Miała czterdzieści jeden lat, kiedy ojciec zmarł we wtorek rano, dwudziestego trzeciego czerwca, zostawiając po sobie warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Radomiu i dwie córki, które od dwunastu lat prawie ze sobą nie rozmawiały.
Agata prowadziła ten warsztat razem z nim przez ostatnie sześć lat. Przychodziła o siódmej, otwierała bramę, parzyła kawę w tym samym dzbanku co on — kawa zawsze stygła na biurku, bo zawsze coś było ważniejsze niż jej wypicie — rozpisywała zlecenia w zeszycie, bo ojciec nie ufał komputerom. Znała każdego klienta z imienia, wiedziała, komu trzeba dać dwa tygodnie na spłatę faktury, a komu przypomnieć telefonem. Jej młodsza siostra, Karolina, mieszkała w Warszawie, pracowała w agencji reklamowej i do Radomia przyjeżdżała na święta, czasem na urodziny matki, która zmarła jeszcze wcześniej, dziewięć lat temu.
Na pogrzebie Karolina stała z boku w czarnym płaszczu od dobrego projektanta, płakała cicho, przyjmowała kondolencje jak ktoś przyzwyczajony do rozdawania wizytówek. Agata przez całą mszę trzymała w kieszeni klucz do bramy warsztatu — ten sam, który nosiła codziennie od sześciu lat, wygładzony na krawędziach od ciągłego dotykania.
Tydzień później przyszło pismo od notariusza. Testament, spisany trzy lata wcześniej, mówił jasno: nieruchomość przy Kolejowej, razem z działalnością gospodarczą, dziedziczą obie córki po połowie.
— Po połowie — powtórzyła Karolina przez telefon, i w tym jednym słowie było tyle spokoju.
— To sprzedajemy, dzielimy pieniądze, i każda robi, co chce ze swoją połową.
— To nie jest mieszkanie, Karolina. To warsztat. Z klientami, z pracownikami, z umowami serwisowymi na trzy lata do przodu.
— Więc kup moją część.
Agata nie miała pojęcia, ile mogłaby kosztować połowa warsztatu razem z gruntem w tej części miasta. Zapytała rzeczoznawcę. Liczba, którą usłyszała, kazała jej usiąść na starym fotelu biurowym w gabinecie ojca, tym z pękniętą skórą na oparciu, i siedzieć tak z kartką w ręku, dopóki mechanik zza ściany nie zawołał, że klient czeka na wycenę.
Trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Tyle musiałaby zapłacić siostrze, żeby zostać jedyną właścicielką miejsca, w którym spędziła całe dorosłe życie, wdychając zapach oleju silnikowego i słysząc, jak metal uderza o metal w hali obok biura.
— Nie mam takich pieniędzy — powiedziała wtedy przez telefon. — Wiesz, że nie mam.
— To weź kredyt. Banki dają teraz kredyty pod zastaw nieruchomości.
— Pod zastaw czego? Warsztat jest jedynym, co mam.
Karolina milczała chwilę.
— Tata zawsze traktował cię lepiej. Ty dostałaś warsztat za życia. Ja dostałam tylko obietnice wyjazdów, których nigdy nie było, bo w sezonie letnim nie mógł zamknąć bramy nawet na tydzień. Pamiętasz to Chorwacje, co miały być, a nie było?
— To nie jest to samo, Karolina.
— Dla ciebie nie.
Dwa miesiące ciągnęły się rozmowy, w których nikt nikogo nie słuchał do końca. Telefon dzwonił w środku zdań i zostawał nieodebrany. Agata próbowała tłumaczyć mechanikom, dlaczego zlecenia się opóźniają, dlaczego nie może obiecać, że warsztat nie zostanie sprzedany deweloperowi budującemu bloki dwie ulice dalej. Jeden z pracowników, pan Zenon, który u ojca przepracował dwadzieścia dwa lata, wsadził głowę do gabinetu i zapytał wprost, czy ma szukać innej pracy.
— Jeszcze nie wiem — odpowiedziała Agata, i wróciła do papierów, bo nie miała nic więcej do dodania.
We wrześniu Karolina przyjechała do Radomia sama, bez zapowiedzi, z teczką dokumentów od swojego prawnika. Usiadła w tym samym gabinecie, na krześle naprzeciw fotela ojca, i położyła teczkę na biurku obok zeszytu ze zleceniami i kubka zimnej kawy, którego Agata nie zdążyła jeszcze sprzątnąć.
— Znalazłam kupca — powiedziała. — Deweloper daje siedemset tysięcy za całość, grunt razem z budynkiem. Podpisujemy razem, dzielimy po połowie, i każda idzie w swoją stronę.
Agata odsunęła kubek, otworzyła zeszyt ze zleceniami, ten sam, w którym ojciec zapisywał adresy klientów swoim niewyraźnym pismem, i przesunęła go po blacie w stronę siostry.
— Zobacz, ile tu jest ludzi, którzy przyjeżdżają tu od piętnastu lat. Pan Kowalczyk z taksówek, cała flota. Straż pożarna z Kolejowej ma tu umowę serwisową na wozy patrolowe. To nie jest tylko budynek.
— Dla mnie to jest budynek. Ja tu nie mieszkam, nie pracuję, nie znam tych ludzi.
— To nie chodzi o pieniądze, prawda? — Agata zamknęła zeszyt. — Chodzi o to, że przez dwanaście lat czułaś się pominięta, a teraz masz to w ręku i chcesz to rozegrać do końca.
— A ty byś nie chciała? Gdybyś raz, choć raz, miała coś, czego ja nie mam?
Nikt nie odpowiedział na to pytanie. Za ścianą rozległo się metaliczne uderzenie, ktoś opuszczał podnośnik.
Agata poprosiła o dwa tygodnie. Poszła do banku PKO przy rynku, gdzie kasjerka znała ją z widzenia, bo warsztat obsługiwał kredyt na sprzęt jeszcze za życia ojca. Doradca kredytowy policzył zdolność, spojrzał na zeszyt z listą stałych klientów, który Agata przyniosła jako dowód, że firma generuje realny, stabilny dochód, i zaproponował kredyt hipoteczny pod zastaw nieruchomości na trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Reszty, trzydziestu tysięcy, brakowało.
Znalazła je u pana Zenona. Dwadzieścia dwa lata pracy w jednym miejscu znaczyły dla niego więcej niż odsetki, które Agata zaproponowała mu za pożyczkę z oszczędności — pożyczkę, którą spisali u notariusza jako zwykłą, prywatną umowę, bez owijania w bawełnę.
— Wiesz, że jak coś, to ja czekam — powiedział tylko, podpisując. — Nigdzie się nie wybieram.
Spotkanie z Karoliną odbyło się w połowie października, w tej samej kancelarii notarialnej, w której trzy miesiące wcześniej otwierano testament. Agata przyniosła teczkę z potwierdzeniem kredytu, umowę pożyczki od pana Zenona i wyciąg z konta, na którym leżała cała suma — trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych, gotowa do przelania w dniu podpisania.
— To jest oferta rynkowa — powiedziała, kładąc dokumenty na stole notariusza. — Wycena od niezależnego rzeczoznawcy, ta sama, którą pokazywałam ci w czerwcu. Płacę ci twoją połowę w gotówce, na konto, dzisiaj. Ty podpisujesz zrzeczenie się udziału.
Karolina patrzyła na papiery długo, dłużej niż było trzeba, żeby je przeczytać.
— A deweloper dawał więcej.
— Deweloper dawał więcej za grunt pod bloki. Ja daję tyle, ile warsztat jest wart jako warsztat. Nie mogę zapłacić ci więcej, niż mam.
Notariusz, kobieta w okularach z cienką oprawką, poprosiła obie o podpisy w trzech miejscach. Karolina wzięła długopis, przez sekundę trzymała go nieruchomo nad linią podpisu — a potem podpisała, szybko, jednym ruchem, jakby chciała mieć to już za sobą.
— Dawaj, zadzwoń, jak dojedziesz do domu — powiedziała Agata, zbierając papiery.
— Może zadzwonię.
Pieniądze poszły na konto Karoliny tego samego dnia po południu. Agata wróciła do warsztatu, otworzyła bramę tym samym kluczem, który nosiła od sześciu lat, i powiedziała panu Zenonowi, że umowy serwisowe zostają, że nikt nie musi szukać nowej pracy.
— No to co, jest ta osiemnastka do wymiany oleju? — zapytał tylko, wycierając ręce w szmatę, i poszedł do hali.
Zamek w drzwiach gabinetu zaciął się znowu w środę. Agata szarpnęła klamką dwa razy, zaklęła cicho i zadzwoniła do ślusarza.
— O siódmej rano może pan być? — spytała, sprawdzając w zeszycie, kto ma przyjechać na przegląd.
Ślusarz przyjechał o siódmej, wymienił wkładkę w dziesięć minut, wziął sto dwadzieścia złotych i pojechał dalej. Agata dorobiła klucz, powiesiła go na kółku obok tego od bramy, wsadziła do kieszeni fartucha i poszła otworzyć bramę, bo pod warsztatem stał już samochód pana Kowalczyka z taksówek, silnik pracował na jałowym biegu, kierowca patrzył na zegarek.



