Kawaler-biznesmen przyszedł do restauracji bez portfela, żeby sprawdzić moją materialistyczną naturę. Wtedy nie straciłam głowy… Oto, co zrobiłam…

Restauracja, do której zaprosił mnie na drugie spotkanie Przemysław, na pierwszy rzut oka przypominała muzeum przepychu: przyciemnione światło, kelnerzy ślizgający się w ciszy jak duchy, eleganckie marmurowe stoliki i fontanna w toalecie (!). On sam idealnie pasował do scenografii garnitur szyty na miarę, zegarek większy niż moja kawalerka w Warszawie i ten wyraz twarzy człowieka, który bez żenady mógłby wystąpić w reklamie kredytów hipotecznych: absolutna pewność siebie podlana nutą samozachwytu.

Zamawiaj, co tylko sobie życzysz rzucił Przemysław leniwie przez ramię, nawet nie zaglądając do karty. Nie lubię, gdy kobieta się ogranicza.

Zabrzmiało to jak cytat z poradnika dla współczesnego dżentelmena, choć w środku coś mnie uwierało. Może to przez jego świdrujące spojrzenie, a może opowieści o złotówkach, które jak stwierdził widziały w nim tylko portfel na nogach.

Wybrałam sałatkę z kaczką i kieliszek białego półwytrawnego. Przemysław poszedł na całość: stek, tatar, butelka amarone. Przez całą kolację snuł opowieści o biznesie, narzekał na moralność społeczeństwa i rozprawiał o duchowej bliskości. Słuchałam z grzecznym uśmiechem, choć czułam się raczej jak na egzaminie magisterskim pod czujnym okiem surowej komisji, niż na miłym spotkaniu.

Monodram Przemysława

Kelner przyniósł rachunek stylowo ukryty w czarnej skórzanej teczce. Mój kompan nie zmienił tematu; przeciągle sięgnął do kieszeni marynarki, potem do drugiej, potem omiótł dłonie po spodniach. Jego twarz rozjaśnił nagły niepokój, ale taki wiecie teatralny.

O rany westchnął, patrząc mi głęboko w oczy. Wydaje mi się, że zostawiłem portfel w biurze. Albo może w drugim aucie?

Rozłożył ręce niczym święty męczennik konsumencki, ale w jego oczach nie gościł żaden niepokój. Nie poprosił kelnera o zaczekanie, nie próbował przelewu przez blik po prostu czekał na moją reakcję.

No cóż, co za pech! rozciągnął się wygodnie na krześle. Uratujesz sytuację? Zapłać za nas, przeleję Ci kasę później lub następnym razem stawiam z nawiązką.

W tej chwili zorientowałam się, że to żadna przypadkowa amnezja portfelowa, tylko test na bystrość i niematerialność duszy. O takich scenariuszach czytałam na grupach dla singielek. Nigdy nie zakładałam, że sama wyląduję w drugim sezonie telenoweli, a już na pewno nie z facetem, którego perfumy kosztują więcej niż moja nowa pralka.

Schemat prosty do bólu: jeśli kobieta płaci za całość, to znaczy, że spoko można grzać się w jej ciepełku i liczyć na ratowanie świata. Jak odmówi materialistka, chciała tylko wydoić typa. Już nie patrzył na mnie jak prezes zarządu, tylko raczej jak uczeń, który nie rozwiązał zadania, a próbuje zwalić winę na system edukacji.

Jego pewność siebie była tak duża, że wydawał się niemal pewny zwycięstwa. W jego wyobrażeniach kobieta powinna w milczeniu sypać kartami z portfela.

Mała zemsta na sucho

Wyjęłam spokojnie portmonetkę. Przemek wyraźnie się rozluźnił zadziałało, przeszłam test na złotą rybkę.

Oczywiście, nie ma sprawy szepnęłam łagodnie i podniosłam wzrok na kelnera.

Proszę podzielić rachunek na pół powiedziałam głośno i wyraźnie. Ja płacę za swoje. Stek, tatar, wino i creme brulee niech opłaci szanowny pan.

Jego uśmiech wyparował szybciej niż zniżka na Black Friday.

Co ty opowiadasz? nachylił się konspiracyjnie. Przecież nie mam portfela.

Rozumiem i współczuję skinęłam głową, płacąc telefonem. Jesteśmy prawie obcy. Zjem swoje i zapłacę za siebie. A za kolację gentlemana, który sam wybrał najdroższą pozycję z karty przepraszam, ale jednak nie zamierzam płacić. Jesteś dorosły, na pewno sobie poradzisz.

Kelner zamarł z terminalem w dłoni, ukradkiem patrząc raz na mnie, raz na mojego biznesmena. Przemek robił się coraz czerwony, a warstwa połysku i pewności siebie odpadała jak lakier na zbyt tanich paznokciach.

Serio? prychnął. O parę stówek? Powiedziałem, że oddam! Chciałem tylko cię sprawdzić!

Udało ci się odpowiedziałam, wstając. Zobaczyłeś kobietę, która nie da sobą manipulować.

Do wyjścia dzieliły mnie trzy kroki, ale wyczułam niedosyt dramaturgii. Zawróciłam, sięgnęłam do portmonetki i wygrzebałam zmiętą dwudziestozłotówkę plus garść drobniaków te same, które wiecznie pałętają mi się na dnie torebki.

No właśnie dodałam przekornie. Skoro portfel w drugim aucie, to pewnie na taksówkę też nie masz?

Położyłam forsę przy jego kieliszku z winem.

Na ZTM starczy. Nie martw się, dojedziesz do domu. Uznałam to za mój wkład w twoją pracę badawczą nad psychiką kobiet.

Kilka osób przy sąsiednich stolikach zerknęło dyskretnie, jakbym właśnie wygrała casting do nowej edycji Pierwszej miłości. Przemysław wyglądał, jakby przed chwilą dostał obuchem w ego.

Wyszłam na chłodną warszawską noc.

Ten wieczór kosztował mnie sałatkę, kieliszek wina i może odrobinę złudzeń niewielka cena za szybkie rozpracowanie charakteru i oszczędzone lata terapii. Mam nadzieję, że wyciągnął wnioski, choć podejrzewam, że w jego przypadku jedyne, co się zmieni, to menu na kolejną randkę.

A wy co byście zrobili na moim miejscu? Ratowali niepamiętającego dżentelmena, czy wybrali zimny, acz sprawiedliwy rachunek sumienia?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × jeden =

Kawaler-biznesmen przyszedł do restauracji bez portfela, żeby sprawdzić moją materialistyczną naturę. Wtedy nie straciłam głowy… Oto, co zrobiłam…