Na kuchni unosił się zapach smażonych kotletów. Kinga zręcznie przewracała je na patelni, czekając na ten idealny, chrupiący, złocisty kolor. Mały Staś cicho pochrapywał w łóżeczku w sąsiednim pokoju. Dzień był wyczerpający — nieprzespana noc, pranie, sprzątanie, gotowanie, znów pieluchy. I wszystko sama.
Nagle — krzyk. Ten płacz, od którego matkom krew ścina się w żyłach.
— Piotr, zajmij się Stasiem! — krzyknęła Kinga, nie odwracając się, ale mając nadzieję na reakcję męża.
Cisza.
Rzuciła łopatkę, zostawiła patelnię na gazie i pobiegła do pokoju. Wzięła synka na ręce, przytuliła, uspokoiła. Gdy wróciła, poczuła — kotlety się przypaliły. Zapach spalenizny rozniósł się po kuchni.
— No to wszystko, kotlety do śmieci. Dzięki, Piotr — powiedziała z goryczą.
Syn znów zaczął kwilić. A Piotr? Siedział jak przyklejony przed telewizorem. Leciał jego ulubiony mecz.
— Piotr! Nic nie ogarniam! Zajmij się dzieckiem! — krzyknęła Kinga, podnosząc głos. I wtedy z pokoju rozległ się entuzjastyczny wrzask:
— GOOOOOOL!!!
Od tego krzyku Staś zaczął płakać jeszcze głośniej.
Kinga znów podbiegła do synka, przycisnęła go do piersi. Już nie czuła zmęczenia — wszystko w niej wrzało. Wróciła do kuchni, usiadła przy stole, zamykając oczy. Potem podeszła do męża.
— Piotr, proszę. Zabierz Stasia na spacer. Muszę skończyć w kuchni, a i sama muszę złapać oddech…
— Co ty, nie widzisz? Jestem zajęty! — machnął ręką, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Wystarczy. Mam dość — powiedziała zimno. — Ciesz się swoją wolnością, Piotrusiu. Wychodzę. Do mamy.
Spakowała rzeczy, zebrała malucha. Wózkiem pomógł sąsiad — właśnie wychodził z klatki. Godzinę później Kinga stała pod drzwiami rodzinnego domu.
— Mamo, zamieszkamy z Tobą na trochę. Na krótko. — Głos jej drżał, ale w oczach była determinacja.
— Zostańcie, ile potrzebujecie — powiedziała matka. — Pokłóciliście się?
— Nie, po prostu jestem zmęczona. Ty masz urlop — pomóż mi trochę, dobrze?
Wieczorem zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu — „Piotr”.
— Kinga, gdzie ty poszłaś? — spytał zdezorientowany.
— Powiedziałam ci wszystko, kiedy wychodziłam. Albo mecz był ważniejszy?
— Nic nie słyszałem… — mruknął.
— Właśnie w tym problem — nie słyszysz. Mnie. Naszego syna. Tylko siebie i piłkę na boisku.
— Znów zaczynasz — burknął i rozłączył się.
Po godzinie — kolejny telefon:
— A gdzie obiad? Czemu nie ugotowałaś?
— A ty dlaczego mi nie pomogłeś? Nie zdążyłam. Wiesz dlaczego? Bo wszystko jest na mojej głowie.
— I kiedy wrócisz?
— Nie wiem. Może za miesiąc. Może za dwa.
— To po co w ogóle wychodziłaś za mąż, skoro nie umiesz się od mamy oderwać?!
— Po co? — jej głos stał się ostry. — Żeby gotować dla ciebie, sprzątać, prać i słuchać o twoim futbolu?! Tego marzyłam w dzieciństwie! Prawdziwa bajka!
— Chcesz, żebym się „babską” robotą zajmował? Nie doczekasz! Wole się rozwieść, niż być pod pantoflem!
— No to się rozwiedź. — Rozłączyła się.
Matka, siedząca w sąsiednim pokoju, podeszła:
— Pokłóciliście się jednak, co?
— Mamo… ja nie jestem sprzątaczką. Mam nieprzespane noce. Nie proszę o wiele — tylko o pomoc. A on wrzeszczy: „Rozwód!” Niech się toczy.
— Kinga, nie unoś się. Tak, on nie ma racji. Ale ojciec też jest dziecku potrzebny. Może jeszcze nie wszystko stracone.
Minął tydzień. Telefon.
— Kinga, tęsknię… Przyjedź — głos męża brzmiał żałośnie.
— Dopiero zaczęłam dochodzić do siebie. Dzięki mamie.
— Więc nie wrócisz? — ton się zmienił.
— Wrócę. Jeśli pomożesz. Nie proszę, żebyś w nocy wstawał. Ale w weekendy — proszę. Jesteś ojcem.
— Nie doczekasz! Jestem facetem, nie babą! Kobiece zajęcia — niech kobiety robią!
Minął miesiąc. Staś już spał w nocy. Kinga wreszcie odetchnęła. W sobotę podeszła do matki:
— Mamo, pojadę do Piotra. Chcę spróbować się pogodzić. Potem razem po Stasia przyjedziemy.
— Dawno powinn— Dobrze, córeczko, idź i spróbuj jeszcze raz — powiedziała matka, patrząc z nadzieją, jak córka wychodzi za drzwi, nieświadoma, że tym razem już nic nie będzie takie samo.



