Kto wie, dokąd zawinie rzeka losu
Przez cały ostatni miesiąc Jerzy chodził jakbym był zamknięty w gąszczu własnych myśli, mówił mało, a z żoną Martą ledwo zamieniał słowo. Marta patrzyła na niego i szeptała do siebie:
Zachorował, na pewno zachorował… Przecież już za chwilę będzie miał czterdzieści pięć lat, planujemy urządzić mu urodziny w restauracji. Trzeba wziąć go za rękę i zaciągnąć do lekarza. Mam tam znajomego doktora. Trzeba zrobić badania, morfologię, może coś poważnego…
Marta żaliła się na Jerzego swojej najlepszej przyjaciółce, Grażynie, a ta nagle rzuciła:
Mój Wiktor, jak się zakochał i wlazł w romans z tą obcą babą, to też łaził jak nieżywy.
No coś ty, Graża. Przecież nie porównuj swojego Wiktora do mojego Jerzego wzruszyła ramionami Marta.
A niby czemu twój Jerzy lepszy od mojego Wiktora?
Właśnie nie lepszy. Wiktor to przystojniak, kokiet, dusza towarzystwa, czy nie? A mój Jerzy dwóch zdań do kupy nie skleci. Nawet oświadczyć się nie umiał, sama mu powiedziałam, żeby się ożenił, jeszcze na studiach. Gdybym się nie wprowadziła, pewnie dalej by mieszkał sam.
Grażyna rok temu złapała swojego Wiktora na zdradzie. Marta ją pocieszała:
Daj spokój, zostaw go, zajmij się sobą, przestań płakać, wyrzuć tego zdrajcę z domu!
Grażyna wpadła wtedy w wir szaleństwa. Wiktora wyrzuciła, sama zaczęła chodzić po barach, wdawała się w flirty, obcięła włosy na krótko i wszystkim tłumaczyła: zmiana stylu, a Marta patrzyła na to z przerażeniem. Miała na myśli inne zmiany kursy, tańce, samorozwój, może jogę…
Ale Grażyna na końcu wybaczyła Wiktorowi. Marta tego nie potrafiła zrozumieć.
Ja bym Jerzemu nigdy nie wybaczyła myślała.
Z Jerzym są już prawie dwadzieścia sześć lat po ślubie. Przeszli przez wszystko, wychowali dwóch synów, już prawie czas na spokojną starość. Ale starość jeszcze nie przyszła trzeba wyprawić jubileusz mężowi, już nawet radziła się rodziny, a mężowi potem powie.
Poznali się na rajdzie studenckim, tuż przed końcem studiów. Chociaż byli na różnych wydziałach, okazało się, że mieszkają w tym samym mieście w Łodzi. Na czwartym roku wybrali się razem na wycieczkę. Przy ognisku pierwsza zwróciła uwagę na cichego Jerzego, początkowo się wstydziła. Później jakoś to wyszło samo zbliżyli się. Opiekowała się nim, nawet igłą i nitką łatała mu koszulę, gdy rozdarł o gałąź.
A Jerzy nosił jej ciężki plecak. Z przyjaźni zrobiła się czułość, potem miłość. Marta wszystko wzięła w swoje ręce. Pierwsza wyznała miłość.
Potem on, cichutko:
Marta, chyba też się w tobie zakochałem.
Skoro tak, powinniśmy mieszkać razem. Przeprowadzę rzeczy do ciebie i zgłosimy się do urzędu stanu cywilnego nie protestował.
Tak zamieszkała w mieszkaniu, gdzie Jerzy żył z babcią Jadwigą. Najszczęśliwszy był ojciec Jerzego, bo babcia Jadwiga była jego matką. Matka Jerzego nie rozmawiała z teściową od młodości, nie chciała jej pielęgnować, więc troskliwy wnuk Jerzy przeniósł się do babci. Teraz Marta się nią opiekowała.
Jureczku mawiała babcia Jadwiga twoja Martusia to złota dziewczyna. W kuchni, w domu wszystko śmiga. Właśnie takiej żony ci potrzeba. Jak się pobierzecie, przepiszę wam mieszkanie. Dbaj o Martę.
Wzięli ślub. Babcia zmarła niedługo potem. Chłopcy rodzili się jeden po drugim starszy ma już dwadzieścia trzy lata, młodszy dwadzieścia jeden. Życie mijało im spokojnie wakacje, wyjazdy nad Bałtyk, w Tatry. Dzieci zawsze z nimi. Ale ostatnio Jerzy był nieswój. A ostatnio nawet powiedział:
Wiesz, przeżyłem życie, a nic dobrego nie widziałem, Marto…
Marta się oburzyła:
Jerzy, co ty mówisz? Przecież zawsze gdzieś wyjeżdżaliśmy: byliśmy nad Biebrzą, nad morzem, w Tatrach, nawet do Zakopanego dwa razy pojechaliśmy, dzieci odchowaliśmy, zaraz wnuki będą…
To nie o to chodzi machnął ręką i zamilkł, spojrzał na nią dziwnie, ale nie zwróciła uwagi.
Miała swoje sprawy.
Jerzy, może zaprosimy na twoje urodziny Maćka z Kingą, przecież przyjaciele, choć w Krakowie mieszkają.
Na jakie urodziny? zdziwił się mąż.
No jak to jakie! Zaraz czterdziestka piątka, uczcimy w restauracji!
Aha… Nie wiedziałem, że już wszystko zaplanowałaś znów spojrzał na nią dziwnie.
I tak Marta już trzecią godzinę siedzi sama na kanapie, patrzy w parkiet, nie płacze.
Nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego mnie spotka powtarza w myślach.
Jerzy wrócił dziś szybciej niż zwykle z pracy, co ją zaskoczyło. Przez półtora roku zdarzało mu się siedzieć po nocach to rutyna.
Cześć powiedział tylko i przysiadł w kuchni, nawet nie zdjąwszy skórzanej kurtki.
Cześć, Jerzy, ściągnij kurtkę, umyj ręce, kolacja już czeka! rzuciła jak zwykle.
Ale Jerzy tylko siedział cicho, głowę trzymał nisko.
Marta, odchodzę, musisz mi wybaczyć powiedział cicho.
Co to znaczy odchodzisz? Dokąd idziesz, zdejmuj buty, zachorowałeś? Mówiłam, żeby do lekarza…
Jerzy spojrzał jej w oczy.
Jestem zdrowy, to nie lekarz. Słuchaj. Zakochałem się. Od dwóch lat spotykam się z koleżanką z pracy…
Znalazłeś sobie młodszą zapytała szorstko.
Nie, nie młodszą. Taką zwykłą, kobietę, nie piękność, ale prawdziwą kobietę…
A ja kto, Jerzy? zapytała wytrącona z równowagi.
Ty? potrząsnął głową, jakby coś zrzucał jesteś moją Panią, a ja jestem jak pies na smyczy. Nawet kroku nie postawię bez twojego pozwolenia. Wszystkim rządzisz, nie pytasz mnie o nic, nawet ubrania wybierasz mi ty, nawet wakacje, nawet co jemy i jak świętujemy urodziny. Na mecz nie pojadę, bo twoim zdaniem to strata czasu, a lubię piłkę…
Jerzy, chciałam dobrze, starałam się dla ciebie… zaczęła, on przerwał.
Wszystkie zarobione pieniądze oddaję tobie, ty wszystkim rozporządzasz. Dostaję od ciebie parę złotych na papierosy i kawę. Marta, pomyślałaś kiedyś, jak to dla mężczyzny upokarzające? Nie mogę z kolegami pójść na piwo, nawet po pracy, bo nie mam własnych pieniędzy mówił lekko, spokojnie.
Marta przyklękła, patrząc mu w oczy.
Jerzy, przecież zawsze tak było, czemu nagle protestujesz? Jeśli trzeba, będziesz miał swoje pieniądze na piwo, będziemy razem chodzić na mecze. Pojedziemy do sklepu, sam sobie wybierzesz ubrania.
Jerzy popatrzył na nią dziwnie.
Marta, nic nie rozumiesz głos mu się podniósł, ona się zdziwiła. Chcę sam oddychać, sam decydować o sobie, jeść co mi smakuje, wybrać się gdzie chcę. Nigdy nie jestem bez ciebie. Nie mam dla siebie przestrzeni, nawet chwili do namysłu. Wpychasz mi swoje plany i myśli. Do czasu to wytrzymywałem, ale koniec. Marta, traktujesz mnie jak niepełnosprawnego, sama decydujesz za mnie wszystko.
pozwala się sobą opiekować
Boże, Jerzy, a ona nie taka? zapytała przez łzy.
Nie, ona pozwala się o siebie troszczyć, pozwala mi być mężczyzną. Widzisz to?
Marta nigdy takiego Jerzego nie widziała. Zdawał się ożyć, rozbłysnąć… Zrozumiała, że mąż naprawdę się zakochał. Jakby młodość do niego wróciła.
Ale tak nie powinno być myślała, w tym wieku, to przecież wstyd. Co on sobie wyobraża? a na głos: Jerzy, przez chwilowy kaprys rozwalasz rodzinę! Co inni powiedzą? Pomyśl, przecież wszyscy myślą, że mamy idealne małżeństwo.
Jacy inni, Marta? Gdzie ta idealność?
Nagle dotarło do Marty, że mąż wszczął bunt, przewrót. Ona nic na to nie może poradzić. Nawet zapłakała, choć nigdy jej się to nie zdarzało.
Ty płaczesz, Marta? zdziwił się.
Objęła go. Jerzy był bezlitosny. Delikatnie zdjął jej ręce, wycofał się do pokoju, spakował rzeczy do walizki, wyszedł. Zostawił Martę w pustce.
Czy myślałam, że los wykona taki skręt, że z żony i pani domu zostanę samotna, a przed nami starość? Na stare lata… samotność.
Zadzwoniła do Grażyny. Ta szybko przybiegła, przytulała, pocieszała.
Marta, nie przesadzaj, przecież to nie koniec świata. Przypominasz, jak mi radziłaś kursy, jogę, rozwój… a nic mi się z tego nie przydało! Wiktor wrócił, jego wybryk był niczym, kocha mnie, innej nie znajdzie. Może i twój Jerzy wróci chociaż wiedziała, że Jerzy to nie Wiktor.
Nie, Grażyna, on nie wróci. Powiedział mi rzeczy, których nie zapomnę. Jerzego trzeba znać.
Została sama. Długo siedziała, gapiąc się w parkiet, nie wiedziała, co robić, kim się zająć, komu wydawać polecenia. Będzie musiała nauczyć się samotności. A jednak… kto wie, jak dalej popłynie rzeka losu. Może przypłynie kiedyś do nowego brzegu?


