Dzisiaj znów przeglądałam swój pamiętnik, zatrzymując się na stronie, którą napisałam po tamtym wieczorze. Życie bywa ironiczne – czasem stawia na naszej drodze ludzi, którzy wydają się być wysłani przez samego diabła dla zabawy. Jedni przemijają jak sklepowe reklamy, inni – jak nasz „ukochany” zięć – zostają na dłużej. Czy kiedykolwiek przypuszczałam, że po latach wychowywania córki z miłością i poświęceniem, to właśnie jej wybór – „uroczy” Witek – stanie się naszym rodzinnym dramatem?
Pierwsze wrażenie? Typowy facet – trochę chytawsze spojrzenie, niezdarna mina, gadulstwo przy piwie. Ale gdy tylko otworzył usta, od razu było wiadomo: poczucie humoru ma, tylko że kompletnie bez klasy. Już podczas pierwszej wizyty zasypał nas tanimi dowcipami o teściowych i żarcikami o swojej „służbie” w „dywizji kanapowej”. Czułam się, jakby ktoś wniosł do naszego domu pełen wór humoru prosto z budki z piwem.
Z mężem byliśmy w szoku. Nasza córka, wychowana na Sienkiewiczu i Andersenie, zakochała się w tym… przepraszam za słowo… błaznie. Pewnie nie wie nawet, kto to Władysław Reymont, ale za to śmieszkuje nad memami z internetu. Prosiliśmy, błagaliśmy – nic. „Miłość” – powiedziała. I tyle. Potem był ślub. Skromny, ale z mową pana młodego, w której oczywiście nie zabrakło „żartów” o pierwszej nocy poślubnej. Ledwo powstrzymałam się, by nie wyjść.
Od tamtej pory każde święta to pole bitwy. Witek musi dać popis swojego „humoru”, a córka, jak zaczarowana, śmieje się i mówi, że to „zdrowy śmiech”. Reszta rodziny czerwienieje, patrzy w talerze, niektórzy przychodzą coraz rzadziej. A my cierpimy. Bo jeśli nie zaprosimy zięcia – nie przyjdzie nasza dziewczyna. A ona nadal jest dla nas ważna.
Na urodzinach mojej siostry Witek znów się wyróżnił. Gdy mesa podała pierogi, rzucił: „Z mięsem czy na ząb?”.
Ktoś nerwowo się zaśmiał, ale zobaczyłam, jak siostrze drgnęła powieka. Później przyznała, że omal nie wylała na niego barszczu. Tamten wieczór skończył się dobrze – pod lodowatym spojrzeniem siostry Witek zamilkł na resztę nocy.
Ale ostatnie wydarzenie przekroczyło wszelkie granice.
Nasza 35. rocznica. Prawdziwa uroczystość. Rodzina, ciepła atmosfera, wspomnienia. A potem Witek… zniknął. Gdy wrócił, trzymał w rękach mesa… ogórek i dwa pomidory ułożone w obsceniczną „rzeźbę”. „No jak, podobne?” – pytał dumny jak paw.
Zamarłam. Ktoś sapnął. Teściowa upuściła widelec. Mąż poczerwieniał. A córka… klaskała i chichotała jak dziecko na cyrkowej arenNastępnego dana podjęliśmy decyzję, której już dłużej nie dało się odwlekać.



