Z Anetą pracowaliśmy w tej samej firmie, ale w zupełnie innych biurach jej biuro znajdowało się w szklanym wieżowcu przy alei Jana Pawła II, moje zaś w starym budynku obok Placu Zbawiciela, gdzie nawet cień był zawsze trochę zamazany i pachniał kawą z mlekiem. Czasami oboje zostawaliśmy po godzinach, a jej mąż mój dobry druh, Paweł dzwonił po mnie, abym odprowadził Anetę na przystanek tramwajowy, który tak naprawdę zawsze zdawał się czymś więcej niż zwykłym punktem odjazdu był jak portal do innego miasta.
Nasze spotkania w marmurowym holu firmy nabierały coraz dziwniejszego charakteru, rozmawialiśmy o sprawach, które wydawały się ważne, ale potem ulatniały się z głowy, jakby były tylko snami. Paweł nie rozumiał Anety; nie przepadał za jej kolekcją miniaturowych figurek syrenki warszawskiej, nie smakowały mu jej pierogi z kaszą, nie śmiał się z jej żartów o zimnych grzejnikach. Ja natomiast odnajdywałem przyjemność w rozmowach z nią, tak jakbyśmy oboje płynęli łódką przez Wisłę w mglisty poranek. Nasze pożegnania stały się coraz bardziej intymne najpierw objęcie, potem pocałunek w policzek, a raz, kiedy Aneta przegapiła tramwaj do Pragi, pocałowała mnie naprawdę.
Czułem, że to nieuczciwe wobec Pawła i ich dziecka, które czasem pojawiało się tylko w wyobraźni, ale zakochałem się w Anecie, jakby była złotą dębówką, rosnącą na placu Zamkowym, której nie można zerwać.
Aneta zaczęła kłamać, mówiąc Pawłowi, że zostaje dłużej w pracy, a faktycznie wpadała do mnie, ukrywając się przed światem w moim nieposprzątanym mieszkaniu nad sklepem z antykami przy ul. Mokotowskiej. Wymyślała historie o służbowych wyjazdach do Krakowa, o odwiedzinach u matki w Laskach, choć tak naprawdę spacerowaliśmy po parku Skaryszewskim, śmiejąc się z dziwnie ułożonych łabędzi, czując się niewidzialni.
Szczerze kochałem Anetę i nigdy nie rozmawialiśmy o tym, by opuściła Pawła lecz wydawało mi się, że gdybym tylko poprosił, natychmiast złożyłaby papiery o rozwód w urzędzie na Grójeckiej. Żyłem w dziwnej bańce marzeń, pływając w cudzym szczęściu, jakbym kradł drewno z cudzego ogrodu, nie wiedząc, że właściciel jest moim najlepszym przyjacielem. Siedziałem z Pawłem przy barze „Pod Kogutem”, słuchałem jego narzekań o tym, jak zmieniła się Aneta, jak przebiera się w sukienki z kwiatami i szminkę malinową, jakby miała ukochanego. Pocieszałem go fałszywie, potem biegłem do Anety, jakby poruszał mnie dziwny wiatr.
Nie rozumiałem co, ani dlaczego niszczę życie innych, aż któregoś dnia Aneta przyszła do mnie w złości. Dźwięki jej słów wydawały się rozchodzić jak echo po pustym tunelu.
Zawsze tu jest brudno! Nie masz rąk, żeby wziąć szmatę i przetrzeć podłogę? Lodówka wiecznie świeci pustkami. Myślisz, że będę sprzątać i gotować na dwa mieszkania? Jesteś moim kochankiem, a nie synkiem z sierocińca, naucz się dbać o siebie.
Te słowa brzmiały jak sygnał krakowskiego hejnału, który urywa się nagle. Aneta nie kochała mnie, traktowała mnie jak przystanek. Nasze randki zamieniły się w szarość, jakiej niecierpi w domu na Żoliborzu. Była mną zmęczona.
Żałuję tylko, że to ja pierwszy poprosiłem o zakończenie naszego związku. Tego wieczoru dostałem od Anety SMS-a:
„Wyjeżdżam. Nie gadaj nic Pawłowi.”
Nie zamierzałem. Wstydziłem się spojrzeć Pawłowi w oczy, nawet podczas wspólnego picia piwa za pięćdziesiąt złotych w barze. Powiedziałem mu tylko, że już nie mogę odprowadzać Anety na przystanek, bo kończę wcześniej.
Naprawdę, nie buduje się szczęścia na cudzym nieszczęściu teraz żyję w nieustannym lęku, że moja nowa dziewczyna, Milena, może okazać się taka sama jak Aneta…


