Każdego popołudnia, po wyjściu z gimnazjum, Tadeusz szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jeden bark i dzikim kwiatkiem delikatnie trzymanym w dłoni.
**Kwiat, który nigdy nie zwiędzi**
Ulice Sandomierza zawsze pachniały świeżym chlebem i wilgotną ziemią po deszczu. Było to małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali, a plotki roznosiły się szybciej niż wiatr. Pośród tych ulic codziennie przemierzał drogę dwunastoletni chłopiec, chudy, o głębokim spojrzeniu i spokojnym kroku, jakby starszym od swoich lat. Nazywał się Tadeusz Kowalski, a w dłoni zawsze wiózł coś dla kogoś wyjątkowego.
Jego celem był Dom Opieki Jesienne Promienie, stary budynek pomalowany na kremowo, z wielkimi oknami i ogrodem pełnym róż. Nie było dnia, by po szkole nie przestąpił jego zardzewiałej bramy.
Wchodził powoli, witając się ze wszystkimi: z panką Wandą, która dziergała na kocu przy wejściu; z panem Marianem, który zawsze prosił o cukierka; i z personelem, który patrzył na niego z czułością. Wiedzieli, że Tadeusz nie przychodził z obowiązku, ale z wewnętrznej potrzeby, której nie każdy rozumiał.
Szedł na pierwsze piętro, na sam koniec korytarza, do pokoju 107. Tam czekała na niego pani Zofia Nowak, starsza kobieta o włosach białymi jak śnieg i wzroku raz nieobecnym, raz pełnym życia.
Dzień dobry, pani Zofio mówił, odkładając plecak na krzesło. Przyniosłem pani ulubiony kwiat.
A ty kim jesteś, chłopcze? pytała zwykle z łagodnym uśmiechem.
Tylko przyjacielem odpowiadał.
Pani Zofia była niegdyś nauczycielką literatury, elegancką kobietą o silnym charakterze. Ale choroba stopniowo zabierała jej wspomnienia. Dla niej dni się powtarzały, a twarze zlewały w jedno. Mimo to, gdy Tadeusz był przy niej, w jej oczach pojawiał się błysk.
Przez miesiące czytała jej wiersze Mickiewicza i opowiadania Przewoźnika. Czasem malował jej paznokcie na bladoróżowo, innym razem czesał staran



