Gdy tylko Wojtek przychodził do Jadwigi, ona jakby niemal stawała się inną osobą głupiała z radości. To wszystko z czystego szczęścia. Krzątała się nerwowo, poprawiała włosy, wciskała pod poduszki porozrzucane ubrania przymierzane przed jego pojawieniem się, wyplątywała z włosów wałki. Później pędziła do łazienki, tam się czesała, malowała usta. I wtedy, już w pełnej krasie, wychodziła do niego.
Jak miałaby nie być szczęśliwa? Sami powiedzcie.
Jadwiga była samotną matką w gruncie rzeczy nigdy tak naprawdę nie była mężatką. Co najwyżej pochodziła z Jackiem jakiś miesiąc czy dwa, a potem on zniknął z ich Łodzi, wyjechał na rodzinną ziemię, której nazwy Jadwiga nie doszła. Może był z Lwowa, a może z Czerniowców sama już nie wiedziała. W Łodzi pracował chyba na targowisku, lecz i tego Jadwiga do końca nie była pewna.
No i zmył się, światło jej oczu, zostawiając ją lekko przy nadziei. Ale tylko troszeczkę jakieś dwa tygodnie ciąży miała, nawet tego jeszcze nie czuła. Dopiero kiedy Jacek przestał do niej przychodzić na noc, minęły tygodnie i tylko cisza wtedy zrozumiała, że została no, że już nie jest sama.
W odpowiednim czasie urodziła chłopczyka, jakby wylała go z foremki. Takiego ślicznego! Ale jakby inaczej Jadwiga sama była wyjątkowej urody, a Jacek no, po prostu książę!
Trzeba przyznać: dziecko jej się naprawdę udało. Spokojny był jak baranek spał całe dnie, a jak się budził, to ze skupieniem i wytrwałością ssał pierś matki. Jadwiga mleka miała tyle, że dla bliźniąt by wystarczyło, i jeszcze zostało. I ledwo co chorował Kuba bo tak dała mu na imię, na cześć Jakuba Wesołowskiego z serialu, na który przez ciążę przypadkiem trafiła w telewizji. Książę w tym serialu nawet trochę jej Jacka przypominał. Innej alternatywy Jadwiga nie widziała. Tak wpisali do metryki: Jakub Jackowicz. Jadwiga powtarzała to imię w myślach brzmiało jak muzyka, jak rozmarzona ballada.
Kuba był dzieckiem słonecznym. Kiedy Jadwidze trzeba było ugotować obiad albo posprzątać mieszkanie, rozkładała na podłodze koc, otaczała go krzesłami jak ogrodzeniem i sadzała w środek. Dawała mu swoją starą torebkę, wałki i jakieś szmatki do zabawy. I chłopiec bawił się cichutko, bez marudzenia czy płaczu. Nawet wtedy, gdy pewnego razu Jadwiga zagląda i widzi, że Kuba utknął głową między krzesłami (chyba próbował się wydostać), on mruczał, nie płakał, tylko mocował się swoimi pulchnymi rączkami, żeby krzesła odsunąć.
Kiedy Kuba podrósł, nie było z nim więcej kłopotów. Jadwiga spokojnie wypuszczała go na podwórko. Tylko prosiła, by co dziesięć minut podbiegał do okna (mieszkały na parterze) i wołał: Mamo! Jestem tutaj!.
Ale Kuba zegarka nie miał, więc podbiegał do okna co trzy minuty i wołał, aż mama nie wychyliła się przez parapet i nie odpowiedziała: Dobrze, synku!. A on dalej stał i nie wyruszał z powrotem. Wtedy pytała: No czemu? Biegnij się bawić!. Odpowiadał: Jeszcze się nie uśmiechnęłaś. Wtedy mama się do niego naprawdę, szczerze uśmiechała i Kuba znowu leciał do dzieci.
Pewnego razu znów krzyknął spod okna swoje mamojestemtutaj, a kiedy Jadwiga się wychyliła, zobaczyła, że przytula w ramionach kociątko.
Mamo, dostałem go od cioci, powiedziała, że nazywa się Kacper. Powiedziała też, że będziesz szczęśliwa i że mamy o niego dbać.
Kuba był teraz taki szczery wobec mamy, że Jadwiga nie potrafiła się nie uśmiechnąć. A zaraz potem dodała:
Kacper pewnie głodny. Chodźcie, obaj, dam mu mleka.
Chłopiec z kociakiem wbiegli po klatce schodowej do mieszkania. Szczęśliwy Kuba. Kacper jeszcze nie wiedział, że też może być szczęśliwy.
I tak mieszkali razem, we troje, do czasu aż Jadwiga poznała Wojtka.
Wojtek był w wieku Jadwigi jeszcze nie miał żony, poważny gość, solidny, choć całkiem młody. Pracował na fabryce mebli, niezłe zarabiał. Zaczęło się od tego, że Wojtek wpadał w soboty na noc. Mówił niewiele, jadł dużo, pił ledwo co. Jadwiga zawsze, zanim przyszedł, szykowała butelkę zimnej Żubrówki, wstawiała do zamrażarki i podawała potem Wojtkowi do niej kieliszek taki stary, kryształowy na niskiej nóżce. Te kieliszki Wojtek szczególnie lubił.
Tego dnia było jak zawsze. Wojtek wszedł, w przedpokoju podał Kubie rękę, potem usiadł na kanapie, podczas gdy Jadwiga kończyła swój rytuał przygotowań. Potem zasiedli wszyscy nawet, a może zwłaszcza Kacper, bo Kuba trzymał go na kolanach razem obejrzeli telewizję i poszli na obiad.
Po obiedzie, wedle tradycji, wszyscy się położyli, by odpocząć i wieczorem pójść spacerować do parku.
Gdy Jadwiga zamknęła drzwi do pokoju Kuby i ułożyła się obok Wojtka, głowę kładąc mu na ramieniu, pierwszy raz poruszył temat małżeństwa.
Myślę, że póki co zostaniemy u ciebie. Później się przeprowadzimy, żeby przestrzenniej było. Albo wynajmiemy moje mieszkanie, parę złotych wpadnie. Tylko wiesz, Jadwiga Ja kotów nie lubię. Musisz oddać tego waszego Kacpra.
Kacpra, nie Kacpera poprawiła Jadwiga, nagle spięta.
No tak, Kacpra mruknął i, jakby już dawno wszystko postanowił, dodał: A Kubę wyślemy na wieś do mojej mamy. Tam świeże powietrze, szkoła nawet jest. My jeszcze młodzi, naszych dzieci naprodukujemy co niemiara.
Głowa Jadwigi, leżąca na jego ramieniu, skamieniała. Cicho tak leżeli przez kilka minut. Potem Jadwiga wstała, jakby się wstydziła swego ciała, narzuciła szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących przy fotelu. Wyciągnęła jego spodnie, podała mu i powiedziała:
No, swoje portki zakładaj i spadaj.
Gdzie? zmieszał się Wojtek.
Do matki! Na świeże powietrze. A nam tutaj, naszej trójce, powietrza i w naszym parku nie zabraknie.


