Kiedy Walerian przychodził do Zosi, ona po prostu głupiała na jego oczach. To ze szczęścia. Biegała po mieszkaniu, zaczynała poprawiać fryzurę, chować pod poduszki porozrzucane rzeczy, które przymierzała przed jego przyjściem, a także wyciągać wałki z włosów. Potem pędziła do łazienki, tam czesała się i malowała usta. I dopiero wtedy, taka w pełnej, nieodpartej krasie, wychodziła do niego.
I jak tu się dziwić, że była szczęśliwa? No, sami powiedzcie.
Zosia samotna matka, która tak naprawdę nigdy nie była zamężna. Ot, „zaręczyła się” ze swoim Seryjkiem na miesiąc, może dwa, a potem on wyjechał z ich miasta ponoć do swojej rodzinnej miejscowości, której nazwy Zosia nawet nie zapamiętała. Może był z Mołdawii, a może z Ukrainy? Tutaj dorabiał na lokalnym targu. Kim był? Tego też Zosia nie wiedziała.
Tak to Seryjek, światło jej oczu, odszedł, zostawiając ją lekko w ciąży. Zupełnie odrobinkę. Bo to były jakieś dwa tygodnie, sama jeszcze wtedy nie wiedziała. Dopiero kiedy Seryjek przestał przychodzić do niej na noc i przez ponad miesiąc nie dawał znaku życia, Zosia pojęła, że no jak to delikatnie ująć została sama.
W swoim czasie urodziła jakby odlewany z formy, zdrowego chłopca. I do kogo to podobny! Zosia sama nieziemska piękność, a Seryjek prawdziwy książę z bajki.
Trzeba przyznać z dzieckiem miała szczęście. Był spokojny jak baranek: spał niemal cały czas, a kiedy się budził
…dokładnie i powoli ssał pierś matki. Na szczęście Zosia miała mleka jak solidna mazowiecka krowa. Bez trudu mogłaby wykarmić jeszcze jedno niemowlę.
I prawie nie chorował Franek, jak inne dzieci, na te wszystkie niemowlęce przypadłości.
A imię dała mu po aktorze postanowiła nazwać syna Franciszek, po Franciszku Pieczce, którego zobaczyła raz w starym filmie w telewizji, jak była w ciąży. I tak w metryce zapisano: Franciszek Seryjowicz Borowiak. Zosia potem sto razy powtarzała to sobie w myślach i słuchała, jak to brzmi taka polska opowieść.
Franek był dzieckiem jak złoto. Kiedy Zosi trzeba było gotować obiad czy sprzątać w mieszkaniu, rozkładała na podłodze koc, odgradzała go dookoła krzesłami, a pośrodku sadzała Franka. Dawała mu swoją starą torebkę, wałki do włosów i jakieś szmatki. I Franio bawił się, cichutko, bez grymaszenia, bez płaczu. Nawet kiedy raz Zosia zajrzała z kuchni i zobaczyła, że synek zaklinował głowę między krzesłami (pewnie próbował sam wyjść), on tylko cicho stękał i próbował przesunąć krzesła grubymi rączkami.
Kiedy Franek podrósł, też nie sprawiał kłopotów. Matka bez obaw wypuszczała go na podwórko. Zawsze jednak prosiła, żeby co dziesięć minut podbiegał pod okno (mieszkały na parterze) i krzyknął: Mamo! Jestem tu!
Zegarka nie miał, więc biegał pod to okno co trzy minuty i wołał, aż Zosia nie wychyliła się, żeby mu odpowiedzieć: Dobrze, synku!. A on dalej tam stał. Wtedy pytała: A czemu nie idziesz się bawić?. Odpowiadał: Bo nie uśmiechnęłaś się do mnie. Wtedy dopiero matka uśmiechała się naprawdę i Franek wracał na boisko do dzieci.
Raz zawołał swoje mamojestem, a kiedy Zosia wyjrzała przez okno, zobaczyła, że tuli do siebie małego kotka.
Mamo, ciocia mi go dała. Powiedziała, że nazywa się Mikołaj. I jeszcze mówiła, że będziesz się cieszyć i żebyśmy o niego dbali.
Franek był wtedy taki szczery, że Zosia mogła tylko się do niego uśmiechnąć. A potem powiedziała:
Mikołaj pewnie głodny. Chodźcie do domu, dam mu mleka.
No i biegli do klatki. Szczęśliwy Franek. Mikołaj na razie szczęśliwy nie był, ale to się jeszcze miało zmienić.
I tak sobie żyli we trójkę, póki Zosia nie poznała Waleriana.
Był równolatkiem Zosi. Kawaler, jeszcze nieżonaty. Porządny facet, poważny, choć wcale nie stary. Pracował w fabryce mebli i dobrze zarabiał. Zaczął przychodzić do Zosi w soboty na noc. Mówił mało, jadł dużo, pił raczej symbolicznie. Zawsze na niego czekała schłodzona wódka, podawana w kryształowym kieliszku Walerian szczególnie te kieliszki lubił.
Tego dnia było jak zwykle. Przyszedł Walerian, w przedpokoju uścisnął Frankowi dłoń, usiadł w pokoju, podczas gdy Zosia kończyła swoje przygotowania. Potem całą czwórką bo i Mikołaj siedział na kolanach Franka oglądali telewizję, a później poszli na obiad.
Po obiedzie, jak było w tradycji, położyli się wszyscy na chwilę, żeby odpocząć przed wieczornym spacerem w parku.
Kiedy Zosia zamknęła drzwi od pokoju Franka i ułożyła się obok Waleriana, po raz pierwszy zaczął rozmowę o ślubie:
Myślę, że na razie zamieszkamy u ciebie. Potem się przeniesiemy gdzieś, gdzie więcej miejsca. Moje mieszkanie można by wynająć, żeby mieć dodatkowy dochód Tylko wiesz co, Zosiu Kotów nie lubię. Trzeba będzie oddać waszego Mikołaja
Mikołaja poprawiła Zosia, z wyczuwalnym napięciem w głosie.
No tak, Mikołaja zamyślił się, a potem poważnie, jakby decyzję dawno podjął, dodał:
A Franka wysyłamy do mojej mamy na wieś. Tam powietrze świeże, szkoła też jest. My młodzi jesteśmy swoich dzieci narobimy jeszcze całą gromadkę.
Głowa Zosi na jego ramieniu zesztywniała jak kamień. Tak przeleżeli w ciszy kilka minut. Potem Zosia wstała, skrępowana, jakby nigdy nie widział jej rozebranej, włożyła szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących na krześle. Wzięła jego spodnie, podała mu je i powiedziała:
O, masz tu swoje nieuprane portki Zakładaj i wynoś się
Dokąd?
Do swojej mamy, na wieś. Tam sobie pooddychaj świeżym powietrzem A nam, tej trójce, świeżego powietrza wystarczy w naszym parku
Bo miłość to nie tylko planowanie własnych wygód to też przyjęcie z miłością bliskich i ich szczęścia. Nie każda kobieta zgodzi się oddać dziecko i porzucić przyjaciela, byle zasłużyć na cudzą obecność. Czasem prawdziwe szczęście kryje się nie w tym, co nowe, ale w tym, co już zbudowaliśmy razem.


