Koniec idealnego początku zimy: trudny dzień w brzydkiej pogodzie

Pierwszy dzień zimy zaczął się kiepsko. Marcysia musiała iść do pracy, a pogoda była okropna. Padał śnieg z deszczem, temperatura spadła do zera – ani rusz.

Kurtka nie wchodziła w grę, więc włożyła puchową kurtkę i ciepłe buty. To był jej pierwszy dzień w pracy po długiej przerwie. Latem, zachwycona swoim Olkiem, naiwnie rzuciła pracę, bo namawiał ją na to.

Ukochany kupił im wczasy nad morzem, a szef nie chciał jej zwolnić. Więc napisała wypowiedzenie… Wtedy niebo wydawało się usłane diamentami. Marcysia była pewna, że na plaży padnie oświadczyny.

Po co jej więc praca? Olek zapewni im byt, a jej grosze nie będą miały znaczenia. Marzyła o ślubie, dziecku i życiu w jego luksusowym domu. Jakże teraz żałowała tej naiwności!

Żadnych oświadczyn nie było. Wodził ją po restauracjach, podarował kilka pięknych nocy i przywiózł z powrotem. Nie od razu ją rzucił – przez pół roku wmawiał, że ich związek ma przyszłość. Wreszcie tydzień temu Marcysia spytała wprost o jego plany.

„Nie najlepsze, Marcysiu” – odparł. – „Zamierzam wrócić do byłej żony. Mamy z ojcem wspólny biznes, a on zachorował. Powiedział, że wszystko zostawi memu synowi, a żona będzie zarządzać do jego pełnoletności. Ale jeśli odbuduję rodzinę, wszystko przejdzie na mnie. Twarde warunki. Wybacz, kochanie…”

Potem posypały się słowa o miłości i smutku rozstania. Jak to on jest nieszczęśliwy, bezradny… Marcysia narzuciła jego ostatni prezent – futrzaną kurtkę – i rzuciła krótkie:

„Żegnaj!”

I zniknęła z jego życia. Nie żałowała Olka, ale straconego czasu – bardzo.

Musiała przełknąć ten smutek i wrócić do poprzedniej pracy, błagając dyrektora, by ją przyjął. Czekając pod gabinetem, słyszała przez drzwi gniewny głos szefa – pewnie kogoś opieprzał za błędy.

Gdy weszła, dyrektor (zawsze życzliwy, choć szczęśliwie żonaty) spojrzał ze współczuciem i powiedział:

„Innej bym nie przyjął. Ale panią tak. Nie na to samo stanowisko – już zajęte. Zostań moją sekretarką? Małgorzata idzie na macierzyński od pierwszego grudnia. Żadnych dodatkowych urlopów!”

Musiała się zgodzić. I oto pierwszy dzień pracy. Elegancka spódnica, biała bluzka, dyskretny makijaż. Buty na zmianę w torbie. Gdy biegła na przystanek, szef wysłał SMS:

„Proszę przyjść wcześniej. Pilne spotkanie.”

Nie zdąży – trzeba wziąć taksówkę. Właśnie wyjmowała telefon, gdy jakiś chłopak na deskorolce wpadł w nią jak burza! W taką pogodę!

Znaleźli się oboje na ziemi. Kurtka w błocie, rajstopy podarte, telefon na jezdni. Ale gorsze było to, że chłopak złapał się za nogę – nie mógł stanąć. Ktoś podał jej telefon. Przyjechało pogotowie.

„Kto pojedzie z chłopcem?” – spytał lekarz. Wszyscy nagle spuścili głowy.

Musiała jechać Marcysia. Wzięła deskorolkę, podarty plecak i wsiadła do karetki. W szpitalu, gdy chłopak był na prześwietleniu, jej telefon ożył.

Pięć nieodebranych od szefa. Dzień pracy (a już na pewno to „pilne spotkanie”) się zaczęła. Oddzwoniła – nie odebrał. Zaraz potem SMS:

„Nie stresuj się. Zmieniłem zdanie. Powodzenia w szukaniu pracy.”

Koniec kariery. Łzy napłynęły do oczu, ale się powstrzymała. Znajdzie inną pracę. Chociaż…

Nie zdążyła dokończyć myśli, gdy wyprowadzono chłopca.

„Nie panikuj, mamo. Nie tak źle. Ale to lekkomyślne, pozwalać dziecku jeździć w taką pogodę…”

„Nie jestem mamą, śpieszymy się. Dziękuję za pomoc” – odparła Marcysia i pomogła chłopcu usiąść.

Miał jakieś czternaście lat.

„Jak się czujesz? Gdzie mieszkasz?”

Podal adres, a gdy wzywała taksówkę, on wykręcił numer:

„Babciu, nie denerwuj się… Jeździłem na deskorolce i… Zaraz wracam.”

Słychać było lament w słuchawce. W taksówce, opierając się na niej, jakoś doszedł do auta.

Chłopak nazywał się Grześ, ubrany był przyzwoicie – nie wyglądał na dziecko z biednej rodziny. Dlaczego zadzwonił do babci, a nie do rodziców?

„Tata jest w delegacji” – wyjaśnił. – „Mieszkam teraz z babcią.”

Pod domem czekała już zdenerwowana kobieta. Marcysia krótko wytłumaczyła sytuację i została zaproszona na herbatę.

Nie odmówiła. Mieszkanie było czyste, zadbane. Z rozkoszą objęła dłońmi gorącą filiżankę, a babcia gderała na wnuka, że wziął tę „deskę” bez pytania.

Wymienili numery i w końcu się pożegnali.

„Zadzwonię, sprawdzę, jak się masz. Jeśli będzie trzeba pomocy – dzwoń” – powiedziała Marcysia i wyszła.

A iść właściwie nie miała dokąd. Dzień pracy się nie zaczął, kariera sekretarki również.

„No, może to i lepiej” – pomyślała i pojechała do domu.

Cały tydzień spędziła, przeglądając oferty pracy. Coś było, ale zawsze coś nie pasowało: za daleko, za małe pieniądze, wymagane dodatkowe kursy.

Pod koniec tygodnia postanowiła zadzwonić do Grzesia. Wcześniej dzwoniła kilka razy. Ale on ją uprzedził, dzwoniąc dzień wcześniej:

„Marcysiu, cześć! Tu Grześ. U mnie super, nie martw się. Tata wrócił. Wszystko gra. Zapraszam cię w sobotę na urodziny. Dasz radę?”

Najpierw się zawahała, ale pomyślała: czemu nie? Sympatyczny chłopak, miła babcia – zgodziła się. Uradowany, od razu wysłał adres – nie babci, lecz własny.

W sobotę Marcysia kupiła prezent – drogi, modny plecak – i pojechała pod wskazany adres.

Dom ją oszołomił. Nowoczesny, elegancki, z podjazdem wyłożonym żwirem. Na progu stała babcia Grzesia.

„Marcysiu, chodź!” – zawołała radośnie, a za nią uśmiechnięty Grześ.

Weszła, zdjęła kurtkę, wręczyła prezent, gdy z salonu wyszedł mężczyzna.

Wyciągnął dłoń:

„Dariusz Aleksandrowicz, ojciec tego urwisa.”

MarcysMarcysia spojrzała na niego, a w sercu poczuła ciepłą iskrę nadziei, że może ta zima wcale nie będzie taka zła.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − jeden =

Koniec idealnego początku zimy: trudny dzień w brzydkiej pogodzie