Krewni ze wsi przyjechali na tydzień w piątkę do naszej kawalerki. Przywitałam ich cała w zielonych kropkach – „jakby ospa wietrzna”

Krewni ze wsi przyjechali w odwiedziny na tydzień, pięcioro, do naszej kawalerki. Przywitałam ich cała w zielone kropki coś jak ospa wietrzna.

Moja sobota zaczęła się nie od kawy, a od dzwonka telefonu. Na ekranie wyświetliło się niepokojące: Ciocia Wiesia.

Martynko, szykuj się! ciocia była tak pełna energii, że budzik mógłby się przy niej schować. Już jedziemy, jutro rano będziemy u was! Chcieliśmy zrobić niespodziankę: zobaczyć stolicę i wpaść do was. Przecież jesteśmy rodziną!

Usiadłam na łóżku, próbując zrozumieć, co usłyszałam. Najbardziej niepokoiło mnie słowo my.

A kto konkretnie my, ciociu? dopytałam ostrożnie, jednocześnie kopiąc męża pod kołdrą, żeby się natychmiast obudził.
A jakże, kto? Ja, wujek Andrzej, Sylwia z mężem i nasz wnuczek. Nie martw się, nie mamy wymagań, tylko przenocować, a cały dzień będziemy zwiedzać!

Pięć osób. Plus my z mężem. W naszej trzydziestotrzymetrowej kawalerce, gdzie miejscem do wolnego stania jest co najwyżej wycieraczka w przedpokoju i wąski przesmyk między kanapą a telewizorem.

Zakończyłam rozmowę w milczeniu i spojrzałam na męża. W jego oczach widać było czysty, niczym niezmącony strach i ukrytą nadzieję na wyjazd z kraju albo chociaż na siedmiodniowe wyjście po bułki.

Cicha wędrówka ludów
Przypomniałam sobie ich zeszłą wizytę sprzed trzech lat. Wtedy były tylko trzy osoby, a tamten tydzień nadal nawiedza mnie w snach. Wujek Andrzej palił na balkonie, strzepując popiół prosto w moje kwiaty z tekstem: To przecież nawozisz. Ciocia Wiesia uczyła gotować rosół, trzymając się tuż obok na mojej malutkiej kuchni: Zobacz, jak się sieka. My z mężem spaliśmy na dmuchanym materacu, który do rana opadał, więc budziliśmy się na podłodze, gdy tymczasem gościom pozostawała nasza kanapa.

A teraz ich pięcioro. Sylwia z mężem to wulkany energii, a ich synek Dawidek siedmioletnie tornado, dla którego nie wolno brzmi jak wyzwanie.

Musimy im odmówić powiedział stanowczo mąż, gapiąc się w sufit.
I jak? westchnęłam. Są już w pociągu. Powiedzieć wracajcie? Znasz ciocię Wiesię zacznie wykłady o rodzinie, opowie jak mnie na rękach nosiła, powie że Warszawa nam w głowach przewróciła. Później cała wieś będzie komentować, że rodzinę do domu nie wpuściłam, a mama będzie piła melisę ze wstydu.

Szlif dyplomacji
Siedzieliśmy w kuchni, pijąc kawę i rozważając kolejne, coraz gorsze rozwiązania. Wynająć im pokoje? Po remoncie samochodu w portfelu zostały głównie drobne. Uciec do znajomych? Kapitulacja, poza tym kto nas przenocuje na tydzień? Nie otwierać drzwi? Walenie gwarantowane, a potem będą wzywać administrację budynku.

I wtedy mnie olśniło. Potrzeba powodu, przed którym nie da się dyskutować. Czegoś, co skłoni ich do odwrotu.

Ospa wietrzna szepnęłam.
Co? nie zrozumiał mąż.
Ospa wietrzna. Kwarantanna! Dla dorosłych ryzyko: wysoka gorączka, powikłania, blizny.

Mąż się zawahał:
A jeśli już chorowali?
Ciocia Wiesia i wujek Andrzej na pewno nie, mama kiedyś mówiła. Sylwia nie wiem, ale z dzieckiem nie zaryzykują.

Zielona charakteryzacja
Do przyjazdu pociągu zostały cztery godziny, więc zaczęliśmy przygotowania. Wyciągnęłam starą buteleczkę z jodyną.

Smaruj porządnie instruowałam, wystawiając twarz. Czoło, policzki, szyja, ręce. Im gorzej, tym lepiej.

Mąż z trudem powstrzymywał śmiech, robiąc grube, zielone kropki. W lustrze patrzyło na mnie jakieś stworkowate coś z bajki dla dzieci. Dla pełnego efektu narzuciłam rozciągnięty szlafrok, owinęłam szyję szalikiem i potargałam włosy.

A ja co? zapytał mąż.
Ty jesteś osoba z kontaktu. Potencjalny roznosiciel. Jeszcze gorzej.

Przećwiczyliśmy wersję: ja zachorowałam dzień wcześniej, gorączka pod czterdzieści, był lekarz, ogłosił ścisłą kwarantannę i postraszył zjadliwym wirusem.

A może na herbatkę?
Dzwonek do drzwi wybrzmiał co do minuty. Za drzwiami targały się siatki, rozlegały głosy, Dawidek marudził. Udając wykończonego łabędzia, mąż uchylił drzwi, zastawiając przejście.

Szwagrze! Co nie wyszliście nas powitać?! wujek Andrzej już próbował się przepchać.
Stop! W żadnym wypadku! mąż ryknął. Mamy problem.

Wtedy wyszłam ja: szurając kapciami, trzymając się ściany, ciężko dysząc.

Dzień dobry zachrypiałam. Przepraszam. Mam ospę wietrzną, ciężki przebieg. Lekarz ostrzegał zaraźliwe nawet przez wentylację.

Na korytarzu momentalnie zapanowała grobowa cisza. Pięć osób wlepiało oczy w moje plamy.

Ospa?! Sylwia automatycznie odsunęła syna. W wieku trzydziestu lat?!

Brak odporności jęknęłam. Wysoka temperatura powikłania

Widocznie walka w głowie cioci Wiesi chęć na darmowe lokum kontra lęk o zdrowie była bardzo burzliwa.

Andrzej, miałeś ospę?
Nie pamiętam chyba nie wujek cofał się już w stronę windy.
Ja też nie miałam! spanikowała Sylwia. Mamo, idziemy do hotelu!

A mąż? ciocia Wiesia patrzyła podejrzliwie na mojego.
Pewnie zaraz zachoruję mruknął mąż. Śpimy razem, to kwestia czasu.

To wystarczyło. Wizja dzielenia kawalerki z niebezpiecznie chorymi wystarczająco otrzeźwiła gości.

Zdrowiejcie burknął wujek Andrzej, wciskając windę. Podarki zabierzemy, w hotelu się przydadzą.

Winda odjechała, razem z ich torbami, słoikami i naszym problemem.

Jak ręką odjął
Zamknęliśmy drzwi a mąż osunął się ze śmiechu na podłogę. Spojrzałam na siebie w lustrze i również wybuchłam śmiechem.

Hotel znaleźli szybko. Pieniądze, jak się okazało, mieli tylko po co wydawać swoje, gdy można mieszkać u kogoś?

Za kilka dni dzwoni mama:
Martyna, czemu nic nie mówiłaś? Ciocia Wiesia twierdzi, że cała jesteś zielona i umierasz!
Już wracam do zdrowia, mamo odpowiedziałam radośnie. Medycyna czyni cuda.

Prawdy im nie powiedziałam. Niech wolą myśleć, że mam słabą odporność, niż zły charakter.

Jodynę zmyłam, a weekend spędziliśmy z mężem w ciszy, zamawiając pizzę i rozkoszując się każdym centymetrem naszej maleńkiej, ale jakże wolnej kawalerki.

Życie nauczyło mnie jednego: czasem trzeba być kreatywnym, żeby zachować własny spokój ale nie warto brać na siebie więcej niż daje się udźwignąć, nawet wobec najbliższych.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery − cztery =

Krewni ze wsi przyjechali na tydzień w piątkę do naszej kawalerki. Przywitałam ich cała w zielonych kropkach – „jakby ospa wietrzna”