Krok do szczęścia

Jeden krok od szczęścia

Małgorzata od dzieciństwa była śliczna. Niewysoka, jasnowłosa, z figurą jak marzenie i twarzą anioła. Po ukończeniu studiów została pracować w Warszawie. Tylko życie osobiste jakoś nie układało się po jej myśli. Braku męskiej uwagi nie odczuwała, ale nikt nie kwapił się, by ją zaślubić. A tu już trzydziestka za pasem.

Z początku żartowała, że czasu ma dość, jeszcze zdąży. Ale z czasem zaczęła się smucić. Czas, jak wiadomo, bywa zdradliwy.

— Może ktoś cię urzekł? Przypomnij sobie, komu drogę zajęłaś? — pytała w zeszły Nowy Rok przyjaciółka matki.

— Nikomu drogi nie zajmowałam, cudzego nie brałam, rodziny nie rozbijałam — odparła stanowczo Małgorzata.

— Więc musiał ci ktoś zazdrościć — oznajmiła z przekonaniem ciocia Halina, serdeczna przyjaciółka matki.

Małgorzata nie sprzeczała się z tym stwierdzeniem. Zdarzało się, że zazdrościli jej nawet koledzy z klasy. Chłopcy kręcili się koło niej jak muchy. Uczyła się dobrze, ale miłość odkładała na później.

Matka wychowywała ją sama. Nie żyły w biedzie, ale też nie opływały w luksusy. Mama świetnie robiła na drutach. Delikatnych, ażurowych, ciepłych, puszystych, modnych i kolorowych sweterków Małgorzata miała bez liku. Matka dziergała też na sprzedaż.

— Daj spokój, Halina. Co ty wygadujesz? Zalotników ma od groma. Jest w czym wybierać. Tylko nie trzeba się spieszyć — broniła córki matka.

— Właśnie, że zalotnicy. A powinien być mąż, w ostateczności porządny kochanek — nie ustępowała ciocia Halina.

— A jaka różnica? — spytała zirytowana mama.

Nie chciała nawet myśleć, że jej rozsądna córka zostanie czyjąś kochanką.

— Żadna, poza pieczątką w dowodzie, co dla dziecka jest ważne. Czasem kochanek lepszy od męża… — I ciocia Halina po raz setny zaczęła opowiadać, jak znalazła kochanka, który kupił jej mieszkanie i sfinansował synowi edukację… A jej nieudacznika i pijaka męża wyrzuciła za drzwi.

Wtedy Małgorzata postanowiła, że więcej nie pojedzie do matki na Sylwestra. Miała dość tych rozmów, wolała zostać sama. Tymczasem Nowy Rok zbliżał się nieubłaganie.

Szła, patrząc pod nogi, by się nie poślizgnąć. Zeszła nieco na bok, ustępując miejsca kobiecie z wózkiem.

— Małgorzata! — krzyknęła nagle nieznajoma i zatrzymała się. — Nie poznajesz? Jesteśmy z jednej klasy — powiedziała radośnie.

— Krysia… — Małgorzata wymusiła uśmiech. — Nie poznałam cię. Mieszkasz teraz w Warszawie? Dawno?

— Już trzy lata. Co za spotkanie! Słyszałam, że ty… — Krysia wyraźnie szykowała się do długich pytań.

— Twoje? — przerwała Małgorzata, chcąc uniknąć rozmowy. — Mogę zobaczyć?

— Oczywiście. To moja córeczka — w głosie Krysi zabrzmiała duma, a wzrok zmiękł.

Małgorzata pochyliła się nad wózkiem i zajrzała pod daszek. Wśród białej chmury koronek, w różowej włóczkowej czapeczce sięgającej po oczy, spało małe cudo. Długie rzęsy opadały na pulchne policzki, a usta ułożyły się w kokardkę. Z wózka powiało na Małgorzatę mlekiem, słodkim, sennym ciepłem i wełną.

— Śliczna. Podobna do taty? — spytała.

— Tak. Jak się urodziła… — zaczęła z przejęciem opowiadać Krysia.

— Przepraszam, śpieszę się. Może jeszcze się spotkamy — powiedziała Małgorzata i oddaliła się szybko.

Nastrój jej się zepsuł. „I musiała mnie spotkać w tym ogromnym mieście. W szkole była szarą myszką, niepozorną i niewidoczną. A proszę, wyszła za mąż, mieszka w Warszawie, ma córeczkę. A szczęście aż tryska z jej oczu. Gdzie się podziało moje? Lata lecą, a ja wciąż sama…” — myślała Małgorzata.

Zamyślona, nie zauważyła, kiedy doszła do domu. Choinkę ubierała tydzień wcześniej. Pierwsze dni cieszyła się jej widokiem, teraz tylko ją denerwowała. Przypominała, że święta tuż-tuż, a spędzi je sama.

Ledwo zdążyła się przebrać i postawić czajnik na kuchence, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Dzwonił Krzysztof.

— Już w domu, kotku? Zaraz będę — powiedział.

Małgorzata miała ochotę odpowiedzieć, że wyszła do koleżanki, żeby nie przyjeżdżał. Pierwsze namiętne uczucie dawno minęło, została tylko przyzwyczajenie. Rozwiódł się dawno, i nie ona była powodem, ale z żoną dalej mieszkali w jednym mieszkaniu — dla dobra córki, jak tłumaczył Krzysztof.

Westchnęła, odparła, że jest w domu, i poszła do kuchni przygotować kolację. Krzysztof przyjechał pół godziny później z prezentem w ręce.

— Masz, kotkuI tak, kiedy mijała kolejna zima, Małgorzata trzymała na rękach nie tylko synka, ale i maleńką córeczkę, patrząc z uśmiechem na swego męża, który właśnie wracał do domu z naręczem róż i bułką świeżego chleba.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia + 2 =

Krok do szczęścia