Kontratatak

– Natalio, kim jest ta kobieta? – zapytał cicho Igor, tak by nie usłyszeli ich towarzysze podróży.
– Jaka kobieta? – Natalia oderwała wzrok od telefonu, gdzie pisała wiadomość do przyjaciółki.
– Tamta… Widzisz, siedzi przy ostatnim oknie i cały czas na nas patrzy. Śmiało bym powiedział, że bezwstydnie się gapi.
Natalia lekko się uniosła, by zobaczyć osobę, o której mówił mąż i od razu zmieniła wyraz twarzy. Potem otrząsnęła się, udając pełną obojętność, wzruszając ramionami dla pewności:
– Nie wiem.

– Nie kłam, – zdenerwował się Igor, – widziałem, jak cię zatkało, kiedy ją zobaczyłaś. Kim ona jest?
– To moja matka, – odpowiedziała Natalia po krótkiej przerwie. W ułamku sekundy zdecydowała, że lepiej będzie powiedzieć prawdę. Na wszelki wypadek.
– Matka? – zdumiał się Igor, – mówiłaś, że nie masz matki.
– I tak jest…
– Nie rozumiem, – Igor ciekawie spoglądał na twarz żony, – możesz mi to wyjaśnić?
– Porozmawiajmy w domu…

– I co, nawet do niej nie podejdziesz? Mieszka tu? W naszym mieście?
– Igor, proszę cię, porozmawiajmy w domu, – głos Natalii zabrzmiał błagalnie, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Dobrze, – rzucił mąż i odwrócił się do okna. Zraniło go to.
Natalia nie próbowała go uspokoić. Cieszyła się, że na chwilę zostawił ją w spokoju.
Choć jaki tu spokój? W myślach odżyły obrazy z dzieciństwa…
***
Ojcaz Katarzyna (Natalia) nie pamiętała. Wiedziała jedynie z opowieści matki, że był „okropnym” człowiekiem.

Mama mówiła również, że Katarzynie bardzo się poszczęściło, ponieważ w jej życiu był ktoś cudowny. To był ojczym, którego Katarzyna pamiętała dobrze od ósmego roku życia. Jednak nie rozumiała, co było w nim takiego niezwykłego.
Był nieprzyjemny, zły, skąpy. „Dlaczego mama tak go kocha?” – myślała mała Katarzyna, kuląc się gdzieś w kącie, by wujek Piotr jej nie znalazł.
Nie bił jej nigdy, otwarcie nie obrażał.
Jednak nie traktował jej też jak człowieka. Nigdy nie nazwał jej po imieniu. Traktował jak powietrze.

Gdy rozmawiał z matką o Katarzynie, brzmiało to mniej więcej tak:
– Dziewczynka nie potrafi się zachować…
– Twoja córka przeszkadza mi odpoczywać…
– Wytłumacz jej, że jeszcze za wcześnie na randki z chłopcami.
– Widziałaś jej dziennik? Spójrz! Wstyd mi, że ona mieszka w moim domu!
„W jego domu! A co, nasza z mamą mieszkanie się nie liczy?!” – myślała Katarzyna jako nastolatka. Pamiętała doskonale, że przeprowadzili się do tego mieszkania po śmierci babci.
Pewnego razu, kiedy ojczym wypowiedział to zdanie po raz tysięczny, Katarzyna nie wytrzymała i postanowiła powiedzieć mu prosto w oczy:
– To nie ja, lecz wy mieszkacie w naszym domu! Jeśli nie podoba się wam, odejdźcie! Nikt nie będzie płakał!

Ojczym szybko podszedł do niej, jakby chciał jej zamknąć usta, ale w ostatnim momencie się zatrzymał. Zwrócił się szybkim ruchem do żony i zniżył głos przez zęby:
– Spraw, bym jej już więcej nie widział!
Mama złapała Katarzynę za rękę i wyciągnęła z pokoju, mówiąc:
– Oczywiście, kochanie, wszystko będzie, jak chcesz…
Zawsze patrzyła na niego jak na bóstwo. Była mu całkowicie poddana, obsługiwała go, mówiła przesadnie łagodnym tonem i starała się wszelkimi sposobami go zadowolić.
Dlaczego? Katarzyna tego nie rozumiała.
Była pewna jednego: gdyby ojczym tego chciał, mama bez problemu wyrzuciłaby jej z domu.
– Co ty sobie wyobrażasz? – syczała mama na Katarzynę tego dnia, – nie waż się tak rozmawiać z ojcem!

– On nie jest moim ojcem! – krzyknęła Katarzyna, – i nigdy nim nie będzie!
– To nie ma znaczenia! On karmi cię, poi, ubiera, a ty… Niewdzięcznico!
– Nie prosiłam, żeby mnie rodzić! – krzyczała przez łzy Katarzyna, – i nie prosiłam, żeby mnie wychowywać! Powinnnaś oddać mnie komuś, żeby się nie męczyć!
– Powinnam była! – odpowiedziała mama, – nikt nie chciał! A twój ojciec uciekł, kiedy tylko się urodziłaś! Zrujnowałaś mi życie!
Usłyszawszy te słowa od mamatu, Katarzyna poczuła taką nienawiść, że z całą siłą odepchnęła ją na bok i wybiegła z mieszkania.
Nikt jej nie gonił. I przez ten tydzień, gdy jej nie było, nikt się nią nie interesował ani nie zastanawiał się, gdzie jest i co się z nią dzieje.
Katarzyna miała wtedy piętnaście lat…
Co mogła zrobić? Nic.
Przyjaciółki po kolei dawały jej schronienie na kilka dni, ale to nie rozwiązało problemu. Musiała wrócić.
Drżącymi rękami Katarzyna otworzyła drzwi wejściowe…
– Wracasz? – to wszystko, co powiedziała mama, – idź do siebie i nie pokazuj się, dopóki cię nie zawołam…

„Wygląda na to, że ją przekonała” – pomyślała Katarzyna i szybko weszła do swojego pokoju.
Od tego dnia ojczym więcej nie mówił o Katarzynie. Zachowywał się, jakby jej nie było…
Mama, rzecz jasna, wspierała go w tym: nie zapraszała córki do stołu, nie interesowała się jej sprawami, nie próbowała z nią rozmawiać.
Katarzyna dokładnie rozumiała: co do niej, już podjęli jakąś decyzję. Widocznie czekali tylko, aż ukończy szkołę…

I nie pomyliła się. Zaraz po otrzymaniu dyplomu, mama dała jej do zrozumienia, że nadszedł czas, by przygotowywała się do samodzielnego życia.
– Gdy skończysz 18 lat, pójdziesz na swoje, – oznajmiła i znów zamilkła.
Katarzyna przemyślała i postanowiła zdawać na studia. Po pierwsze, uwolni rodzinę od swojej obecności, po drugie – tam przyznają akademik dla studentów spoza miasta. A to oznacza, że przez te pięć najbliższych lat będzie miała gdzie mieszkać…
Na uczelnie Katarzyna się nie dostała. Właściwie, dostała się, ale na płatne studia. Wiedziała, że nikt nie wyłoży pieniędzy na jej naukę, ale i tak powiedziała:
– Mamo, gratuluj mi, zostałam studentką.
Matka patrzyła na nią obojętnie:
– I?
– Tyle że za naukę trzeba płacić… Niewiele…
– Nawet o tym nie myśl. Nie dostaniesz ani grosza na swoje fanaberie! Za mało my z ojcem w ciebie zainwestowaliśmy?! Ty nam w zamian tylko nerwy nadszarpywałaś! A teraz mielibyśmy jeszcze twoją naukę opłacać?!
– Przepraszam. Oczywiście, nie musicie, – odpowiedziała Katarzyna, – niepotrzebnie ci o tym mówiłam.
– Właśnie. Zajmij się szukaniem mieszkania.
– Mamo, ale nie mam za co opłacić…

– Idź do pracy, a nie – zachciała jej się nauka. Daję ci jeszcze miesiąc… Potem – na bruk.
– Miesiąca za mało, – Katia spróbowała wzbudzić litość u mamy, – czy mogę z wami jeszcze zostać przynajmniej pół roku?
– Ile? Pół roku? Nie, na pewno nie. Ledwo przekonałam ojca, by zniósł twoją obecność. Poza tym planujemy remont. Chcemy z twojego pokoju zrobić sypialnię. Krótko mówiąc: miesiąc, nie więcej…

I Katarzyna wynajęła mieszkanie. Mieszkaniem można by to nazwać z przymusem. Mała izba w prywatnym sektorze. Bez wygód. Z piecem. Ale – tanie…
Kiedy dziewczyna opuszczała dom, matka dała jej ze sobą widelec, łyżkę, talerz, kubek, nóż stołowy i mały garnuszek. Potem dodała: jeden ręcznik i stary zestaw pościeli.
– Weź jeszcze to, – powiedziała, unikając jej spojrzenia i podając Katarzynie małą paczuszkę, – powodzenia ci, córko. Mam nadzieję, że dorośniesz i zrozumiesz mnie.
– Dziękuję, mamo, – odpowiedziała Katarzyna, – mogę później zabrać zimowe rzeczy?
– Ale nie zwlekaj za długo, bo możesz ich tutaj nie znaleźć…
– Rzucisz je?
– Ja nie, ale ojcu to może być nie w smak. Rozumiesz…
– Rozumiem, – Katarzyna przytuliła matkę, – no dobrze, idę…
Tak więc, w wieku osiemnastu lat Katia rozpoczęła samodzielne życie.
Z matczynym błogosławieństwem…

Pieniądze, które mama jej dała, wystarczyły do pierwszej wypłaty. Prawda, Katia oszczędzała każdy grosz. Transportem nie jeździła: do fabryki dochodziła pieszo.
Po otrzymaniu pierwszej wypłaty, czuła się jak prawdziwa bogaczka! Kupiła zapas kasz i makaronów, butelkę oleju roślinnego i całe wiadro ziemniaków.
Trzeba było jeszcze kupić szampon, mydło, pastę do zębów…
Zakupiwszy wszystkie niezbędne rzeczy, Katia przeliczyła resztę pieniędzy i odkładając w ozdobną kopertę niewielką sumę, zdecydowała: nawet mało, ale będę oszczędzać na mieszkanie.

Do mamy pojechała gdzieś po miesiącu: zobaczyć się (nadal naiwnie wierzyła, że mama będzie się cieszyła jej widokiem) i zabrać ciepłe rzeczy: lato się skończyło, na dworze zrobiło się jesiennie chłodno.
Drzwi otworzył jej jakiś chłopak.
– Cześć, pomyliłaś drzwi? – zapytał wesoło.
– Właściwie to szłam do mamy, – zmieszała się dziewczyna.
– A… to pewnie jesteś Katia? Wejdź. Mamy nie ma, ale możesz na nią poczekać.
– Poczekam, – Katia zdecydowanie weszła do kuchni.
Chłopak próbował z nią porozmawiać, ale Katia spojrzała na niego tak, że pospiesznie się wycofał.
Przyszła mama. Niezbyt zareagowała. Na pytanie Kasi o młodym mężczyźnie odpowiedziała:
– To Olek. Syn męża z pierwszego małżeństwa.
– A dlaczego mieszka u was? Mówiłaś, że planujecie remont.
– Jest tu tylko na chwilę. Rozpozna się w mieście, znajdzie pracę i wynajmie mieszkanie.
– Rozumiem, – rzuciła Katia, – zabrałam swoje buty i kurtkę…
– Zbieraj wszystko. Nic nie zostawiaj. Już mam dość przekładania tego z miejsca na miejsce.
– Co znaczy „dość”, mamo? Nie było mnie tylko dwa miesiące.
– Nie filozofuj, – zdenerwowała się mama, – przyjechałaś – bierz wszystko.
– Nawet nie zapytasz, jak sobie radzę?

– To mnie nie interesuje, – mamę nie chciała (może chciała) rozmawiać przy Olegu.
– Cóż, nie zaskoczyłaś mnie, – Katia skierowała się do przedpokoju…
– Odprowadzić cię? – wyskoczył skądś Olek, – jak zamierzasz nieść taką ciężką torbę?
– Jakoś sobie poradzę, – rzuciła Katia i wyszła z mieszkania…
Po kilku miesiącach wróciła ponownie. Tym razem po puchowy płaszcz. I znowu drzwi otworzył Olek. Tym razem mama była w domu. Na pytanie Kasi:
– Nadal jest u was? – matka wybuchła:
– To nie twoja sprawa! Będzie tu mieszkał, ile chce! W końcu przyjechał do ojca!
– A ja tu mieszkałam z mamą, – powiedziała Katia, – tyle że mnie to nie uratowało.
– Nie porównuj! To co innego!
– Jakie co innego? – zapytała stanowczo Katia, – jaka jest różnica?
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć! – krzyczała mama, – to mój dom i tylko ja decyduję, kto w nim mieszka.

– Rozumiem.
– Co ci z tego zrozumienia?!
– To, że obca osoba jest ważniejsza niż rodzone dziecko, – Katia mówiła z przekonaniem i spokojem, co ostatecznie wyprowadziło matkę z równowagi.
– Nie mam żadnej córki! – wykrzyczała, – a Olek to syn mojego ukochanego mężczyzny! Jest dla mnie więcej niż syn!
– Gratuluję, – Katia patrzyła na mamę, jakby była zupełnie obcą kobietą, – w takim razie nie mam matki.
Odeszła.
Upewniona, że na zawsze.
Cztery lata Katarzyna się nie odzywała. Nie dzwoniła, nie przychodziła.
I oto teraz to spotkanie…

***
Podczas gdy Katarzyna była pogrążona we wspomnieniach, mama wstała ze swojego miejsca i podeszła do córki.
Igor wstał, ustępując jej miejsce.
– Cześć, – Katarzyna usłyszała znajomy do bólu głos, który starała się zapomnieć.
– Dzień dobry, – ledwo powiedziała w odpowiedzi.
– Kto to? – matka skinęła w stronę Igora.
– Mąż.
– Gratuluję.
– Dziękuję.

– A u nas też wszystko w porządku. Tata pracuje, Olek znalazł dziewczynę. Taka miła, spokojna. Ślub za miesiąc. Wiesz, wkrótce zostanę babcią. To takie szczęście! Postanowiliśmy z tatą przeznaczyć dla dziecka twój pokój. Już zaczęliśmy remont. Kupiliśmy najdroższe tapety z dziecięcymi wzorami. A ponadto zdecdyaliśmy się kupić działkę. Gdzieś niedaleko. Dziecku potrzebne świeże powietrze, witaminy. Szukamy czegoś nie za drogiego, ale żeby był dom mieszkalny i koniecznie rzeka obok. Lub jezioro…
Katarzyna słuchała tych słowotoków i nie mogła załapać, dlaczego ta obca, w zasadzie, kobieta to wszystko jej opowiada.
– Dawno wyszłaś za mąż?
– Dwa lata temu, – odpowiedziała automatycznie Katarzyna.
– Myślicie o dzieciach?
– Syn ma prawie rok.
– To znaczy, że mam wnuka?

– Pani? – Katarzyna wreszcie spojrzała na matkę.
– Ja mam, – na chwilę zmieszała się matka, – jesteś moją córką.
– Coś pani się myli, proszę pani. Moja mama zmarła cztery lata temu…
Matka zbladła. W milczeniu wstała i ruszyła do wyjścia.
Katarzyna odwróciła się do okna: nie było jej wcale żal… tej kobiety.
Igor przez cały czas myślał, patrząc na obie i wsłuchując się w rozmowę.
I nagle zdał sobie sprawę: były zupełnie sobie obce!

I postanowił, że nie będzie pytał żony o przeszłość. Jakoś bał się tam zaglądać…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + 3 =

Kontratatak