Kiedy Waldek przychodził do Zosi, to ona, nie dość, że głupiała w oczach, to jeszcze rozkwitała jak pelargonia na parapecie w maju. To z tej radości, no przecież jasne! Zaczynała krzątać się po kawalerce, układać na chybcika porozrzucane fatałaszki (te, które przed chwilą przymierzała, bo przecież chciała wyglądać bosko przed Waldkiem), a z włosów wyjmowała papiloty szybciej, niż kot pędzi do kuchni na szynkę. Potem gnała do łazienki tam malowała usta na czerwono, czesała grzywkę i ściskała sobie policzki, żeby rumieniec był solidny. I wtedy, taka wystrojona, wreszcie wychodziła do niego.
A jakże jej miało nie być wesoło? Przecież pomyślcie sami! Zosia samotna mama, której nawet do porządnego ślubu nigdy nie było po drodze. Ot, popodkochiwała się chwilę w swoim Stasiu, a potem chłop odjechał w Polskę rodzimą czy raczej… w sumie sama nie wiedziała, czy był z Białegostoku, czy z Kalisza, bo mój Boże, pomieszczenie na rynku wynajmował, skąd przyjechał, to nie pamiętała. A robił tam to już zupełna zagadka.
Toteż pojechał jej książę, zostawiając Zosię ciutkę w ciąży. Chyba dwa tygodnie minęły, nawet sama jeszcze nie była pewna. Dopiero kiedy Staś przestał przychodzić na noc, najpierw dzień, potem tydzień, potem miesiąc, Zosia się zorientowała, że, hmm… jakby to powiedzieć kulturalnie została z dzieckiem we własnym brzuchu.
Jak przyszło co do czego, urodziła jakby spod igły chłopaczka. Przystojnego, aż głowa mała! No i skąd? Po mamie, rzecz jasna (Zosia była nieziemsko ładna), a Staś na tamte czasy ideał.
Do dziecka miała naprawdę szczęście. Mały był spokojny jak sum w karpiowni: spał niemal cały czas, a jak już się budził… z zapałem walił swoją gębusią w pierś Zosi. A u niej mleka jak u krówki od najlepszej gospodyni! Spokojnie mogłaby jeszcze jedno niemowlę wykarmić i nawet by tchu nie zgubiła.
Sama była zdziwiona, bo Staś, nazwany tak od Stanisława Tymuły, aktora, którego zobaczyła przypadkiem w „Człowieku z marmuru”, nie chorował ani kaszelek, ani katar. Gdy Zosia była w ciąży, trafiła na ten film i uznała, że jej chłopak grałby księcia, więc lepszej alternatywy na imię nie było. Tak więc wpisali w akcie urodzenia: „Stanisław Stasiak”. Powtarzała to sto razy pod nosem i aż jej się serce grzało jak piec kaflowy zimą.
Staś był dzieckiem pogodnym. Kiedy mama musiała ugotować obiad albo błyskawicznie ogarnąć bałagan, rozkładała na podłodze koc, obstawiała starymi stołkami i w środek sadzała małego królewicza. Dawała mu swoją wysłużoną torbę i parę papilotów, czasem jakąś szmatkę. Chłopczyk bawił się w milczeniu, bez marudzenia ani kaprysów. Nawet gdy raz wsadził głowę między szczebelki stołka (chyba próbował wyjść na szerokie wody), nie płakał, tylko coś tam pod nosem pomrukiwał i próbował rozszerzyć świat swoimi pulchnymi łapkami.
Im bardziej Staś rósł, tym mniej było z nim problemów. Zosia wypuszczała go na podwórko, ale kazała mu co dziesięć minut podbiegać pod ich okno na parterze i krzyczeć: Mamo, jestem! Zegarka nie miał, więc biegał pod okno co trzy minuty, tak na wszelki wypadek, dopóki Zosia nie spojrzała przez firankę i nie odpowiedziała: W porządku, synu! On wtedy stał jeszcze chwilę i pytał: A czemu nie uśmiechnęłaś się? Zosia się uśmiechała, tak naprawdę od serca, nie dla zasady i chłopak znowu gnał do kumpli na podwórko.
Pewnego dnia Staś wykrzyknął swoje mamo-jestem i kiedy Zosia podeszła do okna, zobaczyła, jak tuli kota.
Mamo, ciocia mi dała. Powiedziała, że nazywa się Bonifacy. I że będziesz się cieszyć i żebyśmy się nim zajęli razem!
Mały był wtedy tak szczery, że Zosia, jak to Zosia, tylko się uśmiechnęła, bo co miała zrobić? A potem mówi:
Bonifacy pewno głodny. Wchodźcie obaj, dam mu mleko.
I Staś z kotem w rękach pognał do klatki schodowej. Szczęśliwy chłopak. Bonifacy może jeszcze nie aż tak szczęśliwy, ale się postara przeżyć.
I tak sobie żyli we troje, dopóki Zosia nie poznała Waldka.
Waldek był równolatkiem Zosi, kawaler nigdy nie był żonaty. Porządny chłop, solidny, nie najmłodszy, ale i nie leciwy. Pracował na fabryce mebli, zarabiał przyzwoite pieniądze. W soboty zaczął wpadać do Zosi na noc. Małomówny, jadł za dwóch, pił powiedzmy skromnie. Zawsze Zosia szykowała flaszkę dobrej czystej, którą schładzała w zamrażarce, a do tego wyciągała kieliszeczek-królewiątko taki z grubego szkła, na krótkiej nóżce. Waldkowi szczególnie przypadły do gustu te kieliszki.
I akurat tego dnia wszystko było jak zwykle. Przyszedł, jeszcze w przedpokoju uścisnął rękę Stasiowi, usiadł na wersalce, podczas gdy Zosia wykańczała swoje rytuały. Potem we trójkę a nie, w czwórkę, bo przecież i Bonifacy był obecny (Staś trzymał go na kolanach) obejrzeli telewizję i poszli na obiad.
Po obiedzie, jak tradycja nakazuje, położyli się odpocząć, bo wieczorem mieli wyjść na spacer do parku.
Kiedy Zosia zamknęła drzwi do pokoju syna i wsunęła się do Waldka, opierając głowę na jego ramieniu, Waldek po raz pierwszy poruszył temat małżeństwa:
Wiesz co, Zosiu, myślę, że na razie pomieszkamy tutaj. Ale potem to się jakoś większe lokum ogarnie. Może wynajmiemy moją kawalerkę na Ochocie? Zawsze to parę dodatkowych złotych wpada… Ale wiesz, Zosiu, jest jeden mały problem. Ja kotów nie lubię. Bonifacego… no, musisz jednak komuś oddać.
Bonifacy, poprawiła go Zosia, zerkając podejrzliwie.
Tak, tak, tego Bonifacego…
Długo coś tam rozważał w głowie i na koniec, jakby sprawa już dawno przemyślana, dorzucił:
A Stasia wyślemy do mojej mamy na wieś. Przecież tam świeże powietrze, szkoła jakaś jest. A my młodzi jeszcze sobie swoje dzieciaków narobimy, co? Na kupę!
Głowa Zosi na jego ramieniu zamieniła się w kamień. Tak leżeli w milczeniu kilka minut, aż w końcu Zosia zawstydzona, jakby pierwszy raz ktoś ją widział nago wstała, owinęła się szlafrokiem, podeszła do fotela, gdzie leżały rzeczy Waldka. Wyciągnęła jego spodnie, podała mu i mówi:
No dobrze, tu masz swoje nieświeże portki… Ubieraj je i marsz!
Ale dokąd?
Do mamy, na wieś! Tam powietrze przecież krystaliczne. A nam, trojgu, świeżego powietrza wystarczy w naszym parkuWaldek wstał bez słowa, spodnie zarzucił na jedną nogawkę, potem na drugą, jeszcze spojrzał w stronę Zosi jej wzrok był twardy jak zima w grudniu, co nie zaszła od lat. Chrząknął, coś pod nosem zamruczał, ale już wiedział, że na białego kota nie wygra, a Stasia Zosia nikomu nie odda.
Wyszedł, cicho domknął drzwi. W tej ciszy Zosia usłyszała skrzypienie wersalki pewnie Staś już czekał, czy wróci wesołość, czy mama znowu się uśmiechnie. Weszła do małego pokoju. Staś patrzył wielkimi oczami, w których odbijała się cała jej siła i całe jej życie.
Mamo, a Bonifacy może zostać?
Zosia uklękła przy synku i przytuliła go mocno, aż kot syknął urażony, lecz nawet on zaraz się w nią wtulił, mrucząc głośno jak traktor w polu.
Może, skarbie. Nas się tak łatwo nie pozbędzie. Nikogo ani syna, ani kota, ani nawet tych starych papilotów, które szczęście przynoszą.
Staś rozjaśnił się uśmiechem, jakby ktoś zapalił światło w całym mieszkaniu. A Zosia o dziwo też się uśmiechnęła, szeroko, z ulgą. Z okna nadciągał zapach lipowych kwiatów i krzyk dzieci z podwórka. Słońce odbiło się w szybie, jakby mrugało do nich porozumiewawczo.
I tak zostało. W trójkę, a jeśli liczyć szczęście to co najmniej w czwórkę.


