**Dziennik osobisty**
Teresę i Marka uważano za idealną parę. Oboje przystojni, spełnieni zawodowo, z pieniędzmi na koncie brakowało tylko dzieci. Lekarze rozkładali ręce, stawiając niepocieszające diagnozy.
Ale oni nie tracili nadziei. Chodzili do kościoła, modlili się, jak mogli, jeździli po sanktuariach. Gdzie tylko usłyszeli, że w jakiejś wiosce mieszka stara zielarka, od razu tam jechali. Jedna z nich powiedziała, że dziecko będzie, nawet nie jedno, ale przez ból i straty. Wiele wtedy mówiła. Teresa tak się ucieszyła, że ledwo słuchała, zapamiętała tylko, że trzeba wierzyć.
Żyliby dla siebie, podróżowali, pieniędzy mają od groma, a oni robią z tego tragedię. Dzieci i tak niewdzięczne, wyrosną, to i szklanki wody na starość nie podadzą plotkowali za jej plecami.
Stara już, sama pewnie z chorobami, a tu jeszcze dzieci chcą. Powinni myśleć o wnukach Ale skąd wnuki, jeśli dzieci nie ma?
Teresa kiedyś powiedziała Markowi, że go nie trzyma, niech znajdzie sobie młodszą, która urodzi mu dziecko, a może i nie jedno. Popatrzył na nią wtedy tak, że pożałowała słów i więcej tematu nie poruszała.
Żyli więc dalej. Praca, mieszkanie w Warszawie, pieniądze a jednak okazało się, że to za mało do szczęścia. Teresa wiedziała, że byłaby najlepszą matką na świecie. Wyobrażała sobie, jak kołysze na rękach malutką istotę, podobną do nich obojga, jak stawia pierwsze kroki, idzie do szkoły Czasem i sama się przekonywała: Ludzie żyją bez dzieci. Widocznie taki los. Bóg nie daje dziecka, to znaczy, że nie zasłużyłam. Szukała w sobie wad, za które mogła być ukarana.
Może modlitwy pomogły, może Bóg ulitował się nad ich cierpliwością i wiarą. Pewnego dnia stało się to cudowne zdarzenie, w które tak wierzyli.
Teresa już nie notowała dat. Gdy rano poczuła mdłości, uznała, że to przez wczorajszy obiad. Ale mdłości powtórzyły się następnego dnia. Potem gotowała zupę i od zapachu mięsnego wywaru zrobiło jej się niedobrze. Może? Nie, to niemożliwe! Mimo to kupiła dwa różne testy.
Jak często marzymy o cudzie, a gdy już go widzimy, wątpimy. Teresa też nie od razu uwierzyła, gdy zobaczyła dwie upragnione kreski. Ledwo doczekała się powrotu Marka do domu.
Jestem w ciąży wyrzuciła z siebie, zanim zdążył zdjąć buty, i podała mu test.
Przytulili się mocno i stali tak długo, aż łzy radości wyschły.
Marek nie pozwalał jej dźwigać ciężarów, nawet do sklepu chodził z nią, by nie nosiła zakupów. Ciągle pytał, jak się czuje.
Przestań się tak mną trząść. Kobiety starsze ode mnie rodzą irytowała się Teresa.
Inne kobiety mnie nie obchodzą. Tylko ty jesteś dla mnie ważna. Nie chcę, by coś się stało tobie i naszemu dziecku mówił, całując ją. Poza tym lubię się tobą opiekować.
Gdy brzuch się zaokrąglił, sąsiedzi i koledzy z pracy nie pozostali obojętni. Jedni szczerze się cieszyli, inni wyrażali swoje zdanie bez ogródek.
To jednak in vitro?..
Albo nie donosi, albo urodzi kalekę powiedziała jedna sąsiadka drugiej na ławce pod blokiem.
Teresa szybko odeszła od życzliwych. Głaskała brzuch i szeptała: Nie słuchaj nikogo. Będziesz najpiękniejsza i najmądrzejsza. Wiedziała już, że to dziewczynka.
Wcześniej omijała dziecięce działy w sklepach, teraz sama wybierała najlepsze ubranka. W domu rozkładała je i podziwiała, wyobrażając sobie w nich córeczkę. Przytulała maleńkie ciuszki do twarzy. Pachniały nowością, ale to przecież były rzeczy jej dziecka.
Gdy nadszedł czas porodu, wybrali najlepszą klinikę i cesarskie cięcie zbyt długo czekali, by ryzykować. Dziewczynka urodziła się zdrowa. Nie było dnia, by nie dziękowali Bogu za to szczęście.
Teresa nie miała pokarmu, kupowali więc najdroższe mleko. Godzinami patrzyli, jak śpi. Potem były pierwsze ząbki, słowa, kroki. Marek zaproponował, by Teresa nie wracała do pracy. Zarabiał dobrze, niech zajmuje się dzieckiem.
Żadnych przedszkoli, tylko choroby zarażają.
Córka stała się sensem życia Teresy. Zosia rosła w miłości, piękna i grzeczna, nie sprawiała kłopotów.
Do szczęścia szybko się przyzwyczajamy, przestajemy je zauważać.
Zosia poszła już do szkoły. Pewnego wieczoru odrabiała lekcje, Marek czytał gazetę, a Teresa przygotowywała kolację. Gdy miała pokroić warzywa do sałatki, przypomniała sobie, że zapomniała kupić majonez.
Marek, skoczę do sklepu powiedziała.
Mhm mruknął, nie odrywając się od lektury.
Gdy wróciła, zabrała się za sałatkę. Dopiero gdy poszła wołać Zosię, zobaczyła, że jej nie ma.
Marek, gdzie Zosia?
Wpadła do Kasi na chwilę.
Dawno?
Zaraz po twoim wyjściu.
Teresa spojrzała na zegarek wpół do siódmej. Mówią, że matka w takich chwilach czuje niepokój, przeczucie nieszczęścia. Ale Teresa nic nie poczuła. Kasia mieszkała w sąsiednim bloku. O co się martwić? W każdej chwili mogła pójść po córkę.
Zjedli kolację bez Zosi. Potem Teresa zadzwoniła do Kasi. Odebrała jej mama.
Dzień dobry, mówi matka Zosi. Czas wracać do domu.
Ale jej tu nie ma. Myślałyśmy, że nie pozwoliliście jej przyjść. Co się stało?
Jak to nie ma? krzyknęła Teresa, wypuszczając słuchawkę z ręki.
Marek zerwał się z fotela.
Co?
Zosia nie przyszła do Kasi wyszeptała sztywnymi wargami.
Szybko się ubrali i wybiegli na osiedle. Jesienią wcześnie ciemniało, latarnie już się paliły. Biegali po podwórkach, wołali, pytali sąsiadów Zosia przepadła jak kamień w wodę. Nikt jej nie widział. Marek zadzwonił na policję.
Proszę się nie martwić, znajdziemy pani córkę. Wracajcie do domu, może sama wróci uspokoił ich uprzejmy funkcjonariusz.
Czekali, wzdrygając się przy każdym dźwięku telefonu. Ale Zosi nie znaleźli. Teresa nie spała, zapadała w krótki


