Kamila nie słyszała szuru kół wózka po szpitalnym linoleum ani pośpiesznych kroków. Jej głowa lekko kołysała się w rytm ruchu. Nie widziała migających świetlówek nad sobą, nie słyszała krzyku Piotra: „Kamila! Kamila!”. Nie zauważyła, jak lekarz zagrodził mu drogę.
„Nie wolno tam panu iść. Proszę czekać tutaj.”
Piotr opadł na połączone krzesła pod drzwiami oddziału intensywnej terapii, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Nic z tego nie widziała. Płynęła w świetlistym strumieniu, pragnąc tylko jednego – by wreszcie nastał spokój.
***
Grała w krótkiej, zabawnej scence na akademickim wieczorze z okazji Dnia Kobiet. Wcieliła się w studentkę, która nieprzygotowana starała się wybrnąć z egzaminu. Sala pękała ze śmiechu, a potem biła brawo. Następnie były tańce, i Piotr zaprosił ją.
„Grałaś fantastycznie, jak prawdziwa aktorka” – powiedział szczerze, patrząc na nią z zachwytem.
„Miałam zamiast Wiktorii. W ostatniej chwili się wystraszyła i uciekła. Tak się stresowałam, że zapomniałam tekstu i improwizowałam. Trzęsłam się ze strachu.” – Jej oczy wciąż błyszczały z emocji.
„Nic nie zauważyłem. Wszystko wyglądało naturalnie. Powinnaś zmienić zawód.”
Po zabawie odprowadził ją do akademika i niezręcznie pocałował w policzek. Sam Piotr mieszkał jeszcze z rodzicami. Zaczęli się spotykać, a miesiąc później wynajęli malutki pokój u starszej pani niedaleko uczelni. Piotr stoczył ciężką walkę z rodziną, ale w końcu ustąpili i obiecali pomóc.
Sąsiadka była niedosłysząca, ale dla pewności puszczali muzykę głośniej. Kamila wspominała ten czas jako najszczęśliwszy w życiu.
„Kocham cię” – szeptał Piotr, leżąc obok niej z przyspieszonym oddechem.
„Nie, ja kocham cię mocniej” – odpowiadała, wtulając twarz w jego spoconą pierś.
„To niemożliwe! Ja jeszcze bardziej…”
Uwielbiali tę grę. Marzyli, że po studiach znajdą pracę, kupią duże mieszkanie i będą mieć dzieci – chłopca i dziewczynkę.
„Nie, najpierw dziewczynka, potem chłopiec” – korygowała Kamila.
„A później jeszcze jeden chłopiec” – dodawał Piotr, całując ją.
Wydawało im się, że nikt nigdy nie kochał tak jak oni.
Koledzy zazdrościli im, a wykładowcy uśmiechali się pobłażliwie, wspominając własną młodość. Ile takich par widzieli? Sami byli tacy, a teraz starzy, wpajając studentom podstawy medycyny.
Po dyplomie pracowali w miejskiej przychodni stomatologicznej, aż przenieśli się do prywatnej kliniki prowadzonej przez przyjaciela ojca Piotra. Dwa lata później otworzył drugi gabinet i mianował Piotra kierownikiem.
Zarabiali dobrze. Rodzice pomogli spłacić większość kredytu na mieszkanie. Jak planowali, Kamila urodziła najpierw córkę, a trzy lata później, wciąż na urlopie macierzyńskim, syna.
Dziadkowie często zabierali wnuki na weekendy, dając im chwilę wytchnienia. Szczęśliwa, zadbana rodzina. Czego więcej chcieć?
Gdy syn podrósł, Kamila chciała wrócić do pracy. Nudziło ją siedzenie w domu, bała się, że zapomni fachu.
„Po co? Zarabiam wystarczająco. Zajmuj się dziećmi” – sprzeciwiał się Piotr. – „Może trzecie? Dziadkowie pomogą.”
Ale tym razem nie zachodziła w ciążę. Myślała, że to przez nią, chodziła od lekarza do lekarza. Ci nie znajdowali niczego niepokojącego.
„Nie dramatyzuj. Gdybyśmy byli bezdzietni, rozumiałbym. Ale mamy dwójkę. I to jaką! Nie ma powodu do zmartwień” – przekonywał Piotr.
Nieco się uspokoiła, ale wciąż nalegała na pracę.
„Nie uraź się, ale nie przyjmę cię do mojej kliniki” – oświadczył pewnego dnia. – „Po pierwsze, to niezręczne, gdy małżeństwo pracuje razem. Po drugie, siedem lat przerwy – żadna klinika cię nie zatrudni.”
I tak zaczęły się kłótnie. Kamila zajmowała się domem, lecz gdy dzieci wyjeżdżały do dziadków, wpadła w marazm. Pewnego wieczoru wypiKamila spojrzała na Piotra przez łzy i wyciągnęła dłoń, a on, w milczeniu, ujął ją w swoje, jakby w tej ciszy było więcej odpowiedzi niż we wszystkich słowach, które dzieliły ich przez te wszystkie miesiące.



