KIEŁBASIANE ZŁODZIEJSTWO
Nie dało się nie zwrócić uwagi na tego kota. Głównie dlatego, że regularnie podkradał się do jego małego sklepu spożywczego i kradł. Robił to jednak w taki sposób, że właścicielowi aż trudno było się złościć. Wręcz przeciwnie z utęsknieniem czekał na kolejną akcję. Rejestrował cały spektakl na telefonie, a potem wieczorem pokazywał wszystko żonie. Razem zrywali boki ze śmiechu. No cóż.
Kot zawsze przez dłuższą chwilę przesiadywał przy otwartych drzwiach sklepu, udając, że odpoczywa, a nie knuje coś poważniejszego. Dyskretnie rozglądał się wokół, upewniał się, czy przypadkiem nikt nie patrzy. Sam właściciel czaił się za wielką lodówką i z ukrycia nagrywał akcję.
Kot ostrożnie wchodził, podążał prostą ścieżką do lady z wędlinami, przyspieszał, chwytał paróweczkę albo białą kiełbasę i hyc! uciekał. Ale co z tego, skoro głód był silniejszy i dwa metry dalej kot już przystępował do degustacji łupu?
Właściciel wychodził przed sklep, nie podchodził zbyt blisko i pytał:
Dobre?
Kot tylko podnosił głowę i miauczał z aprobatą.
No to super, smacznego! żartował właściciel. Wpadnij jeszcze!
Pewnie się zastanawiacie, jak to możliwe parówki na wyciągnięcie łapy, wszystkie na widoku, zupełnie niechronione? Leżały nawet pocięte, gotowe do wzięcia. To bardzo prosta sprawa. Właściciel sklepu, Stanisław Kwiatkowski, miał po prostu wielkie serce.
Gdy kot którego Stanisław ochrzcił Kiełkiem (tak, w Polsce nawet kot może się tak nazywać) pojawił się pierwszy raz, był tak chudy i mizerny, że przejście wokół sklepu wydawało się dla niego wyczynem. Kiełek jednak zdecydowanie odmawiał kontaktu z człowiekiem, nie przyjmował jedzenia podawanego z ręki. Trzeba było się nagimnastykować.
Na początku Stanisław położył parówki zaraz przy wyjściu, żeby Kiełek mógł samodzielnie zdobyć pożywienie uczciwie ukraść, zanotować sukces. Zadziałało. Z czasem Stanisław przesuwał kiełbaski coraz dalej, aż wylądowały na niskiej półce obok innych wędlin. Tam urządził punkt stołeczny.
Z biegiem czasu Kiełek mógł już po prostu wejść i brać, co chciał. Ale, panie i panowie, proces kradzieży parówek był tu kluczowy. Ukradzione smakuje najlepiej, wiadomo!
Potem przy sklepie pojawiła się miska z wodą, wielka porcja najlepszego kociego żarcia i plastikowy pojemnik z piaskiem. Zaraz obok właściciel ustawił nawet miniaturową psią budkę z kocem w środku na wszelki wypadek.
Kiełek pozostał nieufny i nie pozwalał się dotknąć. Ale gadać bardzo lubił. Gdy Stanisław wychodził za nim po porcji parówki, zwykle wywiązywała się burzliwa debata: kot żuł kiełbasę, przerywał na chwilę, zerkał na właściciela i miauczał na temat.
Od niedawna Stanisława nurtowało jedno pytanie. Kiełek ewidentnie przytył, zyskał na urodzie, a w dodatku już wcale nie musiał kraść, żeby się najeść. A mimo to codziennie wynosił dwie kiełbaski i znikał za rogiem.
Stanisław próbował wyśledzić, dokąd znika Kiełek, ale futrzany delikwent wiecznie go przechytrzał. Ostatecznie właściciel kupił miniaturową kamerę z szerokim obiektywem i podłączył do komputera na zapleczu.
Pewnego razu prawda wyszła na jaw. Z okienka piwnicznego pobliskiej kamienicy wystrzelił rudy kociak. Dosłownie rzucił się na przyniesioną przez Kiełka parówkę, aż uszy mu się trzęsły.
Jutro, słyszysz?! JUTRO masz ich zabrać do domu! wykrzyknęła wieczorem żona Stanisława, Krystyna, ocierając łzy po policzkach. Ale to nie było takie proste. Kiełka można było już czasem złapać, bo potrafił sobie ucinać drzemki na środku sklepu. Ale kociak? Rudy jak marchewka, śmigał szybciej niż tramwaj na Marszałkowskiej.
Dni mijały, a kamera pokazywała, jak rudzielec popijał wodę z miseczki Kiełka albo ucinał sobie drzemkę w budzie. Ale przy próbie zbliżenia frrrr! i kota nie było.
Przełom nastąpił nagle. Pewnego dnia Stanisława zaalarmował nieznany hałas przy wejściu do sklepu. Klientów nie było. Stanisław wyszedł zza lady i podążył w stronę drzwi.
Na progu siedział rudy kociak i wrzeszczał, ile sił w kocich płucach.
Co się stało, maluchu? zdziwił się Stanisław.
Kociak podbiegł, spojrzał mu prosto w oczy i pobiegł w stronę kamienicy. Stanisław bez wahania ruszył w ślad. Za rogiem, na ziemi leżał Kiełek, pojękiwał cicho. Okazało się, że zaatakował go pies, zostawiając głęboką ranę w tylnej łapie.
Rudzielec natychmiast przytulił się do boku Kiełka i zawył jak syrena w porcie w Gdyni.
O matko jedyna westchnął Stanisław.
Zdjął kurtkę, zapakował w nią rannego Kiełka, rudego kociaka umieścił w kieszeni marynarki i zamknął sklep.
Ruszyli prosto do weterynarza.
Pięć godzin spędzili w kolejce, podczas gdy doktor oporządzał łapę Kiełka. W tym czasie Stanisław zdążył zaprzyjaźnić się z rudzielcem, nazwał go Iskierka bo był nie tylko rudy jak ogień, ale strasznie rozgadany i ciekawski.
Wieczorem Stanisław zawiózł całą bandę do domu. Kiełek był ledwo przytomny po narkozie, Iskierka śpiący i zadowolony.
Żona Stanisława była w siódmym niebie. A co robi kobieta w Polsce, kiedy jest szczęśliwa? Oczywiście, że wydzwania do przyjaciółek! Bo przecież trzeba wszystko dokładnie omówić i się skonsultować.
Kiedy skończyła dzwonić, Stanisław, Kiełek i Iskierka już spali w poprzek łóżka.
Świetnie, a ja gdzie mam się położyć? rzuciła Krystyna z udawanym wyrzutem.
Ale Iskierka ochoczo przesunął się bliżej, przytulił do niej i zaczął ugniatać poduszkę łapkami.
Tak cała trójka dostała swój dom.
Dzisiaj dwa wypasione, leniwe koty nie przypominają już zupełnie tych ulicznych rozrabiaków. Kiełek czasem jeszcze oblizuje Iskierkę z sentymentu i rudziec wcale nie protestuje.
A po drugiej stronie ulicy, obok sklepu obuwniczego, zadomowiła się mała szara kotka. Sprzedawczyni co chwilę wpada do sklepu Stanisława po coś do jedzenia dla niej.
Może ją też kiedyś przygarnie? Może któregoś dnia wszystkie koty znajdą domy?
I wtedy koty staną się towarem deficytowym Wyznaczą kolejki, będą wydawane na kartki i po odbyciu specjalnych kursów?
Co myślicie? Może do tego dojdzie?
Z poważaniem,
Stanisław Kwiatkowski
(Zdjęcie z internetu)Zanim Krystyna zasnęła, jeszcze długo głaskała Iskierkę po miękkim futerku i słuchała, jak Kiełek mruczy we śnie. Czuła, że dzięki tej kociej bandzie w ich domu zrobiło się cieplej i weselej niż kiedykolwiek. Może przyszłość naprawdę należy do kotów pomyślała z uśmiechem, wyłączając lampkę nocną.
A rano, zanim Stanisław otworzył sklep, przysiadł na moment przy oknie i spojrzał na szarą kotkę, która właśnie robiła pierwsze ostrożne kroki w stronę wystawionego talerzyka z kiełbaską. Przez szybę sklepową machnął do niej ręką, jakby zapraszał ją do wspólnej przygody.
I wtedy, po raz pierwszy, kotka odpowiedziała cichym miau.
Świat może i nie stanie na głowie, ale w zakątku Stanisława wszystko już było na swoim miejscu jak trzeba.



