Nasze wnuki są cudowne, serio ale nie mamy już siły na bycie etatowymi dziadkami.
Wszyscy mówią, że dzieci to szczęście. No jasne, zgadzam się. Ale wiecie, szczęście szczęściem, a rachunki same się nie zapłacą, a kręgosłup sam się nie podleczy. Z mężem mamy jedną córkę, Justynę. Taka sytuacja: tuż po maturze, w wieku dziewiętnastu lat, Justyna oznajmia nam, że jest w ciąży. No i nie jednym dzieckiem, tylko bliźniakami. Zwrot akcji jak w telenoweli TVP! Potem wyszła za mąż za Sławka i miałam nadzieję, że teraz to już naprawdę wszystko się jakoś ogarnie.
Nie żebym narzekała, ale co tu dużo gadać lawina się zaczęła. Młoda mama z noworodkami, jej małżonek ledwo po technikum, a w portfelu tylko parę złotówek. Kto więc musiał być podpórką rodzinnego budżetu? No wiadomo my z mężem. Obydwoje zgarnęliśmy dodatkową robotę. Od piątej rano zakład na nogi, potem praca, potem dom, a nocami maraton usypiania bliźniąt, żeby Justynka mogła się choć trochę przespać. Nic dziwnego, że na zdrowiu mi zaczęło odbijać. Serce, kręgosłup, wszystko na raz. Lekarz już mnie witał lepiej niż własną żonę.
Minęły trzy lata tego rodzinnego survivalu. Dzieci podrosły, Justyna i Sławek wreszcie jako tako stanęli na nogi. Prawie zaczęliśmy wspominać czasy, kiedy w domu było cicho. I wtedy Justyna rzuca bombą: Mamo, będziemy mieli kolejne dziecko! Zamurowało mnie tak, że przez pięć minut gapiłam się przez okno, modląc się o cud. Już bez owijania w bawełnę, powiedziałam córce, że może to nie najlepszy moment na kolejne potomstwo, i że czasami warto udać się do ginekologa nie tylko na USG…
Ale nie, uparła się. Mamusiu, dasz radę, jakoś to będzie! Niestety, jakoś to znowu było na naszych plecach. Dochodziły nowe pieluchy do prania, nowe wydatki, a my z mężem znowu w kieracie. Sławek zarabiał już trochę więcej, ale trzema pensjami ciężko wyżywić pięcioosobową rodzinę w Warszawie, nawet jeśli chodzi się na promocje do Biedronki.
I oczywiście, pech nie śpi. Mój Kazio miał udar, a mnie serce zaczęło łupić jak starej pralki. Powiedzieliśmy Justynie jasno kończymy z robieniem za żywą skarbonkę, tym razem muszą sobie radzić sami. Powiedzieliśmy to, a potem usłyszeliśmy od córki: Mamo, znowu jestem w ciąży.
Przyrzekam, myślałam, że się przewrócę. Czułam się, jakbym była w odcinku jakiegoś polskiego serialu, którego nikt już nie chce oglądać, a i tak wszystko idzie coraz gorzej. Mam wrażenie, że Justyna i Sławek liczyli na nas do końca świata. A my już nie dajemy rady. Nie chcę, żeby ktoś nas obgadywał przy ławce pod blokiem, że niby porzuciliśmy córkę ale przecież to my przez lata byliśmy ich jedyną podporą. Prawda jest taka, że zrobiliśmy wszystko, co się dało. Teraz kolej na nich, bo nasze plecy naprawdę już więcej nie uniosą.


