Kiedy magiczny kot Merlin pojawił się w autobusie Anny – historia o warszawskiej kierowczyni, zagini…

Kot patrzył na mnie bez słowa. Westchnęłam, zebrałam w sobie odwagę i wyciągnęłam rękę w jego stronę, mając nadzieję, że skórzane rękawy mojej kurtki uchronią mnie przed pazurami tego futrzastego pasażera na gapę…

Zmiana dobiegała końca, więc poszłam na tył autobusu, dokładnie zaglądając pod każde siedzenie.

Autobus był dla mnie jak drugi dom, a w domu zawsze miałam porządek. Może dlatego, że nie miałam komu robić bałaganu?

Aniu, czas już się za męża zabrać mówiły ciotkidyspozytorki w zajezdni. Już prawie trzydziestka, a ty wciąż sama. No i ta twoja robota nie dla kobiet, tacy pasażerowie czasem potrafią być nieznośni, a panowie nie mają tyle cierpliwości!

Trafiają mi się mili ludzie odpowiadałam. I lubię tę pracę. A mąż to nie kot czy pies, żeby go zakładać!

Ciotki wymieniały porozumiewawcze spojrzenia. Wiedziały przecież, że z mężem więcej roboty niż z futrzanym zwierzakiem.

To może przynajmniej kota sobie spraw radziły Zawsze raźniej!

Wzdychałam:

Na razie kot się nie chce zainstalować odpowiadałam, wracałam do mieszkania, włączałam muzykę i szykowałam dla siebie kolację, czytałam i szłam spać…

Dni mijały podobne do siebie jak dwie krople wody. Weekendów nie lubiłam wtedy czasu miałam aż za dużo. W takie dni wsiadałam w autobus i jechałam gdzieś, by czuć się pasażerką, którą ktoś wiezie w piękne, szczęśliwe życie.

Ten dzień nie różnił się od innych. Skończyłam zmianę, znów zabrałam się za porządki w autobusie.

Kiedy zajrzałam pod ostatnie siedzenie, aż odskoczyłam. Dwoje błyszczących oczu patrzyło na mnie spod fotela!

No cześć, kim ty jesteś? Kici kici! Jak się tam znalazłeś? przykucnęłam. Zgubiłeś się?

Kot patrzył na mnie bez słowa.

Westchnęłam, zebrałam się w sobie i sięgnęłam po niego, licząc, że kurtka ochroni mnie przed jego pazurami.

Pozwolił się wyjąć i wtedy mogłam mu się lepiej przyjrzeć.

Był przepiękny.

Nie znałam się na rasach, ale jego mordka i niesamowite futro wskazywały na persa. Na szyi miał obrożę z medalikiem.

Merlin przeczytałam, obracając kota. To co, jesteś tym wielkim magiem i czarodziejem?

Kot ziewnął, nie zaprzeczając.

I co ja mam teraz z tobą zrobić, wasza magiczność? stwierdziłam, że kot o takim imieniu zasługuje na szacunek. Będziemy szukać twoich właścicieli?

Kot spojrzał na mnie z tym swoim a skąd mam wiedzieć? i przeciągnął się, jakby dawał do zrozumienia, że chętnie by coś zjadł i się przespał.

W tej sytuacji wybór był prosty. Choć właściwie dwa wybory, ale kto, mając serce, zostawiłby takiego pasażera na ulicy?!

No dobrze powiedziałam zdecydowanie dziś zostajesz u mnie, a jutro wydrukuję ogłoszenie z twoim zdjęciem. Może ktoś cię szuka i martwi się o ciebie!

Kot nie protestował. Jednak, ledwo ruszyłam w stronę wyjścia, zaczął się wyrywać z moich rąk.

Co się stało? nie rozumiałam kociego języka, ale Merlin sam zeskoczył na podłogę i pognał pod siedzenie, skąd wrócił z czymś w zębach.

Pokaż, co tam masz? nachyliłam się.

Kot położył na mojej dłoni los na loterię.

No nie, to dopiero! spojrzałam zaskoczona. Twój opiekun zgubił cię i jeszcze los na loterię?

Kot spojrzał wymownie, jakby mówił: Chodźmy już do domu!

Przez całą drogę do mieszkania zastanawiałam się, czy w ogłoszeniu napisać o tym losie. A jeśli ktoś skłamie i powie, że jest właścicielem kota, tylko po to, by zgarnąć wygraną?

Trzeba będzie postąpić sprytniej! Ale przedtem wypadałoby kupić coś dla mojego gościa.

Co byś chciał? zapytałam w sklepie, gapiąc się na półki z kocim jedzeniem.

Merlin obejrzał kilka saszetek, po czym zdecydowanie wybrał jedną i pacnął ją łapą tak, że musiałam się pochylić.

To tę, tak? upewniłam się.

Złapał ją zębami, wątpliwości rozwiane.

Jesteś mądrzejszy niż niejeden pasażer pochwaliłam go.

Zrobiłam też zakupy dla siebie i wróciliśmy do mieszkania…

Rozgość się! odstawiłam kota na podłogę.

Merlin natychmiast zabrał się za eksplorację, a ja ruszyłam do kuchni. Nie miałam kociej miski, więc przeznaczyłam dla niego dwa talerzyki.

Po kolacji, gdy kot już jadł, zrobiłam mu zdjęcie i przygotowałam ogłoszenie ani słowa tam o imieniu czy o losie na loterię.

Wydrukowałam je i pokazałam Merlinowi.

No, wyglądasz super! pochwaliłam go. Jutro powieszę w autobusie, może właściciel się znajdzie! Ojej…

Zrozumiałam, że jutro mam zmianę, a kota nie mam gdzie zostawić…

Zabrać go ze sobą? Nie da rady, rozpraszałabym się, a roztargniony kierowca to zagrożenie dla wszystkich. Samotnie zostawić? To dla kota ogromny stres, ledwo się przecież odnalazł!

I wtedy przypomniałam sobie o Kamilu, sąsiedzie z klatki. Pracuje w domu, nie musi siedzieć w biurze, wystarczy mu laptop i internet.

Czasem mijaliśmy się na schodach, gdy kończyły mu się zapasy. Był wysoki, trochę niezdarny, w okularach.

Uśmiechaliśmy się do siebie, potem każdy szedł w swoją stronę. Ale Kamil na pewno da radę zaopiekować się kotem.

Zebrałam w sobie odwagę i zadzwoniłam do sąsiada. Otworzył Kamil w rozciągniętych spodniach i kapciach, potargany i zaspany. Spojrzał na mnie zaskoczony.

Wytłumaczyłam sprawę, starałam się brzmieć przekonująco. Ale nawet nie trzeba było negocjować skinął głową i wziął ode mnie zapasowy klucz.

Na moment zrobiło mi się przykro niemal mnie nie zauważył. Westchnęłam i wracałam do siebie.

Kici kici! Merlin, gdzie jesteś?

Kot siedział przy drzwiach na balkon, dając mi wyraźnie znać, że chce wyjść!

Wahałam się chwilę, ale uznałam, że tak mądry kot z ósmego piętra nie będzie skakać. Otworzyłam drzwi i razem wyszliśmy na balkon.

Merlin wskoczył na poręcz, aż poderwałam się, żeby go przytrzymać.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem i wyniosłością, potem odwrócił się i podniósł głowę do nieba. Głaskałam jego futro, patrząc w tym samym kierunku… Widziałam gwiazdy.

Nad nami tysiące świetlistych oczu. Jedna z nich spadła, tocząc się po niebie jak łza.

Kot otarł się o moją dłoń, podpowiadając: No, pomyśl coś!. Pomyślałam…

Zasypiałam tej nocy natychmiast, bez filmu czy książki. Może dlatego, że tuż obok mruczał futrzasty Merlin?

Rano dałam ostatnie instrukcje zaspanym Kamilowi i ruszyłam do pracy.

Przez cały dzień jeździłam po Krakowie z ogłoszeniem w autobusie, ale nikt nie zareagował.

Poczułam się trochę winna, ale i pełna radości wracałam do domu jak na skrzydłach, bo tam ktoś na mnie czekał…

W mieszkaniu pachniało kawą. Dobrą, świeżo parzoną. Sama zwykle piłam rozpuszczalną, więc różnica od razu uderzyła w nos.

Trochę sobie pozwoliłem przyznał Kamil. Nie gniewaj się, ale twoja kawa to porażka. Przyniosłem swoją, zaparzyłem. Napijesz się?

Z przyjemnością! ucieszyłam się. A gdzie Merlin?

Kot natychmiast pojawił się w korytarzu, zadowolony, ocierając się o moją nogę.

Twój Merlin ma się świetnie pochylił się Kamil, żeby go pogłaskać. Szczerze, dawno tak nie odpocząłem. Myślałem, że popracuję, ale odpaliłem komputer i zrozumiałem, że mi się nie chce…

Przypomniało mi się, że dawniej pisałem bajki. I tak jakoś same palce zaczęły stukać napisałem bajkę o kocie.

Pokażesz? zapytałam z zaciekawieniem.

E, głupotka! niby się wzbraniał, ale widziałam, że chciał pokazać.

Jasne, że chcę! Uwielbiam bajki, właściwie to fantasy, ale to prawie to samo! zapewniłam gorąco.

Kamil się poddał.

Potem piliśmy pyszną kawę, czytając jego bajkę; Merlin siedział obok i patrzył na nas pobłażliwie, jakbyśmy byli kociakami.

Bajka bardzo mi się spodobała. Gdy Kamil wrócił do siebie, zrobiło mi się troszkę smutno. Ale został Merlin.

I wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Kot zerwał się i dostojnie przeszedł w tamtą stronę. Zapytałam:

Kto tam?

W sprawie ogłoszenia odpowiedział ktoś spoza drzwi.

Przez myśl przeszło mi, żeby nie otwierać, ale byłoby to nieuczciwe, więc otworzyłam. W progu stał wysoki, starszy mężczyzna w czarnym płaszczu. Uśmiechał się.

Nie martw się, dziecko. Naprawdę przyszedłem po kota i od razu powiem, że zwie się Merlin. O, jest i on.

Kot natychmiast wskoczył mu na ręce nie było wątpliwości.

Proszę, wejdź powiedziałam cicho.

Chciało mi się płakać. Jak można się tak przywiązać do kota w jeden dzień! Starszy pan wszedł, rozejrzał się i tak mi się zdawało porozumiał wzrokiem z kotem.

Zaproś mnie na kawę poprosił.

Zaparzyłam kawę, na szczęście Kamil zostawił swoją w pięknym słoiku. Przez cały czas starszy pan i Merlin patrzyli na siebie, jakby prowadzili rozmowę bez słów.

A tak w ogóle przerwał ciszę starszy mężczyzna nic więcej pani nie znalazła?

Poczerwieniałam. Przyniosłam los na loterię.

To dla pani uśmiechnął się.

Ale to pana los! zaprotestowałam.

Ale to pani go znalazła, Merlin się zgadza uśmiechał się dalej.

A jeśli jest wygrany? zapytałam.

A pani naprawdę tak łatwo rezygnuje z szansy na odrobinę szczęścia? odparł.

Opuściłam oczy. Przecież właśnie tego życzyłam sobie na spadającą gwiazdę…

Daj szansę szczęściu, droga pani uśmiechnął się raz jeszcze. I nie smuć się, jeszcze się zobaczymy. Gdy wrócisz…

Skąd wrócę? chciałam zapytać, ale już wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Kiedy przekręcił klucz, poczułam, że zasypiam, ledwie dotarłam do łóżka. Śniła mi się bajka Kamila o potężnym czarodzieju, który potrafił tylko dbać o siebie. Jego magia nikomu nie sprawiła szczęścia, został za to zamieniony w kota.

I miał chodzić po ziemi w tej postaci, dopóki czar nie zniknie…

Następnego ranka znów ruszyłam do pracy, ale dziś słońce świeciło jakby mocniej, pasażerowie się uśmiechali, autobus śmigał przez Kraków weselszy niż zwykle.

No i rzeczywiście sprawdziłam los i prawie się nie zdziwiłam, gdy wygrałam wyjazd nad Bałtyk. Bardziej zaskoczyło mnie, że kierownik powiedział:

Jedź się porządnie wypocząć, Aniu! Chłopaki cię zastąpią, nie martw się!

Potem było morze, gwiazdy i uczucie, jakbym odnalazła siebie na nowo…

Wróciłam radosna i szczęśliwa, przywiozłam muszle i to morze, które teraz szumiało gdzieś we mnie.

Gdy otwierałam drzwi, wyszedł na klatkę Kamil. Wysoki, trochę nieśmiały, potargany.

Ktoś u ciebie był wczoraj powiedział. Kazał przekazać… wpatrywał się we mnie i w końcu powiedział: Jakaś inna jesteś. I bardzo ładna.

Dziękuję uśmiechnęłam się. A co mieli mi przekazać?

Kamil palnął się w czoło i zniknął w mieszkaniu. Wrócił z szarym, puszystym kociakiem na rękach. Jego pyszczek był dziwnie znajomy.

Zresztą wszystkie persy mają taki odrobinę dumny.

To syn twojego kota… tego, którego znalazłaś w autobusie. Ma na imię Artur.

Starszy pan powiedział, że tylko ty możesz wychować takiego kota, tu zawahał się. A właściwie… powiedział, że tylko my.

Jak to? serce mi zabiło mocniej.

Powiedział, że tylko nam mogą powierzyć jego wychowanie wyznał Kamil.

Miau! potwierdził Artur i wyciągnął się do mnie.

Wyciągnęłam dłoń i spotkałam drugą dłoń Kamila. I świat stał się trochę cieplejszy i prostszy, pojawiło się w nim zwyczajne, dobrotliwe szczęście…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden + 3 =

Kiedy magiczny kot Merlin pojawił się w autobusie Anny – historia o warszawskiej kierowczyni, zagini…