Kawaler–biznesmen przyszedł do polskiej restauracji bez portfela, żeby sprawdzić, czy jestem materialistką. Nie dałam się zbić z tropu… Oto, co wtedy zrobiłam…

Restauracja, do której zaprosił mnie na drugie spotkanie Wiktor, wyglądała jakby ktoś przeniósł tu cały przepych najdroższych lokali Warszawy: przytłumione światło, kelnerzy przesuwający się cicho między stolikami niczym cienie. On sam doskonale pasował do tej scenerii elegancki garnitur, masywny zegarek i ta pewna siebie półuśmiech ludzi przyzwyczajonych zawsze być w centrum uwagi.

Wybieraj, co chcesz rzucił lekko, nawet nie zerkając w menu. Nie znoszę, gdy kobieta się ogranicza.

Brzmiało to efektownie, niemal jak cytat z bajki o wielkodusznym księciu, ale coś nie dawało mi spokoju. Może to z powodu jego oceniającego spojrzenia, może przez te zbyt ochoczo opowiadane anegdoty o byłych, które jak mówił widziały w nim jedynie portfel.

Zamówiłam sałatkę z kaczką i lampkę rieslinga. Wiktor zamówił z rozmachem: stek, tatar, całą butelkę drogiego czerwonego wina. Rozprawiał o biznesie, narzekał na płytkość ludzi, mówił o wartościach i duchowej bliskości. Słuchałam i przytakiwałam, choć miałam wrażenie, jakbym była na egzaminie gdzie w każdej chwili ktoś mógłby zadać podstępne pytanie.

Monodram

Gdy kelner położył na stole czarną, skórzaną oprawę z rachunkiem, Wiktor nie przerwał swojej tyrady. Niezmiennie filozofował o upadku moralności, jednocześnie leniwie sięgając po wewnętrzną kieszeń marynarki, potem drugą, potem poklepał się po spodniach. Jego twarz zmieniła wyraz pewność siebie ustąpiła miejsca pokazowej dezorientacji.

Cholera mruknął, patrząc mi prosto w oczy. Chyba zostawiłem portfel w biurze albo w innym aucie.

Rozłożył ręce, udając bezradność, choć nie było w nim ani krzty niepokoju. Nie poprosił kelnera, by zaczekał. Nie sięgnął po telefon, by spróbować płatności blikiem czy przelew. Po prostu patrzył na mnie.

No proszę Głupia sytuacja westchnął i odchylił się w fotelu. Może uratujesz sytuację? Zapłacisz teraz, a ja ci oddam albo przy następnej kolacji postawię z procentem.

W tej chwili zrozumiałam, że to nie była pomyłka ani przypadek. To był cynicznie przygotowany test, o którym sam zresztą mówił pół godziny wcześniej.

O takich historiach czytałam na forach, widziałam w kiepskich serialach, ale nigdy nie sądziłam, że przeżyję to na własnej skórze i to w wykonaniu dorosłego, dobrze sytuowanego faceta.

Jego logika była aż śmiesznie prosta: jeśli kobieta bez słowa zapłaci za oboje jest w porządku, chętna poświęcać się i pomagać. Jeśli odmówi jest wyrachowana i czyha na cudze pieniądze. On już nie był biznesmenem. Siedział naprzeciw mnie zakompleksiony manipulator, przekonany o swojej sprytnej przewadze.

W jego przekonaniu perspektywa związku z partią roku miała sprawić, że wyjmę cicho kartę i zapłacę bez słowa.

Chłodna kalkulacja

Powoli i z opanowaniem otworzyłam torebkę. Wiktor zauważalnie się rozluźnił uznał, że wszystko poszło według planu.

Oczywiście, nie ma sprawy powiedziałam miękko i przywołałam kelnera.

Proszę podzielić rachunek powiedziałam wyraźnie. Ja płacę za swoje. Za stek, wino i deser niech zapłaci pan, który zechciał uczcić siebie samego.

Jego uśmiech zgasł.

Jak to? wysyczał, nachylając się do mnie. Przecież nie mam przy sobie pieniędzy!

Rozumiem przytaknęłam, przykładając telefon do terminala. Ale prawie się nie znamy. Opłacenie własnej kolacji to normalne. A luksusy mężczyzny, który sam zaprosił mnie do drogiej restauracji i zamówił najdroższe opcje wybacz, to już nie mój problem. Jesteś dorosły, z pewnością sobie poradzisz.

Kelner zamarł, niepewnie zerkając to na mnie, to na niego. Wiktor zaczął się czerwienić, a z jego pewności siebie zostawało coraz mniej, odsłaniając zwykłą niegrzeczność.

Naprawdę? wycedził. O pieniądze tu chodzi? Przecież mówiłem, że oddam. To była tylko próba.

I przeszedłeś tę próbę odparłam, wstając. Ale to ja nie pozwolę sobą kierować.

Już odchodziłam w stronę wyjścia, ale czułam, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. On siedział dalej przy stole z nieopłaconym rachunkiem, wściekły i rozbity bez portfela.

Wróciłam do stolika, wyciągnęłam z portmonetki kilka zmiętych złotych i garść drobnych te, które zwykle plączą się w torebce na dnie.

No tak dodałam, kładąc pieniądze obok jego kieliszka wina. Jeśli portfel masz w innym aucie, to na taksówkę też nie zapłacisz?

Podałam mu drobniaki.

To na bilet do metra. Nie martw się, dotrzesz do domu. To mój wkład w twoje badania kobiecej duszy.

Kilka osób z sąsiednich stolików zerknęło w naszą stronę. Wiktor wyglądał, jakby dostał policzek.

Wyszłam na zewnątrz.

Ten wieczór kosztował mnie tylko sałatkę i lampkę wina niewielka cena za to, by w porę przejrzeć człowieka na wylot i zaoszczędzić sobie lata życia. Mam nadzieję, że wyciągnął lekcję, choć tacy ludzie rzadko się zmieniają.

A Wy, co byście zrobili na moim miejscu? Uratowalibyście zapominalskiego kawalera, czy wybrali twardą, choć uczciwą postawę?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 + czternaście =

Kawaler–biznesmen przyszedł do polskiej restauracji bez portfela, żeby sprawdzić, czy jestem materialistką. Nie dałam się zbić z tropu… Oto, co wtedy zrobiłam…