Cena jednej skrytki: jak Wiesław prawie stracił żonę
Ewa wyszła na podwórko rozwiesić wyprane pranie. Dzień był piękny, słońce prażyło jak latem, wszystko schnęło w mgnieniu oka. Jak zwykle zerknęła przez płot na posesję sąsiadów. Tam, nerwowo przeszukując każdy kąt, krzątał się Wiesław. Widać było, jak zagląda pod ganek, grzebie w szopie, sprawdza pod ławką.
— Wiesiu, co tak zgubiłeś? Wczorajszy dzień? — zażartowała z uśmiechem Ewa.
Ale mężczyzna nawet się nie odwrócił, tylko machnął ręką i zniknął w domu. Ewa wzruszyła ramionami i już miała wrócić, gdy drzwi nagle się otworzyły i do środka wpadła zapłakana Halina — żona Wiesława.
— Halinko, co się stało?! — zaniepokoiła się Ewa.
— Jak on mógł? — powtarzała sąsiadka, nie mogąc powstrzymać łez. — Jak w ogóle mógł coś takiego pomyśleć?!
Ewa bezradnie pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu, nie rozumiejąc sytuacji. Przecież u tej pary zawsze panowała sielanka — żadnych awantur, żadnych pretensji, tylko kwitnące rabaty i zapach domowego ciasta dochodzący z okna.
Halina z Wiesławem mieszkali w domu jednorodzinnym na przedmieściach Kielc. Dom wyglądał jak z pocztówki — latem tonął w kwiatach, zimą miał starannie odśnieżone ścieżki. Córka była już zamężna, syn Wojtek kończył technikum. Wiesław pracował jako inżynier, Halina była szwaczką w lokalnej fabryce. Sąsiedzi — Ewa i Andrzej — od lat się z nimi przyjaźnili, świętowali razem przy jednym stole i pomagali sobie nawzajem.
Wiesław miał jednak jedną dziwną cechę: uwielbiał robić skrytki. Chował pieniądze w różnych miejscach — w szopie, pod klombem, nawet pod deską w altance. Nie dlatego, że je ukrywał, po prostu czuł się wtedy spokojniejszy. Potem jednak zapominał, gdzie je schował, i zaczynał poszukiwania.
Halina o tym wiedziała. Kiedyś, w młodości, się denerwowała, ale w końcu machnęła ręką — nie da się go przecież przerobić. Nigdy nie brała jego pieniędzy, nawet jeśli przypadkiem je znalazła. Dwadzieścia sześć lat małżeństwa nauczyło ją cierpliwości.
Tego ranka Ewa znów zobaczyła Wiesława, jak biegał po podwórku w poszukiwaniu swojej kolejnej „skarbonki”. Roześmiała się i zażartowała:
— Znowu zgubiłeś swoją skrytkę, głuptasie?
Ale pół godziny później do jej domu wpadła Halina, z zaczerwienionymi oczami i łzami na policzkach. Ewa posadziła sąsiadkę, nalała herbaty i podała ciastka.
— Wyobraź sobie — wyszeptała Halina, wciąż łkając — on oskarżył mnie, że ukradłam mu pieniądze! Powiedział: „Ty je znalazłaś, zabrałaś i milczysz!”. To Wiesiek! Ten sam, który zawsze mówił: „Ty jesteś dla mnie świętością”. A teraz jestem złodziejką?! Przecież nigdy nie tknęłam jego skrytek, chociaż sto razy na nie trafiłam!
Ewa aż się wzdrygnęła. Po Wiesławie nie spodziewała się czegoś takiego. Halina była cichą, troskliwą, najłagodniejszą kobietą. Jej obrazić — to jak splunąć na ołtarz.
— Halinko, nie przejmuj się. On sam sobie przypomni, znajdzie tę swoją „skrytkę” i będzie błagał o przebaczenie na kolanach.
— A ja nie chcę! Za tydzień mam urlop — jadę do mamy na wieś. I nie wracam! Niech sobie żyje — ze swoimi pieniędzmi!
Tymczasem Wiesław biegał po osiedlu, szukając nie tylko pieniędzy, ale i żony. Wpadł do sklepu, gdzie pracowała Grażyna, przyjaciółka Haliny.
— Grażynka, Halina tu nie była?
— Nie, nie widziałam — odpowiedziała. — Co, zgubiłeś żonę? Wróci. Ona nie jest z tych, co uciekają.
Wiesław ruszył w stronę domu, ale po drodze natknął się na syna. Wojtek szedł z Olą — swoją dziewczyną. W rękach trzymała bukiet czerwonych róż.
— Ola, urodziny? — zapytał Wiesław, przypominając sobie, że syn niedawno prosił o pieniądze na prezent.
— Tak, dziewiętnastka! A wieczorem idziemy z przyjaciółmi do kawiarni — odpowiedziała radośnie dziewczyna.
Wiesław się uśmiechnął, ale w środku coś go ścisnęło. Przecież nie dał synowi ani grosza — był tego pewien. Skąd więc kwiaty?
Zadzwonił do Wojtka:
— Synu, skąd wziąłeś pieniądze na prezent?
— Tato, wczoraj przypadkiem znalazłem na werandzie — pod pudełkiem. Szukałem plecaka, a tam była koperta. Zrozumiałem, że to twoja skrytka. Chciałem ci później powiedzieć…
Wiesław zamilkł. Ze wstydu i ulgi aż ścisnął telefon:
— No cóż, synu… tylko nie rób Oli przykrości.
Teraz najważniejsze było znaleźć Halinę i przeprosić.
Poszedł do sąsiadów. Andrzej naprawiał furtkę, zobaczył Wiesława i roześmiał się:
— Narobiłeś, bracie, niemało burzy. Halina jest u nas, Ewa ją pociesza. Że też ci język nie obrócił się, by żonie powiedzieć, że ci okrada! Masz szczęście, że nie spakowała jeszcze walizek.
— Wiem… — mruknął zawstydzony Wiesław. — No dobra, idę się przeprosić. A swoją drogą, moja skrytka poszła u Wojtka na kwiaty dla dziewczyny.
— Dobry chłopak! — zawołała z ganku Ewa. — A ty teraz pomyśl, czym Halinę udobruchasz!
Wiesław się zamyślił, pobiegł do domu, zebrał wszystkie swoje „tajne” koperty, wsiadł do samochodu i odjechał. Po godzinie wrócił — z małą czarną torebką.
Podszedł do Haliny:
— Wybacz, głupi byłem. Nie wiem, jak mogłem tak pomyśleć. Wracaj, proszę.
Halina spojrzała spode łba, ale widać było, że jej serce już zmiękło.
— Nie wrócę… — powiedziała uparcie, ale już bez łez.
— Przyniosłem ci coś. Pamiętasz, jak w jubilerze patrzyłaś na łańcuszek z wisorkiem? Widziałem, że ci się podobał.
Podał pudełeczko. Halina drżącymi rękami je otworzyła — w środku był delikatny, złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie jej znaku zodiaku.
— Och, Wiesiu… — szWiesław uśmiechnął się, widząc, jak Halina poprawia łańcuszek na szyi, i pomyślał, że żadna skrytka nie jest warta jej łez.



