Kiedyś byłaś normalna

– Daj, pożyczyłbyś pięćdziesiątkę? Nie mam kasy, a benzyna skończyła się, brzmiał wiadomość głosowa od przyjaciela, po czym cicho wycisnęła przycisk nagrywania.

Grażyna Kowalska otworzyła aplikację banku, wcisnęła przelew. 50 zł poleciało do Łukasza w mgnieniu oka, szybciej, niż zdążyła pomyśleć, że to chyba nie najprzyjemniejszy pomysł.

Dzięki, słoneczko, jesteś najlepsza! przybyło od razu po minucie.

Odłożyła telefon i wpatrzyła się w sufit swojej jedynki. Najlepsza. Oczywiście. Kto jeszcze przelałby pieniądze o jedenastej w nocy, nie zadając żadnych pytań? Kto nie przypomni jej o tych trzech setkach pożyczonych dwa tygodnie temu?

Pół roku temu było zupełnie inaczej. Grażyna, Łukasz, Marzena i Kacper zarabiali mniej więcej tyle samo plus-minus pięć tysięcy złotych rocznie, czyli nic wielkiego. Dzielili pizzę po równo, płacili rachunek w kawiarni na czworo, nikt nie liczył cudzych pieniędzy. A potem Grażyna obroniła pracę magisterską, dostała awans i przeniosła się do innego działu.

I jej pensja podrosła czterokrotnie.
Nie półtora, nie dwa, a cztery.

Na początku nie zauważyła, że coś się zmieniło. Przez pierwsze dwa miesiące żyła po starej zasadzie: odkładała na czarny dzień, kupowała jedzenie na wyprzedażach, liczyła każdy zakup jakby kosztował ponad sto złotych. To był nawyk. Natomiast przyjaciele od razu to zauważyli. Jakby na jej czole pojawił się neonowy napis: Teraz jestem milionerką, wpadajcie.

Grażyna usiadła na łóżku, przyciągnęła kolana do klatki. Przypomniała sobie ten wieczór pierwsze spotkanie po podwyżce. Marzena przyniosła tanie napoje, Kacper worek chipsów, a Łukasz przybył z pustymi rękoma i szerokim uśmiechem.

Grażyna zamówiła sushi, kupiła dobre napoje, ser, owoce. Zwyczajowo podzieliła rachunek na czworo i wrzuciła sumę na ogólny czat. Nikt nie przelał pieniędzy. Czekała dzień, dwa, tydzień. W końcu wysłała przypomnienie: grzeczne, z uśmiechniętą buźką.

Graż, co ty robisz? Teraz kury nie grzebią ci w portfelu, odparła Marzena.
Spokojnie, następnym razem się podzielimy, dodał Kacper.

Następnego razu nie było. No dokładniej było, ale wszystko się powtórzyło. Grażyna nakryła stół, przyjaciele przyszli, zjedli, poszli. I znów zapłaciła wszystko sama.

W końcu postanowiła zapytać wprost. Siedzieli w jej kuchni, dożuwając makaron, który grażyna gotowała od dwóch godzin.

No to koledzy, zaczęła, jak zamierzamy podzielić koszty? Właśnie wydałam na wszystko ok. 500 zł.

Łukasz zakrztusił się winem. Marzena zmrużyła oczy. Kacper udawał, że studiujący wzór na obrusie.

Grażynko, zaczęła Marzena tonem, w jakim rozmawia się z kapryśnym dzieckiem, teraz jesteś bogata. Dla ciebie 500 zł to jak dla nas pięćset pięćdziesiąt złotych.
Dokładnie, dodał Łukasz. Nie zbankrutujesz. My już i tak ledwo wiążemy koniec z końcem.
Grażynko, nie bądź skąpa, poklepał ją Kacper po ramieniu. Jesteśmy przyjaciółmi.

Przyjaciele. Grażyna skinęła głową, uśmiechnęła się i odłożyła nieprzyjemny temat. Nie chciała kłótni, nie chciała być tą skąpą, co liczy grosze przy sześciocyfrowej pensji. Po tym wieczorze zaczęła rzadziej ich zapraszać. Wymyślała wymówki: praca, zmęczenie, plany. Czasem kłamała, żeby nie czuć się wykorzystaną.

Wyprawy do sklepów z przyjaciółmi stały się rodzajem tortur. Za każdym razem ktoś zapomniał portfela, nie zdążył wypłacić gotówki, zostawił kartę w domu. Dwa tysiące tu, trzy tysiące tam. Grażyna ratowała, bo odmówić było niewygodne, kiedy za tobą stała kolej.

Ale pieniądze nigdy nie wracały. Nigdy.

W końcu nadszedł Sylwester. Trzydziestego pierwszego grudnia. Grażyna stała pośrodku swojego salonu, patrząc na nakryty stół. Sałatka jarzynowa, śledź pod pierzyną, pieczony karp, wędliny, pomarańcze w wysokiej szklance. Wszystko piękne, świąteczne. Wszystko na jej koszt.

Nie planowała spędzać święta z nimi. Chciała być sama, obejrzeć jakiś głupi noworoczny filmik, położyć się spać o drugiej w nocy. Ale przyjaciele sami się nachalnie wpadli.

Grażynko, jak zamierzasz spędzić Sylwestra sama? Przyjdziemy, będzie wesoło!
Twój mieszkanie jest duży, każdy się zmieści!
Nie nas zostawisz?

Zgodziła się, bo wciąż trzymała nadzieję. Może się zmienili. Może przyniosą coś, podzielą koszty, choćby podziękują.

Telewizor mruczał w tle. Grażyna poprawiła błyszczącą bombkę na sztucznej choince w rogu i spojrzała na zegar. Jedenaste. Zaraz przyjdą.
Dzwonek do domofonu zadzwonił o wpół do dwunastej. Marzena wpadła pierwsza, w chmurze słodkich perfum i brokatu.

Grażynko! Szczęśliwego Nowego! Przyniosłam prezentik!

Za nią wpadli Łukasz i Kacper.

O, piękny stół! Kacper upadł na kanapę i od razu sięgnął po sałatkę jarzynową. Grażynko, jesteś super. Nie jadłem od rana.

Grażyna podała kieliszki, nalała napoje. Zrobili toast za miniony rok, za nowy, za przyjaźń. Uśmiechała się, mówiła właściwe słowa. W środku coś drapało, ale Grażyna nie pozwoliła, by to wybuchło. Nie teraz. Nie dziesięć minut przed północą.

Pod dzwonienie zegara Grażyna wypowiedziała życzenie. Żeby kolejny rok był uczciwszy niż ten.

Prezenty! wykrzyknęła Marzena. Rozpakowujemy!

Grażyna podała paczki przyjaciołom.

Trzymaj, Grażynko! Marzena wrzuciła jej worek.

W środku żel pod prysznic o zapachu arbuza.

Dzięki, wyjęła żel, obracając w dłoniach. Arbuz. Fajny.
Od mnie! Kacper podsunął swój worek.

Skarpetki. Czerwone, z reniferami. Cena nieodrywana sto dwadzieścia złotych.

Fajnie, odłożyła skarpetki na bok.
I ode mnie! Łukasz podarował małą kartkę.

Świąteczne bombki. Trzy sztuki, plastikowe, z łuszczącą się farbą.
Grażyna przyjrzała się swoim prezentom: żel, skarpetki, bombki. Łączna wartość trzysta złotych, nie więcej. skinęła głową do siebie. Dobrze. Wszystko w porządku.

A teraz otwieracie moje, powiedziała.

Marzena pękła opakowanie pierwsza. W środku notes, cukierki i skarpetki te z reniferami, ale ładniejsze.

Kacper dostał zestaw do golenia i słodycze. Łukasz termiczny kubek i szalik.
Wszyscy jednocześnie rozciągnęli twarze, jakby ćwiczyli przed lustrem.

Eee, zaczęła Marzena, patrząc na notes. Grażynko, to wszystko?
Co masz na myśli?
No, machnęła notesem w powietrzu, prezent? To cały prezent?

Grażyna odciągnęła się na oparcie, skrzyżowała nogi.

Tak. Coś nie tak?
Grażyna, wtrącił Łukasz, myśleliśmy, że roztrwalisz się na haju. Możesz sobie pozwolić.
Daję wam to, co wy mi dajecie, odparła spokojnie. W tej samej cenie. To uczciwe.
Nieuczciwe! rozgorzała Marzena. Ty zarabiasz setki razy więcej niż my!
Czterokrotnie. I to nie znaczy, że muszę wydawać na was więcej niż wy na mnie.
Muszę! podskoczyła Marzena. Jesteśmy przyjaciółmi! Przyjaciele się dzielą!

Grażyna patrzyła na nią od dołu do góry. Na zaróżowiałą twarz, na brokat w włosach, na drżące od oburzenia usta.

Dzielić? zapytała. Od pół roku płacę wszystko. Każde nasze spotkanie na mój koszt. Długu nie oddajecie. Przychodzicie z pustymi rękami i zjadacie moje jedzenie. A teraz mówicie, że mam coś robić?
Jesteś skąpa, rzucił Kacper. Po prostu skąpa. Masz dużo kasy, a zachowujesz się jak biedna.
Zachowuję się jak ktoś, który ma dosyć bycia wykorzystywanym, wstała Grażyna. Przez ten rok byliście mi winni niejedną sumę. Zero groszy nie oddaliście. Dziś stół kosztował mnie piętnaście tysięcy złotych. Czy podzieliliście się? Nie. Czy przynajmniej zaproponowaliście? Nie. Przyszliście, usiedli i jedliście.
Bo jesteś bogata! krzyknęła Marzena. Dla ciebie to grosik!
Nieważne, czy to grosik, czy miliony. Ważne, że to moje pieniądze. Moje. Właśnie je zarobiłam. I nie muszę ich wydawać na ludzi, którzy traktują mnie jak portfel na nóżkach.

Cisza. Kacper głośno wydycha. Łukasz odwraca się ku oknu. Marzena stoi z czerwonymi plamami na policzkach, notes wciąż wiotka w ręce.

Zmieniłaś się, powiedziała cicho. Kiedyś byłaś normalna.

Marzena rzuciła notes na kanapę.

Chodźmy, chłopaki. Nic tu nie robimy.

Wyszli cicho, zakładając kurtki, zakładając buty, nie patrząc na nią. Łukasz w końcu odwrócił się przy drzwiach.

Szkoda, że tak, Grażyna. Przez tyle lat byliśmy przyjaciółmi.
Przyjaciółmi, zgodziła się. A potem postanowiliście, że mam was utrzymywać.

Drzwi zamknęły się z hukiem. Krok po kroku stłumiły się na klatce schodowej. Grażyna została sama w mieszkaniu, w którym unosił się zapach sałatki jarzynowej i spalonego petardy.

Usiadła przy stole, napełniła kieliszek. Zjadła łyżkę sałatki smakowała wyśmienicie, z domowym majonezem. Wzięła mandarynkę, potem kolejną.

Telewizor puszczał Irenę Sawicką. Grażyna uśmiechnęła się i wyciągnęła telefon. Najpierw zablokowała Marzenę, potem Łukasza, potem Kacpra. Usunęła ich ze znajomych we wszystkich mediach, wyczyściła czaty.

Ta przyjaźń nie przetrwała testGrażyna w końcu odnalazła spokój, wiedząc, że prawdziwe przyjaźnie nie kosztują grosza.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − jedenaście =

Kiedyś byłaś normalna