Kroniki codzienności

**Dziennik**

Po śmierci ojca Weronika z mężem postanowili sprzedać dom na wsi. Weronika spodziewała się dziecka, a pieniądze były potrzebne na większe mieszkanie w mieście.

Był ciepły wrzesień. Weronika patrzyła na wieś i nie poznawała jej. W ciągu roku pojawiły się wysokie płoty, a na miejscu starych ruder nowe domy z kolorowymi dachami. Tylko ich dom pozostał taki sam.

Marek zatrzymał **Opla** przed gankiem. Weronika wysiadła i przeciągnęła się. Cisza, a od świeżego powietrza zakręciło jej się w głowie. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Dom wydał się jej jakby mniejszy, przyciasny.

Nikt tu nie mieszkał od roku. Po śmierci mamy ojciec przyjeżdżał sam. Działka była duża, ale nic nie sadził, chodził tylko do lasu, na ryby. Nawet rok temu, już mocno chory, ciągnął tu. Mówił, że tu lepiej się oddycha, że powietrze leczy.

Na początku maja przywieźli go. Dopiero w domu Weronika zrozumiała, jak bardzo się postarzał. Nie mógł tu zostać sam. Namówiła go, by wrócili razem do miasta. Miesiąc później położył się do łóżka, a pod koniec września odszedł.

Oni z Markiem byli mieszczuchami, nie przyjeżdżaliby tu często. Za daleko od miasta, a urlopy zwykle spędzali nad morzem. Bez opieki dom zacząłby niszczeć. Już teraz wyglądał na opuszczony. Postanowili więc sprzedać, póki jeszcze był solidny. Jeśli z czasem zatęsknią za ciszą i wiejskim powietrzem, kupią coś bliżej.

Łzy napłynęły Weronice do oczu. Dom odziedziczyła po dziadkach. Najpierw umarła mama, potem w krótkim czasie babcia i dziadek, a w ubiegłym roku ojciec.

Stanęła przed portretem młodej dziewczyny na ścianie. Marek wnosił torbę z rzeczami, podszedł do niej i objął z tyłu.

— Nie widziałem u ciebie takiego zdjęcia. Ile masz na nim lat? — spytał, wpatrując się w fotografię.

— To nie ja, to mama. Chyba miała tu szesnaście albo siedemnaście, jeszcze w szkole.

— Jesteś do niej bardzo podobna. Myślałem, że to ty. — Zerknął jej w twarz. — Daj wiadro, pójdę po wodę, a ty zagotujesz ją na herbatę.

Weronika pociągnęła nosem i poszła do kuchni. Wróciła z blaszanym wiadrem.

— Stało do góry dnem. Wypłucz je. Studnia dwa domy dalej — powiedziała, podając wiadro mężowi.

— Pamiętam. — Marek wyszedł, skrzypiąc pustym wiadrem.

Weronika wróciła do kuchni, włączyła kuchenkę, ale ta nie zapaliła się. *„Wyłączone korki”* — przypomniała sobie. Były na półce pod licznikiem w pokoju. Wkręciła je, dotknęła dłonią — metalowy krążek zaczynał się nagrzewać.

Rozejrzała się. Nic stąd nie zabierze, może tylko zdjęcie mamy. Trzeba pójść do sąsiadów, może ktoś będzie chciał te rzeczy.

Po herbacie Weronika odwiedziła sąsiadkę. Nie dzieliły ich wysokie płoty.

— Będziecie sprzedawać? — spytała ciocia Grażyna.

— Tak. — Weronika skinęła głową.

— Wpadnę, przejrzę, choć swoich gratów mam dość. Powiedzieć innym?

— Oczywiście. — Weronika się ucieszyła.

Wróciła do domu. Marek wybierał, co można spalić. I tak trzeba rozpalić w piecu. W domu było wilgotno. Marek zajął się piecem, a Weronika weszła na strych po skrzypiących schodach.

— Może jednak ja? — zapytał mąż, odrywając się od papierów na stole.

— Nie, ja sama.

Kiedyś bała się wchodzić na strych. W nocy słyszała kroki nad głową. Jakby ktoś tam chodził. Ojciec twierdził, że to koty albo dom skrzypi, stygnąc po upale. Ale Weronika i tak nakrywała się kołdrą po czubek głowy.

Słońce wpadało przez małe kwadratowe okienko. Pyłki tańczyły w jego promieniach jak żywe.

— I nic tu strasznego — powiedziała głośno Weronika.

Od jej głosu cienie w kątach jakby się skuliWeronika zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i zrozumiała, że przeszłość powinna pozostać tam, gdzie jest — w starym domu, który już nie był ich domem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − pięć =

Kroniki codzienności