*Dzisiaj był szczególny wieczór. Miałem to wszystko zapisać.*
„Marcelino, idziesz już? Zaraz przyjdą Karina z Teodorem” – niecierpliwie powiedziałem, zaglądając do sypialni.
„Za chwilę. Tylko sekundkę” – odparła Marcelina, nie odrywając wzroku od lustra w drzwiach szafy.
Przeciągnęła szminką po ustach, potrząsnęła głową, lekko burząc idealnie ułożone włosy, poprawiła kołnierz sukienki i dopiero wtedy odwróciła się do mnie.
„Gotowa” – uśmiechnęła się.
„O matko… Jesteś przepiękna” – podszedłem i przyciągnąłem ją do siebie.
„Uważaj na szminkę” – odsunęła głowę od mojej klatki piersiowej, patrząc na mnie czule, z lekkim błyskiem w oku.
„Marcysiu…” – zacząłem nagle ochrypłym głosem, ale w tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. „No proszę.” – Rozczarowany rozluźniłem uścisk, westchnąłem i ruszyłem otworzyć.
Marcelina rzuciła ostatnie spojrzenie w lustro, poprawiła sukienkę i poszła za mną.
W przedpokoju już rozbawiony Teodor wymachiwał ogromnym bukietem róż. Obok stała jego żona, Karina, z prezentem w ręce.
„Gdzie solenizantka? Czemu nie wita gości?” – hałasował Teodor, szeleszcząc opakowaniem kwiatów. Zobaczył Marcelinę i ruszył w jej stronę. „No w końcu. Marcelinko, wyglądasz jak zawsze cudownie. Marcel, uważaj, bo ci odbiję. Dam ci buziaka.” – Teodor głośno cmoknął ją w policzek i dopiero potem wręczył kwiaty. – „Życzę ci…”
„Ej, rozbierz się najpierw, a tosty zostaw na stół” – wtrąciłem się.
„Marcysiu, podaj kapcie, a ja postawię kwiaty” – powiedziała Marcelina i ruszyła do kuchni.
W mieszkaniu zrobiło się od razu głośno i ciasno. Teodor przecierał ręce przed zastawionym pośrodku stołem.
„Marcela, ty czarodziejko. Co za uczta. Zaraz się śliną zachłysnę” – jęknął żałośnie.
„Będziesz musiał trochę poczekać” – odparła Marcelina, wniosąc do pokoju wazon z różami. Postawiła go na stoliku pod oknem.
„Błazen” – szepnęła ledwo słyszalnie Karina, przewracając piękne, migdałowe oczy.
Marcelina podeszła i położyła jej rękę na ramieniu, jakby chciała uspokoić. Wtedy znowu zadzwonił dzwonek, i poszła otworzyć.
„To Laura, a to moja siostra Marcelina” – przedstawił ich sobie Maks, wręczając Marcelinie bukiet.
„Miło cię poznać” – uśmiechnęła się Marcelina. Laura ledwo skinęła głową. – „Przepraszam, nie mam już kapci.”
„Nic nie szkodzi, ja oddam jej swoje” – odparł Maks.
Marcelina spojrzała na brata zdziwiona. Jej wzrok mówił: *Co ty w niej widzisz?*
„Zapraszaj do stołu, siostrzyczko” – powiedział Maks, udając, że nie widzi.
Weszli do pokoju.
„Mojego brata wszyscy znacie, a to Laura, jego nowa dziewczyna” – przedstawiła Marcelina. – „Resztę sam dopowiedz” – szepnęła bratu i poszła z kwiatami do kuchni.
Nie mieli drugiego wazonu, więc Marcelina wstawiła je do litrowego słoika i zostawiła na kuchennym stole.
Gdy wróciła, goście już zasiedli. Wskazałem jej krzesło na czele stołu. Usiadła i ze zdziwieniem zauważyła, że Teodor i Karina siedzieli osobno, po przeciwnych stronach.
Już nalewałem koniak mężczyznom i wino kobietom. Laura siedziała sztywno, obojętna na wszystko. Maks nałożył jej sałatkę. Nawet tego nie zauważyła.
*O rety, jaka poważna. Zimno bije od jej dystansu. Były u niego dziewczyny, ale żywe, a ta jak kłoda…* – myśli Marceliny przerwał mój toast. Wstałem z kieliszkiem, patrząc na żonę z czułością.
Wszyscy zamilkli. Potem rozległo się brzękanie szkła, a za nim dźwięk sztućców o talerze…
Marcelina obrzuciła spojrzeniem gości. Teodor jadł głośno, chwaląc jej gotowanie i zerkał na Karinę. Ta wpatryPrzez następne lata często myśleliśmy o tamtym wieczorze, który zmienił wszystko, ale także nauczył nas, że nawet najsilniejsze uczucia mogą stać się mostem albo przepaścią – i tylko od nas zależy, którą drogę wybierzemy.



