Kuzynka Zina

KRYSTYNA-KUZYNKA

Moja kuzynka Krystyna była dla mnie wzorem do naśladowania, gdy byliśmy dziećmi. Mieszkała w Warszawie, ja zaś w Krakowie. Na wakacje rodzice co roku wysyłali nas na wieś do dziadków. Tam spędzaliśmy ze sobą całe dnie i noce, nie rozstając się ani na chwilę. To były najszczęśliwsze chwile.

Wszystko w Krysi mi się podobało: jej zgrabna sylwetka, bujne kręcone włosy i eleganckie, warszawskie ubrania. Choć teraz, z perspektywy lat, przyznaję, że wcale nie była urodziwa. Patrzę na jej dziecięce zdjęcia – niziutka, pulchna dziewczynka o nieregularnych rysach twarzy. Do tego pamiętam, że miała wadę wymowy. Ale jej czar i optymizm przyćmiewały wszystkie niedoskonałości. Wokół Krzysi zawsze kręciła się gromadka chłopców.

Mogłaby być przywódczynią, trzymać tę bandę w garści. Dzieciaki słuchały jej bez sprzeciwu. Uchodziła za najodważniejszą i najbardziej szaloną dziewczynę we wsi. Miała niespokojną naturę, a jej zachowanie często mnie niepokoiło. Ja byłam cicha i spokojna…

Pewnego dnia Krysia przywłaszczyła sobie nowiutką książkę o Kubusiu Puchatku. Wypożyczyła ją z wiejskiej biblioteki, a pod koniec lata zabrała do Warszawy. Trzęsłam się jak osika. A nuż prawda wyjdzie na jaw! Mieliśmy wtedy po osiem lat. Nie rozumiałam tego postępku. Byliśmy przecież zuchami – uczciwymi dziećmi! Ale w głębi duszy podziwiałam i byłam dumna z takiej kuzynki. Z czasem książkę musieliśmy zwrócić. Dziadek stanowczo tego zażądał, a do tego wygłosił długie kazanie. Babcia zaś „potwierdziła” jego słowa, smagając nas pokrzywą po tyłkach. Tego dnia zostaliśmy surowo ukarani i na zawsze pozbawieni dziennej porcji cukierków. Ja ucierpiałam za milczenie, jak powiedziała babcia, „niesłychanej” zbrodni:

– Dziewuchy, czy wy nie wiecie, że na wsi wszystkie ściany mają uszy? Baby tylko język wystawią, a w mig rozniosą wieść po całej wsi! Przy cudzych ustach bramy nie postawisz! Wnuczki nauczyciela – złodziejki! Gdzie to słyszane?

Słowem, była to prawdziwa rodzinna tragedia. Pewnie dlatego do dziś pamiętam ten incydent.

Krysia świetnie pływała, skakała ze spadochronem (chodziła na zajęcia młodszych spadochroniarzy) i biła się na równi z chłopakami. Wrażeń z trzech miesięcy wakacji starczało mi aż do następnych. Byłyśmy nierozłączne, choć charakter miałyśmy kompletnie różne. Ona – żywe srebro, ja zaś – cicha woda brzegi rwie…

Nasz dziadek był nauczycielem. Każdego lata „katował” nas dyktandami i wypracowaniami. Pamiętam, że ja – mała prymusica, bez żadnej plamy, z pięknym, ozdobnym pismem, a u Krysi – stos błędów i litery jak krzaki. Ale ona nigdy się tym nie przejmowała. Dziadek oburzał się:

– Jak wnuczka nauczyciela może pisać tak byle jak i niechlujnie?!

Krysia machała ręką, jakby mówiąc: „Dajcie mi święty spokój”. Babcia straszyła ją:

– Oto Weronika zostanie dyrektorką, a ty, Krysiu, będziesz zamiatać ulice!

Ale kto by tam słuchał…

Lata mijały, dorastaliśmy. Nie mogłyśmy doczekać się lata, by znów się spotkać. Zimą pisałyśmy do siebie listy. Najpierw dzieliłyśmy się dziecięcymi sekretami, potem dziewczęcymi. Jak to mówią, siostra z siostrą jak woda z rzeką.

Nadszedł czas „wydawania za mąż”. Dla mnie przyszedł nieco za wcześnie – wyszłam za mąż w wieku 17 lat i nigdy tego nie żałowałam. Córkę urodziłam, mając 18 lat. Skończyłam politechnikę. Krysia ledwo skończyła szkołę z „trójczakiem” na świadectwie. Poszła do szkoły pedagogicznej. Szczerze mówiąc, nie rozumiałam jej wyboru. Z tą wadą wymowy, z takimi ocenami… Cioci Marysi (mamie Krysi) przyszło wręczać mnóstwo prezentów dyrekcji, by córka, z wielkim trudem, dostała dyplom.

Jednak później Krysia zabrała się za pisanie doktoratu. Niestety, zdrowie jej nie dopisało i musiała zrezygnować. Nie zdziwiłabym się, gdyby wróciła do tego tematu na emeryturze… Taka już jej natura!

Gdy miałam 20 lat, wybrałam się na jednodniową wycieczkę do stolicy. Głównie po to, by w końcu zobaczyć się z Krystyną. Nie widziałyśmy się kilka lat. Chciałam też poznać jej męża, Benedykta. Nie było mnie na ich ślubie. Ale nie przypuszczałam, jak skończy się to długo wyczekiwane spotkanie!

Najpierw zajrzałam z prezentami do cioci Marysi. Od razu zaczęła zawodzić o zięciu:

– Weroniko, wszyscy byliśmy przeciwko temu pochopnemu małżeństwu. Miałam już przygotowanego kandydata dla Krysi. Świetny chłopak. Wszystko szło ku ślubowi! A tu nagle pojawił się ten Benek! Tyran, zaborczy i babiarz! Pokochała szatana zamiast jasnego sokoła… Kryśka jak królik przed wężem szła za nim! O, będzie z nim męki, zobaczysz! Jestem pewna, że nawet rękę na nią podnosi! Ech, głupich uczyć, co umarłych leczyć! Ale co zrobić… Wkrótce wnuczek się urodzi. Nie odbierać przecież dziecku ojca – oburzała się ciocia Marysia.

Wysłuchawszy gorzkich słów cioci i przygotowana na spotkanie z Benedyktem, odwiedziłam Krysię. Była w zaawansowanej ciąży. Wyglądała pięknie, ale w jej oczach pływał niewypowiedziany smutek. Są kobiety, które lubią grać rolę ofiary…

Po rozmowie z Beniem całkowicie zrozumiałam stanowisko cioci Marysi. Ale Krysia… Moja dumna i nieugięta kuzynka była całkowicie podporządkowana swojemu „tyranowi”!

Patrzyła na niego z uwielbieniem, łapiąc każde jego słowo. A słowa Benedykta nie były zbyt poetyckie… Zaskoczyła mnie taka przemiana Krysi. Ale, jak to mówią, mąż i żona – jedna dusza. Benedykt czuł się przy tak łagodnej i uległej żonie niczym król. Pławił się w jej miłości – szerokiej i bezwarunkowej.

Czy sam kochał? Nie wiem. Wątpię. Trzeba jednak przyznać, że Benio był przystojny, postawny i naprawdę urodziwy.

Pewnie śnił się czerwonym pannom. Tego mu nie odmOdeszliśmy razem w stronę ogniska, gdzie reszta rodziny śmiała się i opowiadała dawne historie, a ja poczułam, że po latach w końcu odzyskaliśmy to, co straciłyśmy – nie tylko więź, ale też zrozumienie, że każda z nas miała swoją drogę, ale teraz znów jesteśmy razem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − cztery =

Kuzynka Zina