Kiedy Walerek odwiedzał Zosię, ona dosłownie głupiała z minuty na minutę. To wszystko z nadmiaru szczęścia.

Gdy Walerian przychodzi do Żanety, ona dosłownie głupieje ze szczęścia na jego oczach. Krząta się nerwowo, poprawia fryzurę, upycha pod poduszki porozrzucane ubrania, które mierzyła przed jego wizytą, wyplątuje wałki z włosów. Potem biegnie do łazienki, tam się czesze, maluje usta. I dopiero wtedy, w pełnym, nieodpartym wydaniu, wychodzi do niego.

Nic dziwnego, że jest taka szczęśliwa! Sami pomyślcie.

Żaneta to samotna matka, która właściwie nigdy nie była porządnie zamężna. Takie tam chodzenie z Przemkiem przez miesiąc, może dwa, a później on wyjechał z ich miasta na swoją rodzinną ziemię, której nazwy Żaneta nigdy dokładnie nie zapamiętała. Czy to był ktoś spod Lublina, czy może z Podkarpacia? Tutaj dorabiał na bazarze, nawet nie wiedziała, czym się dokładnie zajmował.

No i wyjechał, światło w oczach Żanety zgasło, zostawiając ją lekko ciężarną. Dosłownie troszeczkę jakieś dwa tygodnie ciąży, sama jeszcze tego nie zauważyła. Kiedy Przemek przestał nocować u niej i przez miesiąc nie pojawił się wcale, Żaneta zrozumiała, że… jakby to delikatnie ująć została sama.

W odpowiednim czasie urodziła chłopca, jakby go wylała z formy śliczny, aż miło popatrzeć! No bo i po kim miałby taki nie być? Sama Żaneta była piękna nie z tej ziemi, a Przemek wyglądał jak książę z bajki.

Trzeba przyznać, z synkiem miała szczęście. Spokojny, jak baranek: spał całe dnie, a kiedy się budził, to tylko po to, by uważnie ssać pierś mamy. A mleka u Żanety było tyle, co u dobrej polskiej krowy bez problemu mogłaby wykarmić jeszcze jedno dziecko.

I Sławek, bo tak go nazwała, prawie nie chorował na dziecięce dolegliwości. Imię wybrała na cześć aktora Wiesława Gołasa, bo jak była w ciąży, przypadkiem obejrzała w telewizji starą komedię. Zagrał tam Gołas, który przypominał jej trochę Przemka. Innej opcji nie było. Tak więc w metryce wpisali: Sławomir Przemysław Bartosiewicz. Żaneta powtarzała to sobie setki razy dla niej to brzmiało jak najpiękniejsza melodia.

Sławek był dzieckiem słońca. Kiedy Żaneta musiała przygotować obiad albo posprzątać mieszkanie, rozkładała na podłodze koc, obstawiała go dookoła krzesłami i sadzała Sławka w środku tego prowizorycznego kojca. Dawała mu starą torebkę, wałki i jakieś ścierki. I mały bawił się spokojnie, bez marudzenia. Nawet kiedyś, gdy Żaneta zerknęła z kuchni i zobaczyła, że Sławek zaklinował głowę między krzesłami (chciał pewnie wyjść), to on tylko sapał cicho i próbował rączkami rozsunąć krzesła. Ani pisnął.

Z wiekiem wcale nie sprawiał więcej problemów. Mama spokojnie pozwalała mu wychodzić na podwórko, tylko kazała co dziesięć minut podbiec pod okno (mieszkanie Żanety było na parterze) i zawołać: Mamo! Jestem tutaj! Ale Sławek nie miał zegarka, więc podbiegał co trzy minuty i wołał, aż Żaneta nie pokazała się w oknie i nie odpowiedziała: Dobrze, synku! Ale on stał i nie odchodził. Wtedy pytała: No, co jest? Idź się baw! Chłopiec odpowiadał: Bo nie uśmiechnęłaś się do mnie… I wtedy mama uśmiechała się naprawdę, a on wracał biegać z dziećmi.

Pewnego razu znów krzyknął swoje mamojestemtutaj i gdy Żaneta wyjrzała przez okno, zobaczyła, że przytula kociaka:

Mamo, dostałem go od cioci. Powiedziała, że się nazywa Jeremi. I jeszcze, że będziesz zadowolona i żebyśmy go oboje pilnowali.

Sławek patrzył na nią tak szczerze i uczciwie, że Żaneta nie wymyśliła nic innego, niż tylko się uśmiechnąć. A potem powiedziała:

Jeremi pewnie jest głodny. Chodźcie obaj do domu, naleję mu mleka.

I chłopiec z kociakiem wbiegli do klatki. Sławek szczęśliwy, Jeremi jeszcze nie bardzo.

Tak sobie żyli we trójkę. Do czasu, aż Żaneta poznała Waleriana.

Był równolatek Żanety, nigdy żonaty. Solidny mężczyzna, porządny i wcale nie taki stary. Pracował w fabryce mebli, dobrze zarabiał. Zaczął przychodzić do Żanety na soboty, zostając na noc. Małomówny, lubił dobrze zjeść, pił raczej mało. Żaneta zawsze przygotowywała wcześniej butelkę zimnej wódki, wkładała do zamrażarki i podawała Walerianowi w specjalnym kieliszku na krótkiej nóżce. Bardzo lubił te kieliszki.

Wszystko tym razem było zgodnie z tradycją. Walerian przyszedł, uścisnął Sławkowi dłoń w przedpokoju, usiadł na kanapie w pokoju, a Żaneta kończyła swój rytuał przygotowań. Potem cała czwórka bo jeszcze Jeremi, któremu Sławek nie wypuszczał z rąk oglądała telewizję, a potem siadali do obiadu.

Po obiedzie, jak zawsze, wszyscy szli się kimnąć, szykując się na wieczorny spacer po parku.

Położywszy Sławka w jego pokoju i sama wsunąwszy się do łóżka obok Waleriana, Żaneta położyła głowę na jego ramieniu. I wtedy on pierwszy raz wspomniał o ślubie:

Myślę, że na razie będziemy mieszkać u ciebie. Potem razem coś wynajmiemy, żeby było więcej miejsca. Może wynajmiemy moje mieszkanie zawsze to jakiś dodatkowy dochód Tylko wiesz, Żaneto… Ja nie lubię kotów. Jeremiego będziemy musieli komuś oddać.

Jeremia poprawiła go Żaneta i napięła się cała, słuchając.

No tak, Jeremiego…

Zamilkł na chwilę, a potem już poważnie, jakby podjął decyzję dawno temu, dodał:

A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. No przecież tam świeże powietrze, szkoła jest, będzie mu dobrze. My jeszcze młodzi jesteśmy, swoich dzieci narobimy całą gromadkę.

Głowa Żanety na jego ramieniu zesztywniała nieruchoma, niczym z kamienia. Tak leżeli dłuższą chwilę w milczeniu. W końcu Żaneta wstała, zawstydzona, jakby pierwszy raz widział ją rozebraną, narzuciła na siebie szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących na fotelu. Wzięła jego spodnie i podała mu:

No, masz swoje portki… Zakładaj je i wynocha…

Ale dokąd?..

Do matki, na wieś. Tam powietrze świeże… A nam we troje i tak świeżego powietrza w naszym parku wystarczy…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

Kiedy Walerek odwiedzał Zosię, ona dosłownie głupiała z minuty na minutę. To wszystko z nadmiaru szczęścia.