwiek innego chciałam tylko, żeby prosiak leżał spokojnie i już nie psocił. Byłam wyczerpana, słońce prażyło bezlitośnie, a ja wśród zniszczonych grządek klęczałam umorusana, zrozpaczona, obok szczęśliwego, upaćkanego prosiaka.
Wtedy trzasnęła furtka i pojawiła się Teodozja.
A ty łobuzie! Dziewczynie życia dałeś popalić! wrzasnęła, chwyciła Mietka za nogę, zarzuciła przez ramię i zagnała do zagrody, po czym zamknęła drzwi na skobel.
Pomogła mi wstać i zeszłyśmy z pokaleczonych grządek.
Stój, dziecko moje, zaraz ci wody przyniosę! pobiegła do domu i przyniosła wiadro chłodnej wody, przyniesione jeszcze przed świtem ze studni. Obmyła mnie całą, chłodną strugą zmyła błoto i łzy, a wraz z nimi wydawało mi się odpłynęło na zawsze to straszne, kolczaste słowo TEŚCIOWA.
Na fali ulgi i radości zawołałam niechcący: Ojej, mamuś moja kochana!
Teodozja roześmiała się, przytuliła mnie mocno i zaprowadziła do domu, częstując leśnymi jagodami.
Rozmowa o zniszczonym ogrodzie była krótka. Wzruszyła ramionami:
Ach, co tam! Grządki odrosną, zielonka się zazieleni, tyle co nam trzeba. A pomidory jeszcze podrosną, zobaczysz. Z prosiaka nie zrobisz profesora przebiegł się i trudno. A ty odpocznij, póki jeszcze naszych chłopaków nie ma, ja ugotuję coś na szybko.
I skąd w tej kobiecie, tak pokrzywdzonej przez los, było tyle cierpliwości, dobroci, mądrości? Nie wiem, kto ją obsypał tyloma darami, ale już wiem, dlaczego i jak wyrastają dobrzy, mądrzy, szlachetni i kochający synowie, których matki z taką wielkodusznością oddają innym dziewczynom a których czasem zupełnie niesłusznie nazywa się twardym, kłującym słowem „teściowa”.



