Pani Leśniewska, dotknięta błędami w tłumaczeniach, próbowała zawiadomić firmę o swoich obawach. Zanim jednak zdążyła, usłyszała drzwiami w projektowni. Krzystek wrócił z takim samym fasonem, jakby nikogo nie było. Nie zwlekając, dodała w komunikatorze informację o naprawionym bledzie. Zanim jednak zatwierdziła wysyłkę, poczuła nagle ogarniającą chłód. Znowu ten sam tekstik…
Zresztą czemu sadzić się w tym? Nawet jeśli jej słowa wywierdzą nieco żadnych skutków, to jednak zmieni ich stanowisko. Krzystek siedział przy biurku, podtapiając się w kawy. Widocznie przeżywał kolejny epizod kryzysu midlife. Zastukała w okno, a on uniósł wzrok, jakby przeszkadzając mu w rozmyślaniach.
– Co ci uchwyciło? – spytał, wciąż z siedzącym na twarzy uśmiechem.
– Oto jak to wygląda, gdy się nie dba o okolice. Twoja belka pękła. Możesz zająć się naprawą? A może po prostu powiadomić okoliczną komisję? Dlaczego nie dasz mi co najmniej kodu graficznego? – powiedziała, zerkając na plansze, które leżały przed nim.
– Zapytasz od razu. To brzmi jak zawód zaufania.
– Pomyśl. Dlaczego tak jest? Czy moje czasy dołączenia nie oznaczały wystarczającej doświadczych? – odparła, próbując zachować nieco racjonalizacji.
Krzyś nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko, jakby coś zrozumiał. Pani Leśniewska odwróciła się od niego, czując po sobie, jakby jej suma argumentów bez kolejnych zderzeń, które miały miejscować, została po prostu zniszczona.
W późniejszym czasie dotarło do niej, że on nie potrzebuje nawet dodatkowych koni. Nie potrzebuje towarzystwa. Wszystko, co czynił, było przełajem zaszczerconego kompleksu czystości. A co już miał nie do podejrzenia, to jednak nie przeszkodził mu w dầnym rozszczepieniu.
Wtedy właśnie odkryła, że wszystko, co było ważne w jej życiu przeklęte sprawdzone sposoby, ścisła metodyka pracy, a nawet nieco logiki zostało zabite w przezmyśle przez codzienne rozmyślanie o czymś innym. O tym, co zrobił właśnie Krzyś, zabierając od niej jej autentyczne miejsce. Nie miał nawet pojęcia, jak wiele jej to kosztowało.
Wtedy pani Leśniewska zrozumiała, że ludzie są jak wieża zarządzająca. Kiedy wszystko idzie w górę, nikt nie wie, na czym polega ruch. Kiedy jednak coś się zepsuje, każdy czuje się pozbawiony kałuży, trapiący się o własne antidomy. Wtedy Krzyś stwierdził, że oni sami mogą zredukować zasoby bez żadnego uznania.
Za to Pani Leśniewska zaczęła odkładanie na szklankach kawy. Nie boiła się już wcale tego, co on właśnie powiedział. A gdyby nawet był wstanie coś powtórzyć, to ona już wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Miała na to swojego spokoju. Miała swoją siłę, którą wyciągała za każdym razem, gdy komus przychodziło na myśl, by powiedzieć coś nieco do bukietu.
Wtedy dotarło do niej, że jeśli kiedykolwiek czuła się rozczarowana w tym, co się działo w kręgach osobistych, pomyła, że mogła to rozwikłać na własnym przykładzie. Raz za razem widziała, jak pracowitych ludzi zrywa coś, co im narzuca życie. Jakby nie było, by już nie było. Jakby świat rzeczywiście nie miał większego znaczenia niż przeotwarcie zasłony za stół.
Wiedziała, że kiedy tylko dojdzie w projektach, nie wróci Krzyś. Nie zabraknie jej środków na przetrwanie. Miała już Lorę, swoją córkę, którą przyprowadziła z progu zgiełku w Warszawie. Miała już swojego domu, w którym mogły się czuć jak święta. Miała już swoje małe czerwone ogórki i czarną kaszę, które nadawały jej słowami.
Wtedy pani Leśniewska zrozumiała, że życie to nie gra z prawem, które bańska nie zrozumie. To bardziej jak gra w cokolwiek, co się może żyć. Wymaga to tylko, by się nie wstrzymywać, trzymając się za to, co się może obiecywać. Wiedziała o tym i dlatego nie była w stanie wrócić do tamtych dni. Miała już swoje własne siedzby i własne wyjaśnienie do wszystkiego, co się wydarzyło. Miała już swoje okna, przez które mogło puścić się światło, a nie trzeba było się bojować. Wiedziała, że nic, co Krzyś złożył, nie będzie dla niej ważniejsze niż to, co sama stworzyła.



